Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

piątek, 7 listopada 2025

Kiedy ekonomia spotyka sumienie: świat fabryk w "Północ i Południe" Elizabeth Gaskell

 Poniżej streszczenie artykułu Jo Pryke na temat ekonomii politycznej w powieści Elizabeth Gaskell "Północ Południe".

Ekonomia polityczna jako spór o moralność i doświadczenie
Jo Pryke interpretuje "Północ i Południe" jako powieść, która nie tylko opisuje konflikt społeczny między klasami, lecz także podejmuje krytyczną refleksję nad ekonomią polityczną, czyli nad ówczesną doktryną ekonomiczną opartą na zasadach laissez-faire, indywidualizmu i „naturalnych praw rynku”.
Gaskell nie traktuje tych idei jako obiektywnych praw natury, lecz jako produkt określonego doświadczenia społecznego - sposób, w jaki przemysłowcy rozumieją świat. W przeciwieństwie do nich bohaterowie tacy jak Margaret Hale czy Nicholas Higgins kierują się innymi rodzajami wiedzy: moralną, empiryczną lub emocjonalną. Powieść zestawia więc różne sposoby myślenia i pokazuje ich wzajemną relatywność, unikając prostych opozycji typu „dobro - zło” czy „rozum - uczucie”.

Thornton i Margaret: spór między teorią a doświadczeniem
W początkowych rozmowach między Johnem Thorntonem (reprezentantem klasy przemysłowej) a Margaret Hale (reprezentantką klasy duchowej i moralnej) ujawnia się zasadnicze napięcie między racjonalistycznym indywidualizmem a idealizmem wspólnotowym.
Thornton przemawia jako praktyk - człowiek czynu, którego przekonania wynikają z doświadczenia i obserwacji mechanizmów rynku. Margaret natomiast operuje pojęciami bardziej teoretycznymi, moralnymi i filozoficznymi, co pozwala jej trafnie wykazywać sprzeczności w argumentach rozmówcy. Ich spór ujawnia, że zarówno teoria, jak i doświadczenie są częściowe i uwarunkowane klasowo.
Pryke zauważa, że Thornton w praktyce nie traktuje ludzi indywidualnie - jego robotnicy są jedynie „rękami”, a Margaret kobietą, którą dopiero zacznie idealizować. Z kolei Margaret, mimo swego współczucia, pozostaje jeszcze ukształtowana przez hierarchiczne, mało demokratyczne społeczeństwo południa Anglii. 

Higgins i rozmowa o strajku - alternatywny głos klasy robotniczej
W kolejnych rozdziałach pojawia się Nicholas Higgins - robotnik, który staje się głównym przeciwnikiem doktryny ekonomii politycznej. Jego rozmowy z Margaret po strajku (rozdziały 17 i 28) przenoszą dyskusję z poziomu teoretycznego na grunt moralno-praktyczny.
Higgins postrzega strajk jako walkę o sprawiedliwość i godność, a nie o pieniądze. Dla niego „sprawiedliwa płaca” to nie kwestia rynkowego prawa podaży i popytu, lecz moralnego obowiązku wobec ludzi, którzy współtworzą zysk. Twierdzi: „Pomagamy tworzyć ich zyski i powinniśmy pomagać je wydawać”.
W rozmowie z Hale’em i Margaret Higgins krytykuje tzw. teorię funduszu płac - popularną w XIX w. koncepcję, według której suma pieniędzy przeznaczona na wynagrodzenia jest stała, a więc podwyżki są ekonomicznie niemożliwe. Jego odpowiedzi przesuwają debatę z ekonomii na grunt moralny: „Nie rozumiem, co to kapitał i praca - chciałbym wiedzieć, jakie są prawa ludzi, bogatych i biednych, skoro wszyscy są tylko ludźmi”.
Higgins zarzuca też ekonomii politycznej, że jest niezrozumiała i niedostosowana do realnego życia: jej prawdy mogą być inne dla różnych ludzi i nie dają się zamknąć w „czystych słowach” jak blachy cięte w hucie. Tym samym Gaskell pokazuje, że prawda ekonomiczna jest względna i zależna od doświadczenia.

Ograniczenia teoretyków - Hale, Thornton i moralna lekcja Higgins’a
Pryke wskazuje, że pan Hale - teoretyk, dawny duchowny - reprezentuje naiwną wiarę w edukację i dialog. Uważa, że gdyby tylko robotnicy i pracodawcy mogli się spotkać i porozmawiać, wzajemnie by się zrozumieli. Ale Margaret i czytelnik wiedzą, że to złudzenie: Thornton traktuje robotników jak istoty podległe, a oni jego jak tyrana.
W rezultacie, rozmowy w powieści nigdy nie kończą się rozstrzygnięciem - nikt nie „wygrywa” dyskusji. Zamiast tego Gaskell pokazuje proces powolnego wzajemnego uczenia się, gdzie teoria i praktyka zderzają się, ale nie znoszą wzajemnie.
Kulminacją tego etapu jest scena wspólnej modlitwy Margaret, jej ojca i Higginsa. Symbolizuje ona pokonanie podziałów ideologicznych - Margaret bogobojna, jej ojciec odstępca i „niewierny” robotnik klęczą razem, co sugeruje moralne pojednanie ponad doktrynami.
 
Thornton po kryzysie - od ekonomii do etyki
W drugiej części artykułu Pryke śledzi rozwój Thorntona jako kluczowy dla całego przesłania powieści. Po upadku fabryki Marlborough Mills, której był dzierżawcą, Thornton traci pozycję „kapitana przemysłu” i musi szukać pracy u innych. Doświadcza w ten sposób odwrotnej perspektywy - staje się zależny od ludzi zamożniejszych i lepiej usytuowanych.
Ten kryzys moralnie go przemienia. Uczy się empatii, pokory i dystansu do ideologii ekonomicznej. Przestaje wierzyć, że system sam się „naprawia”, i zaczyna postrzegać relacje między ludźmi w kategoriach etycznych.
W rozmowie z matką nie powtarza już argumentów ekonomicznych, lecz mówi o Bożej woli i cierpieniu, co świadczy o przejściu od materializmu do duchowej dojrzałości.
Kiedy odrzuca propozycję pracy u Hampera, pokazuje, że nie chce być częścią bezdusznej machiny nastawionej wyłącznie na zysk. Marzy o pozycji, w której mógłby mieć „pewną władzę wykraczającą poza samo zarabianie pieniędzy”. 

Thornton i idea „nowego zarządzania” - nadzieja bez iluzji
W końcowych rozdziałach Thornton pojawia się w Londynie, gdzie w rozmowie z parlamentarzystą przedstawia ideę „nowego typu menedżera” - człowieka, który wprowadza osobiste zaangażowanie i odpowiedzialność moralną do stosunków przemysłowych. Cytuje Carlyle’a, mówiąc o konieczności przezwyciężenia „czystej więzi pieniężnej” między klasami.
Chce zbliżyć robotników i pracodawców, by „przywiązać klasę do klasy tak, jak powinny być przywiązane”. Jednak Pryke podkreśla, że ta wizja jest słaba i nierealna: Thornton w tym momencie jest już bankrutem, jego poglądy nie mają więc siły sprawczej, a jego przemiana, choć moralnie znacząca, nie prowadzi do zmiany systemu.
Sam Thornton zresztą nie wierzy w możliwość całkowitego zniesienia konfliktów: mówi, że nawet jeśli uda się złagodzić nienawiść między klasami, strajki i spory będą nadal istnieć. W ten sposób Gaskell nadaje zakończeniu ton realistyczny, nieutopijny.

Agnostycyzm wobec ekonomii i moralny realizm Gaskell
W ostatecznym rozrachunku "Północ i Południe" nie potępia ani nie usprawiedliwia ekonomii politycznej. Ukazuje ją jako część doświadczenia epoki, zrozumiałą dla jej zwolenników, lecz nieabsolutną.
Powieść kończy się moralnym, nie ekonomicznym przesłaniem:
- przemysłowy kapitalizm jest faktem, z którym społeczeństwo musi się pogodzić;
- możliwa poprawa życia nie polega na zmianie systemu, lecz na uczłowieczeniu relacji międzyludzkich przez współczucie, odpowiedzialność, dialog i etyczną świadomość;
- zarówno indywidualizm Thorntona, jak i idealizm Margaret, zostają poddane rewizji w świetle doświadczenia i cierpienia.
Pryke określa to stanowisko jako „agnostyczne wobec politycznej ekonomii” - Gaskell nie daje prostych odpowiedzi, ale ukazuje złożoność świata, w którym moralność, ekonomia i doświadczenie ludzkie są nierozerwalnie splecione.

Podsumowanie
Jo Pryke widzi w "Północ i Południe" powieść o dojrzewaniu poznawczym i moralnym:
- Margaret uczy się empatii i rzeczywistego kontaktu z klasą robotniczą;
 - Thornton uczy się pokory i etyki;
 - Higgins uczy czytelnika, że sprawiedliwość i człowieczeństwo stoją ponad prawami rynku.
W ten sposób Gaskell proponuje moralną alternatywę dla ekonomii politycznej - nie w postaci nowej doktryny, lecz jako etykę współistnienia w świecie przemysłowym, którego nie można zmienić, ale można go przeżyć uczciwie i z godnością.
 

Źródło:
Jo Pryke, The Treatment of Political Economy in North And South, w: The Gaskell Society Journal, Volume 4, 1990

czwartek, 6 listopada 2025

Pojęcie bohaterstwa w opowiadaniu Elizabeth Gaskell "Cichy bohater"

    Mariaconcetta Costantini w artykule zamieszczonym w "The Gaskell Society Jornal" w 1997 roku poddając analizie opowiadanie Elizabeth Gaskell "The Sexton's Hero", uważa, że jest to przykład literackiej redefinicji bohaterstwa w kontekście społecznych i estetycznych przemian epoki wiktoriańskiej.

W liście do Herberta Greya (1859) Gaskell zachęca młodego pisarza, by czerpał inspirację z życia innych ludzi, a nie z własnych przeżyć. Uważa, że codzienne spotkania z „żywymi ludźmi” są źródłem dobrych fabuł.

Opublikowane w 1847 roku w Howitt’s Journal opowiadanie "The Sexton’s Hero" ukazuje głęboką przemianę wartości w epoce wiktoriańskiej. 

Narracja rozpoczyna się w spokojnym wiejskim kościele, gdzie narrator i jego przyjaciel Jeremy rozmawiają o tym, czym jest prawdziwe bohaterstwo. Rozmowa, która następuje, przeciwstawia tradycyjną odwagę militarną chrześcijańskiemu modelowi bohaterstwa, opartego na poświęceniu i wytrwałości.
Ich dyskusję przerywa stary grabarz, który opowiada historię Gilberta Dawsona — człowieka, który zginął, ratując jego i jego żonę Letty podczas niebezpiecznej przeprawy przez zatokę Morecambe.

W kontraście do wspomnianych przez Jeremy’ego „bohaterów dawnych czasów, których jedynym obowiązkiem była osobista dzielność”, opowieść grabarza ukazuje nowy wzorzec skromnego bohaterstwa, inspirowanego chrześcijańską ideą miłości bliźniego.

Gilbert, wcześniej wyśmiewany jako „tchórz” za odmowę walki, okazuje się bohaterem w najczystszym, chrześcijańskim sensie — umiera ratując innych - jego odwaga polega nie na przemocy, lecz na poświęceniu i miłości bliźniego. Gaskell celowo odwraca tradycyjne znaczenie słowa „tchórz”, nadając mu nowe, pozytywne konotacje: łagodność, niewinność, pacyfizm. Dzieci, które nie rozumieją społecznych etykiet, instynktownie lgną do Gilberta, co podkreśla jego moralną siłę.

Opowiadanie wpisuje się w szerszy nurt refleksji nad bohaterstwem w Anglii lat 40. XIX wieku, kiedy to wielu pisarzy próbowało dostosować romantyczne ideały do realiów przemysłowego społeczeństwa. Gaskell, świadoma rosnącej roli klasy robotniczej, przedstawia bohatera skromnego, zwykłego, ale głęboko moralnego — wzór do naśladowania dla „zwykłych ludzi”. Gilbert Dawson nie przypomina ani romantycznego Heathcliffa z powieści Emily Brontë, ani „Wielkiego człowieka” z dzieła Thomasa Carlyle’a. Jego siła tkwi w codziennych czynach, w cichej wierze i w gotowości do poświęcenia.

Kulminacyjny moment ratunku rozgrywa się w groźnym morskim krajobrazie, który znosi granice czasu i rzeczywistości, stając się przestrzenią pojednania i duchowej przemiany.  Symboliczna przemiana Johna Knipe’a, dawnego rywala Gilberta, który po jego śmierci porzuca pracę i osiedla się wśród grobów bliskich, stanowi powtórzenie aktu poświęcenia. Jego fizyczne osłabienie, samotność i melancholia są wyrazem świadomego odrzucenia ziemskich przyjemności i zwrócenia się ku duchowej refleksji. Motyw ciemniejącego wzroku Knipe’a, powracający w jego opowieści, przywołuje obrazy śmierci i izolacji — zarówno fizycznej, jak i emocjonalnej.

"The Sexton’s Hero" to nie tylko opowieść o poświęceniu, ale także głęboka refleksja nad tym, czym jest prawdziwe bohaterstwo w czasach społecznych przemian. Gaskell, poprzez subtelną grę znaczeń i kontrastów, proponuje nowy model literacki — realistyczny, moralny i dostępny dla każdego.

Źródło:

Mariaconcetta Costantini, The Concept of the Heroic in Elizabeth Gaskell's The Sexton's Hero, w: The Gaskell Society Journal, Vol. 11 (1997), pp.77-85.

środa, 5 listopada 2025

Cichy bohater (The Sexton's Hero) - amatorskie tłumaczenie - część 5

 Tamten kwadrans, proszę pana, wydawał się dłuższy niż całe moje życie od tamtej pory. Myśli, wyobrażenia, sny i wspomnienia mieszały się ze sobą. Mgła, ciężka mgła, która była jak upiorna kurtyna, zamykająca nas śmiertelnie, zdawała się przynosić ze sobą zapach kwiatów rosnących wokół naszego progu - może tak było, bo opadała na nie jak błogosławiona rosa, choć dla nas była całunem.

Letty powiedziała mi później, że słyszała płacz dziecka, wołającego ją ponad bulgotem wzbierającej wody - bardzo wyraźnie; ale mewy skrzeczały, a świnia piszczała — ja tego nie usłyszałem; to było i tak wiele mil stąd. 

Właśnie gdy wyjąłem nóż, inny dźwięk rozległ się tuż obok nas, mieszając się z bulgotem pobliskiej wody i hukiem tej dalszej (choć nie tak dalekiej). Ledwo mogliśmy coś zobaczyć, ale wydawało nam się, że dostrzegamy coś czarnego na tle głębokiego ołowianego koloru fal, mgły i nieba. Zbliżało się i zbliżało: powoli, jednostajnie, przeszło przez ciek prosto do nas.

O Boże! To był Gilbert Dawson na swoim silnym gniadym koniu.
Mało co powiedzieliśmy, i niewiele mieliśmy czasu, by cokolwiek powiedzieć. W tamtej chwili nie miałem świadomości przeszłości ani przyszłości - tylko trzymałem się jednej myśli: jak ocalić Letty, a jeśli się da, także siebie. Dopiero później przypomniałem sobie, że Gilbert powiedział, iż został naprowadzony przez zwierzęcy krzyk przerażenia; dopiero po wszystkim usłyszałem, że niepokoił się o nasz powrót z powodu głębokości wody, i że pożyczył siodło z poduszką, osiodłał konia wcześniej wieczorem i pojechał do Cart-lane, by nas wypatrywać. Gdyby wszystko poszło dobrze, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. Ale jak było, opowiedział to stary Jonas, a łzy spływały mu po pomarszczonych policzkach.

Przywiązaliśmy jego konia do bryczki. Podnieśliśmy Letty na siodło z poduszką. Woda podnosiła się z każdą chwilą, z ponurym pomrukiem. Była już niemal w bryczce. Letty kurczowo trzymała się uchwytów siodła, ale opuściła głowę, jakby nie miała już żadnej nadziei na życie.

Błyskawicznie (a jednak miał czas na myśl i pokusę, proszę pana - gdyby odjechał z Letty, ocaliłby ją, nie mnie), Gilbert był już w bryczce obok mnie.

- „Szybko!” - powiedział wyraźnie i stanowczo. - „Musisz jechać przed nią i podtrzymywać ją. Koń potrafi pływać. Z Bożą łaską podążę za wami. Mogę przeciąć uprząż, i jeśli klacz nie będzie uwięziona przez bryczkę, poniesie mnie bezpiecznie przez wodę. W każdym razie — ty jesteś mężem i ojcem. Nikomu na mnie nie zależy.”

- Nie miejcie mi tego za złe, panowie. Często życzę sobie, by tamta noc była tylko snem. Prześladuje mnie w nocy od tamtej pory jak sen - a przecież snem nie była. Zająłem jego miejsce w siodle, objąłem Letty, a jej głowa spoczęła na moim ramieniu. Wierzę w Boga, pewnie wypowiedziałem jakieś słowo wdzięczności, ale tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak Letty podniosła głowę i zawołała: - „Niech cię Bóg błogosławi, Gilbercie Dawson, za to, że ocaliłeś moje dziecko przed osieroceniem tej nocy.” 
A potem osunęła się na mnie, jakby straciła przytomność.

Przeniosłem ją przez wodę — a raczej, silny koń dzielnie przepłynął przez wzbierające fale. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki, gdy dotarliśmy do brzegu; ale mieliśmy tylko jedną myśl - gdzie jest Gilbert? Gęste mgły i wzburzone wody otaczały nas ze wszystkich stron. Gdzie on jest? Wołaliśmy. Letty, choć słaba, podniosła głos i zawołała - wyraźnie i przenikliwie. Nie było odpowiedzi, morze dudniło nieustannie swoim ponurym rytmem.

Pojechałem do domu przewodnika. Leżał w łóżku i nie chciał wstać, choć oferowałem mu więcej, niż miałem. Może wiedział… ten przeklęty stary łotr! Tak czy inaczej, zapłaciłbym, choćbym miał harować przez całe życie. Powiedział, że mogę wziąć jego róg, jeśli chcę. Wziąłem go i zadąłem tak potężnie w tę cichą, czarną noc, że echo wróciło w ciężkim powietrzu - ale nie usłyszeliśmy żadnego ludzkiego głosu ani dźwięku; ten dziki dźwięk nie mógł obudzić umarłego.
Odwiozłem Letty do jej dziecka, nad którym płakała przez całą noc. Wróciłem nad brzeg w okolicach Cart-lane; i tam i z powrotem, znużonym krokiem, chodziłem wzdłuż krawędzi wody, od czasu do czasu wołając Gilberta. Wody cofnęły się i nie zostawiły żadnego śladu.

Dwa dni później jego ciało zostało wyrzucone na brzeg w pobliżu Flukeborough. Bryczka i biedna stara klacz zostały znalezione częściowo przysypane piaskiem przy Arnside Knot. Jak mogliśmy się domyślać, upuścił nóż, próbując przeciąć uprząż, i tym samym stracił szansę na ratunek. Tak czy inaczej, nóż znaleziono w szczelinie dyszla.
Jego przyjaciele przyjechali z Garstang na pogrzeb. Chciałem być głównym żałobnikiem, ale nie miałem do tego prawa, więc nie mogłem; choć do dziś nie przestałem go opłakiwać. Gdy jego siostra pakowała jego rzeczy, bardzo ją prosiłem, by dała mi coś, co do niego należało. Nie chciała oddać żadnych ubrań (była bardzo praktyczną kobietą), bo miała własnych chłopców, którzy mogli je kiedyś założyć, gdy dorosną. Ale dała mi jego Biblię, mówiąc, że mają już jedną, a jego była stara i zużyta. Ale należała do niego - i dlatego mi na niej zależało. 

Była to czarna skórzana Biblia, z kieszonkami po bokach, w staroświeckim stylu; a w jednej z nich był bukiecik polnych kwiatów - Letty powiedziała, że niemal na pewno były to te, które kiedyś mu dała.
W Ewangelii było wiele fragmentów zaznaczonych grubą kreską jego stolarskim ołówkiem, które w pełni potwierdzały jego odmowę walki. Z całą pewnością, proszę pana, potrzeba odwagi w służbie Bożej i w okazywaniu miłości bliźniemu - bez kłótni i bójek.

- Dziękuję panom, że mnie wysłuchaliście. Wasze słowa przywołały wspomnienie o nim, a serce miałem wypełnione tymi słowami. Ale muszę już wracać do pracy; mam do wykopania grób dla małego dziecka, które ma być pochowane jutro rano - właśnie wtedy, gdy jego rówieśnicy będą maszerować do szkoły.

- Ale powiedz nam o Letty - czy ona jeszcze żyje? - zapytał Jeremy.
Starzec pokręcił głową i walczył z dławiącym westchnieniem. Po chwili milczenia powiedział…
- Zmarła mniej niż dwa lata po tamtej nocy. Nigdy już nie była taka sama. Siedziała zamyślona, myśląc o Gilbercie, jak przypuszczam - ale nie mogłem jej za to winić. Mieliśmy syna i nazwaliśmy go Gilbert Dawson Knipe; to ten, co pracuje jako palacz na kolei londyńskiej. Nasza córeczka zmarła w czasie ząbkowania, a Letty po prostu cicho gasła i odeszła w mniej niż sześć tygodni.
Zostali pochowani tutaj; więc przeniosłem się, by być blisko nich, z dala od Lindal - miejsca, którego nie mogłem znieść po odejściu Letty.

Odwrócił się do swojej pracy, a my, odpocząwszy już dostatecznie, wstaliśmy i odeszliśmy.

(1847)

wtorek, 4 listopada 2025

Cichy bohater (The Sexton's Hero) - amatorskie tłumaczenie - część 4

 Cała moja rodzina mieszkała po tej stronie zatoki, powyżej Kellet. Jane (to ta, która leży pochowana przy tamtym białym krzewie róży) miała wyjść za mąż, i nic nie mogło jej przekonać, byśmy Letty i ja nie mogli przyjechać na jej wesele; wszystkie moje siostry kochały Letty - miała w sobie coś ujmującego. Letty nie chciała zostawiać dziecka, a ja z kolei nie chciałem, żeby je zabierała: więc po rozmowie ustaliliśmy, że zostawimy je na popołudnie u matki Letty. Widziałem, że serce jej się ściskało - nigdy wcześniej go nie zostawiła, i zdawała się obawiać wszelkiego zła, nawet tego, że Francuzi przyjdą i je porwą.

Tak więc pożyczyliśmy bryczkę i zaprzęgliśmy moją starą siwą klacz, tę samą, którą używałem do wozu, i ruszyliśmy jak królewscy goście przez piaski około trzeciej po południu - bo wiecie, przypływ był około dwunastej, a musieliśmy tam dotrzeć i wrócić przy tej samej fali, bo Letty nie mogła zostawić dziecka na długo. To było wesołe popołudnie, naprawdę - ostatni raz, kiedy widziałem Letty śmiejącą się z całego serca; i, prawdę mówiąc, ostatni raz, kiedy sam śmiałem się tak szczerze.

Najpóźniejszy czas na przeprawę przypadał około dziewiątej wieczorem, a my spóźniliśmy się z wyjazdem. Zegary źle chodziły; a jeszcze musieliśmy gonić świniaka, którego ojciec dał Letty, żeby zabrała go do domu - w końcu go złapaliśmy, ale piszczał i piszczał z tyłu bryczki, a my się śmialiśmy, i oni się śmiali; i w środku całej tej wesołości słońce zaszło, co trochę nas otrzeźwiło, bo wtedy wiedzieliśmy, która godzina.

Smagnąłem starą klacz, ale była dużo bardziej zmęczona niż rano, i nie chciała iść szybko ani pod górę, ani z górki - a między Kellet a brzegiem jest ich niemało. Na piaskach było jeszcze gorzej. Były bardzo ciężkie, bo po deszczach spłynęła świeża woda. Panie! Jakże smagałem biedną klacz, żeby wykorzystać resztki czerwonego zachodzącego światła.

Może nie znacie tych piasków, panowie. Od strony Bolton, skąd ruszyliśmy, jest ponad sześć mil do Cart-lane, i dwie cieki wodne do przekroczenia, nie wspominając o dziurach i ruchomych piaskach. Przy drugim cieku czeka przewodnik, przez cały czas przeprawy od wschodu do zachodu słońca - ale przez trzy godziny przed i po przypływie go tam nie ma, rzecz jasna. Zostaje po zachodzie tylko wtedy, gdy się go wcześniej uprzedzi - inaczej nie.

Więc teraz wiecie, gdzie byliśmy tamtej strasznej nocy. Przekroczyliśmy pierwszy ciek, jakieś dwie mile, i robiło się coraz ciemniej nad nami i wokół nas, poza jedną czerwoną linią światła nad wzgórzami, gdy dotarliśmy do zagłębienia (bo choć piaski wyglądają na płaskie, jest w nich wiele wgłębień, w których traci się z oczu brzeg).

Zajęło to  więcej czasu, niż powinno, przejście przez to zagłębienie, piasek był tak grząski; a gdy znów się wynurzyliśmy, tam - wśród ciemności - była biała linia pędzącego przypływu, wdzierającego się w zatokę! Wyglądało, jakby był nie dalej niż mila od nas; a gdy wiatr wieje w górę zatoki, przypływ nadchodzi szybciej niż galopujący koń.

— Panie, ratuj nas! - powiedziałem; i zaraz pożałowałem, że to powiedziałem, bo nie chciałem przestraszyć Letty, ale ze strachu słowa wyrwały się z mojego serca. Poczułem, jak drży przy moim boku i chwyta mnie za płaszcz.

I jakby świnia (która wcześniej już się wypiszczała do ochrypnięcia) wyczuła niebezpieczeństwo, w którym wszyscy się znaleźliśmy, zaczęła znowu piszczeć — tak, że można było oszaleć. Przeklinałem ją przez zaciśnięte zęby za ten hałas; a jednak to była Boża odpowiedź na moją modlitwę, choć byłem jak ślepy grzesznik. Tak! Może się pan uśmiecha, ale Bóg potrafi działać przez rzeczy, które wydają się śmieszne - jeśli trzeba. 

W tym momencie klacz była cała w pianie, drżała i dyszała, jakby ogarnięta śmiertelnym strachem; bo choć byliśmy już na ostatnim piaszczystym wyniesieniu przed drugim ciekiem, woda zaczynała sięgać jej nóg - a ona tak zmęczona! Gdy zbliżyliśmy się do cieku, stanęła jak wryta, i żadne moje smaganie nie mogło jej ruszyć; jęknęła głośno i trzęsła się w przerażający sposób.

Letty dotąd nie powiedziała ani słowa - tylko kurczowo trzymała się mojego płaszcza. Usłyszałem, że coś mówi, i pochyliłem głowę. - „Myślę, John… myślę… że już nigdy nie zobaczę dziecka!”

A potem wydała z siebie taki krzyk - tak głośny, przenikliwy i pełen bólu! To doprowadziło mnie do szaleństwa. Wyciągnąłem nóż, by spiąć starą klacz, żeby wszystko się wreszcie rozstrzygnęło — bo woda podstępnie podchodziła już do samej osi wozu, nie mówiąc o białych falach, które nie znały litości w swoim nieustannym napływie.