sobota, 26 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 2 cz. 2

Ale nowa myśl pojawiła się w głowie pani Leigh. Pomyślała, że powinna zobaczyć się z Susan Palmer, pomówić z nią o Willu i powiedzieć jej prawdę o Lizzie. Zależnie od tego, czy będzie miała współczucie wobec biednej grzesznicy, czy nie, okaże się warta lub niewarta jego uczuć.

Zdecydowała, że pójdzie tam następnego popołudnia, ale nikomu nie powie o swoim zamiarze. Odszukała więc swoje niedzielne ubranie, którego nie miała serca rozpakować odkąd przybyła do Manchesteru. Ale teraz chciała je założyć ze względu na Willa. Założyła swój staromodny czarny czepek, przystrojony prawdziwą koronką, szkarłatną pelerynę, której nie miała na sobie, odkąd wyszła za mąż, która zawsze była nieskazitelnie czysta, i wyruszyła spełnić swoje nieupoważnione poselstwo.

Wiedziała, że Palmerowie mieszkają na Crown Street, chociaż gdzie dokładnie, tego nie mogła powiedzieć. Wstydliwie pytała o drogę i kiedy przybyła na właściwą ulicę, była godzina blisko za kwadrans czwarta.

Zatrzymała się, by odszukać dokładny numer, a kobieta, do której się skierowała z zapytaniem, powiedziała jej, że lekcje Susan Palmer trwają do czwartej. Poprosiła, by wstąpiła do niej i zaczekała w jej domu.
- Tych – powiedziała, uśmiechając się – którzy potrzebują Susan Palmer, naszej miłej przyjaciółki, uważamy za przyjaciół, więc możemy się nazwać kuzynami. Proszę usiąść, proszę pani. Przetrę krzesło, żeby pani nie pobrudziła sobie ubrania. Moja matka nosiła takie jasne ubrania.

- Dawno pani zna Susan Palmer? – zapytała pani Leigh, ucieszona z pochwały swego ubrania.
- Odkąd zamieszkała na naszej ulicy. Nasza Sally chodzi do jej szkoły.
- Jaką ona jest dziewczyną? Pytam, bo nigdy jej nie widziałam.

- Więc, nie mogę powiedzieć, jak ona wygląda. To tak długo, odkąd ją znam, że zapomniałam, co o niej pomyślałam. Najlepszą rzeczą, jaką mogę powiedzieć o tym jaka jest, jest to, że była jedyną obcą osobą na ulicy, którą można było zaczepić na ulicy i poprosić o pomoc, jeśli się pomocy potrzebowało. Wszystkie małe dzieci podchodzą do niej tak blisko, jak tylko mogą. Zawsze jest przy niej trójka czy czwórka dzieci, które czepiają się jej fartuszka.

- Czy ona zadziera nosa?
- Zadziera nosa? Wszelki duch Pana Boga chwali! Nie widziałam istoty, która tak mało pozowałaby na kogoś innego. Jej ojciec to co innego. Nie! Ona nie zadziera nosa. Pani nie słyszała zbyt wiele o Susan Palmer, jak sądzę, jeśli pani myśli o niej w ten sposób. Ona jest jedyną, która robi po cichu wiele najbardziej potrzebnych rzeczy, małych rzeczy dla innych, których, być może, nikt inny by nie zrobił, albo mało by pomyślało o nich. Ona przyniesie swój naparstek i zaceruje w nocy dziecięce ubranka. I pisze wszystkie listy Betty Harker do jej wnuka, który wyjechał za pracą. I ona nikomu nie zawadza, a to ma znaczenie, ręczę za to. Och, dzieci wybiegają. Lekcje się skończyły. Teraz panią wysłucha i pomoże. Ale nikt z nas nie odwiedza jej w czasie lekcji, by nie przeszkadzać.

Serce biednej pani Leigh zaczęło bić mocno i ona niemal chciała się odwrócić i wracać do domu. Jej wiejskie wychowanie sprawiło, że była nieśmiała wobec nieznajomych i ta Susan Palmer wydała jej się niczym prawdziwa urodzona dama, jak mówiono.

Tak więc zapukała bojaźliwie we wskazane drzwi, a kiedy się otworzyły, dygnęła bez słowa. Susan trzymała swoją małą siostrzenicę w ramionach, zwiniętą z czułością na jej piersi, ale ona delikatnie opuściła ją na ziemię i zaraz postawiła krzesło w najlepszym rogu pokoju dla pani Leigh, kiedy powiedziała, kim jest.

- Will nie prosił mnie żebym przyszła. – powiedziała matka przepraszająco. – To ja sama chciałam z panią porozmawiać.

Susan zarumieniła się mocno i schyliła się, by podnieść małą drepczącą dziewczynkę. Za minutę czy dwie pani Leigh przemówiła ponownie.
- Will uważa, że pani nie będzie nas szanowała, jeśli dowie się o wszystkim, ale ja sądzę, że pani nie może winić nas za ten smutek, który Bóg na nas zesłał, więc założyłam mój czepek i wyszłam bez wiedzy moich chłopców. Każdy mówi, że pani jest bardzo dobra i że Bóg nie pozwala pani zejść z tej drogi, ale być może pani nigdy nie była poddana takim próbom i pokusom, jak niektórzy. Być może mówię zbyt otwarcie, ale moje serce jest złamane i nie wybieram słów jak ci, którzy szczęśliwie mogą je wybierać. Otóż tak! Powiem pani prawdę. Will bał się tego mówić, ale ja po prostu to pani powiem. Musi pani wiedzieć… - ale słowa biednej kobiety uwięzły w gardle i ona mogła tylko kołysać się w te i we wte, i smutnymi oczami patrzeć wprost na twarz Susan, jakby one mogły opowiedzieć jej historię o cierpieniu, którego drżące wargi nie mogły wypowiedzieć. Te nieszczęsne, kamienne oczy wycisnęły łzy z oczu Susan. To współczucie dodało siły matce, która przemówiła cichym głosem.

- Miałam kiedyś córkę, była droga mojemu sercu. Jej ojciec uważał, że robiłam zbyt wiele dla niej i że pozostawanie w domu ją psuje, więc powiedział, że musi pójść do obcych i uczyć się obywać bez wygód. Była młoda i podobała mi się myśl o tym, że zobaczy trochę świata. Jej ojciec dowiedział się, że jest wolne miejsce w Manchesterze. Dobrze! Nie będę pani nużyć. Ta biedna dziewczyna została sprowadzona na złą drogę. I pierwszą rzeczą jaką się dowiedzieliśmy na jej temat, był list jej ojca odesłany przez jej panią, który mówił, że porzuciła służbę, albo, żeby powiedzieć właściwie, pan wysłał ją na ulicę, gdy tylko dowiedział się o jej stanie – a ona nie miała nawet siedemnastu lat!

Teraz szlochała na głos, a Susan także płakała. Małe dziecko patrzyło na ich twarze i widząc ich smutek, zaczęło chlipać i zawodzić. Susan podniosła je delikatnie i wtulając swoją twarz na jej malutkiej szyi, próbowała powstrzymać swoje łzy i pomyśleć o pocieszeniu matki. W końcu zapytała:

- Gdzie ona jest teraz?
- Nie wiem. – odparła pani Leigh, hamując swoje łkania, aby powiedzieć to, co dodawało jej jeszcze cierpienia. – Pani Lomax powiedziała mi, że ona poszła…

- Pani Lomax…. Jaka pani Lomax?
- Ona mieszka na Brabazon Street. Powiedziała mi, że moja biedna dziewczyna poszła stamtąd do przytułku. Nie powiem nic przeciwko zmarłemu, ale gdyby jej ojciec mi pozwolił… ale on był jedynym, który nie miał pojęcia… nie, nie powiem tego, najlepiej nic nie mówić. Przebaczył jej na łożu śmierci. Obawiam się, że ja nie zrobiłam tego co powinnam.

- Czy może pani na chwilę potrzymać dziecko? – zapytała Susan.
- Tak, jeśli przyjdzie do mnie. Dzieci lubiły mnie dopóki nie było tego smutnego wyrazu na mojej twarzy, którego się bały, jak przypuszczam.

Ale mała dziewczynka przylgnęła kurczowo do Susan, więc zabrała ją na górę. Pani Leigh siedziała sama – jak długo, nie wiedziała.

Tłumaczenie: Gosia


Ilustracje:
1. George du Maurier "Daylight Wisdom"
2. E. Borough Johnson

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...