sobota, 5 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 2

Rozdział 2

Następnego ranka pan Morgan zjawił się, zanim skończyłem jeść śniadanie. Był najbardziej szykownym, małym człowiekiem, jakiego spotkałem. Obserwuję troskę, z jaką ludzie trzymają się kurczowo stylu ubierania się, jakie było w modzie, kiedy byli piękni i podziwiani. Nie chcą uwierzyć, że ich młodość i uroda przeminęły, i sądzą, że obecna moda jest niestosowna. Pan Morgan, na przykład, będzie pomstować przez godzinę na surduty i na bokobrody. Jego broda jest starannie ogolona. Nosi czarny frak, ciemnoszare spodnie i, w czasie porannego obchodu swoich miejskich pacjentów, zakłada najbardziej błyszczące i najczarniejsze, długie buty wojskowe z dyndającymi po obu stronach jedwabnymi frędzlami. Kiedy zachodzi do domu o godzinie dziesiątej, by przygotować się do wizyt u swoich wiejskich pacjentów, wkłada najelegantsze buty do konnej jazdy, jakie kiedykolwiek widziałem. Kupił je od jakiegoś świetnego rzemieślnika setki mil stąd. Jego wygląd można określić słowem „jemmy” (1) – żadne inne słowo lepiej tu nie pasuje.

Był wyraźnie nieco zakłopotany, widząc mnie w mym porannym stroju, zgodnym ze zwyczajami wyniesionymi z Guys Hospital: stopy oparte na kominku, krzesło balansujące na tylnych nogach (to zwyczaj siedzenia, którego, jak później odkryłem, szczególnie nie znosił), poranne pantofle na nogach (uważał je za element nieporządku, wprost „z sypialni”, który najbardziej nie przystoi gentlemanowi). Słowem, właśnie z tego, jak się później dowiedziałem, wynikło jego uprzedzenie do mnie, był zbulwersowany moim wyglądem w czasie tej jego pierwszej wizyty.

Odłożyłem książkę i zerwałem się z miejsca, by go przyjąć. Stał, trzymając kapelusz i laskę w ręku:
- Wyruszam na poranny obchód pacjentów. Jeśli zechciałby pan mi towarzyszyć w tym zajęciu, mógłbym pana przedstawić kilku z naszych przyjaciół.
Wyczułem słaby odcień chłodu, wywołanego rozczarowaniem moim zachowaniem, chociaż nie wyobrażał sobie wcale, że to mogłoby być w jakikolwiek sposób wyczuwalne.
- Będę zaraz gotowy, proszę pana – powiedziałem i pomknąłem do sypialni, szczęśliwy, że mogę uciec sprzed jego uważnych oczu.

Kiedy powróciłem, uświadomiłem sobie, sądząc z przeróżnych małych pokasływań i niepewnych westchnień, że mój strój go nie zadowalał. Stałem gotowy do drogi, z kapeluszem i rękawiczkami w dłoniach, ale on wciąż nie proponował, byśmy wyruszyli na obchód. Byłem coraz bardziej czerwony i spocony:
- Proszę mi wybaczyć, mój drogi młody przyjacielu, ale czy mogę zapytać, czy nie ma pan innego płaszcza poza tym „żakietem” - chyba tak go nazywacie. My, tu w Duncombe, jesteśmy dość pedantyczni w kwestii moralności i wiele zależy od pierwszego wrażenia. Bądźmy profesjonalistami, mój drogi panie. Czarny kolor jest odpowiedni w naszym zawodzie. Proszę wybaczyć, że mówię tak otwarcie, ale postawiłem siebie w roli pana rodzica.

Był tak miły, tak delikatny, i w istocie, tak przyjacielski, że czułem, że to byłoby dziecinne obrażać się, ale w sercu poczułem lekką urazę za sposób, w jaki byłem traktowany. Jednakże wymamrotałem:
- Och, z pewnością, proszę pana. Jeśli pan tak sobie życzy. – I zawróciłem raz jeszcze, aby zmienić mój płaszcz – mój nieszczęsny żakiet.
- Te płaszcze, proszę pana, nadają mężczyźnie zbyt sportowy wygląd, nieodpowiedni dla medycznej profesji. Wygląda to tak, jakby pan się wybierał na polowanie, a nie był Galenem czy Hipokratesem z sąsiedztwa (2).
Uśmiechał się uprzejmie, więc stłumiłem westchnienie, gdyż, żeby powiedzieć prawdę – w istocie oczekiwałem wypadów na polowanie – czym chwaliłem się w Guys Hospital – w końcu Duncombe był jednym z okręgów sławnych z polowań.

Ale wszystkie te myśli zniknęły, kiedy pan Morgan zaprowadził mnie na podwórze do handlarza koni, który udawał się na pobliski targ, i zdecydowanie poradził mi – co w naszych stosunkach oznaczało nakaz – zakup niewielkiego, krępego, użytkowego, szybko kłusującego, brązowego konika zamiast pięknego, wspaniałego konia, „który mógł wziąć każdą przeszkodę”, jak zapewniał sprzedawca. Pan Morgan był wyraźnie zadowolony, kiedy zaakceptowałem jego wybór, porzucając wszelkie nadzieje na okazjonalne polowania.

Po tym zakupie stał się bardziej otwarty. Opowiedział o swoim planie urządzenia mnie w moim własnym domu, który wyglądałby godnie, by nie powiedzieć, że bardziej profesjonalnie niż obecna kwatera. Potem wspomniał, że niedawno stracił przyjaciela, chirurga z sąsiedniego miasta, który pozostawił wdowę z niewielkim dochodem, której byłoby miło zamieszkać wraz ze mną i być moją gospodynią, co zmniejszyłoby wydatki.
- Ona jest damą – podkreślił pan Morgan - sądząc z tego, co widziałem; ma około 45 lat i może być pomocna w kwestiach dotyczących etyki pana profesji. Drobne, delikatne, uprzejme rady, które każdy człowiek powinien poznać, jeśli chce robić postępy w życiu.

- To dom pani Munton – powiedział, zatrzymując się przed zupełnie nie romantycznie wyglądającymi zielonymi drzwiami z mosiężną kołatką.
Nie miałem czasu, żeby zapytać, kim jest pani Munton, gdyż zaraz usłyszałem, że pani jest w domu i wkrótce podążaliśmy za schludną, starszą służącą po wąskich, wyłożonych dywanem schodach, wprost do salonu.
Pani Munton była wdową po pastorze, miała przeszło sześćdziesiąt lat i była nieco głucha, ale jak wszyscy niedosłyszący, których znałem, lubiła mówić. Być może dlatego, że znała temat, który, kiedy kto inny zaczynał mówić, stawał się jej nieznany. Była chronicznie chora, co często uniemożliwiało jej wychodzenie, więc uprzejmi mieszkańcy miasta mieli w zwyczaju odwiedzać ją i przynosić jej najnowsze wieści i lokalne nowinki. Jej pokój był więc centrum duncombskich plotek – nie skandali, och nie! – bo muszę podkreślić różnicę między plotką a skandalem. Teraz możesz wyobrazić sobie ogromną przepaść między wyobrażoną a realną panią Munton. W miejsce niemądrej wizji pięknej, kwitnącej wdowy, czule zatroskanej zdrowiem obcego przybysza, zobaczyłem niezbyt ładną, gadatliwą starszą osobę o przenikliwym, bacznym spojrzeniu i z oznakami cierpienia na twarzy, zwyczajną w zachowaniu i sposobie ubierania się, ale wciąż, niewątpliwie - damę.

Rozmawiała z panem Morganem, ale spoglądała na mnie. Wiedziałem, że nic nie ujdzie jej uwadze. Pan Morgan irytował mnie tym, że zależało mu na tym, by się mną pochwalić, wyciągał każdą okoliczność, która mogła przynieść mi chlubę w oczach pani Munton, wiedząc dobrze, że ten herold miejski miał wiele sposobności, by rozgłaszać wszystko, czego się o mnie dowiedziała.

- Co to była za uwaga, którą mi pan opowiedział dotycząca sir Astleya Coopera? – zapytał.

To była najmniejsza błahostka na świecie, którą wypowiedziałem, gdy podążaliśmy razem, i czułem się zawstydzony, że muszę ją powtórzyć, ale odpowiadało to zamysłom pana Morgana, bo zanim zapadła noc, całe miasto już wiedziało, że byłem pupilem Sir Astleya (widziałem go ledwie dwa razy), i że pan Morgan obawia się, że skoro tylko pozna moją pełną wartość, ja zaangażuję się u Sir Astleya, by towarzyszyć mu w obowiązkach lekarza rodziny królewskiej (3).

Każda najmniejsza wzmianka prowadziła do rozmowy, która mogła przydać mi ważności:
- Kiedyś usłyszałem uwagę Roberta Peela (4), skierowaną do pana Harrisona, ojca tego młodego przyjaciela: „Księżyc w sierpniu jest niezwykle jasny” - mówił pan Morgan.

Czy pamiętasz, Charles? Mój ojciec był zawsze dumny, że sprzedał parę rękawiczek panu Robertowi, kiedy ten zatrzymał się w Grange, w pobliżu Biddicombe, i przypuszczam, że poczciwy pan Morgan, w tym czasie, złożył tylko jedną wizytę mojemu ojcu.
Ale pani Munton wyraźnie patrzyła na mnie z podwójnym szacunkiem po tej nieistotnej wzmiance, która wróciła do mnie kilka miesięcy później – co przyjąłem z rozbawieniem – zupełnie przemieniona, jako wiadomość, że mój ojciec był bliskim przyjacielem premiera i w rzeczywistości - jego doradcą w kwestiach publicznej wagi.

Siedziałem nieruchomo, na poły oburzony, na poły rozbawiony. Pan Morgan wydawał się tak pełen zadowolenia z całego efektu tej rozmowy, że nie chciałem tego zepsuć swoimi wyjaśnieniami. W istocie, miałem nikłe wyobrażenie, że w takim mieście jak Duncombe, mała sprawa przynosiła w rezultacie doniosłe wydarzenia.

Kiedy opuściliśmy dom pani Munton, był w mało komunikatywnym nastroju.
- Uzna to pan za ciekawy statystyczny fakt, ale właścicielami pięciu na sześć domów w Duncombe są kobiety (5). Mamy wdów i starych panien pod dostatkiem. W istocie, mój drogi panie, ja i ty to niemal jedyni gentlemani w tym miejscu, poza panem Bullockiem. Oczywiście mam na myśli fachowców. Wypada pamiętać, że tak wiele przedstawicielek kobiecej płci polega na naszej życzliwości i na opiece, którą każdy mężczyzna, wart tego miana, powinien z radością sprawować.

Panna Tomkinson, której następnie złożyliśmy wizytę, nie wydawała się osobą, która potrzebowałaby znaczącej opieki jakiegokolwiek mężczyzny. Była to wysoka, szczupła, o męskim wyglądzie kobieta, która, jak się wydawało, nie troszczyła się o siebie. Jednocześnie łagodniała i była mniej dokuczliwa, tak dalece, jak była do tego zdolna, dla pana Morgana. On, jak mi się wydawało, był pełen podziwu dla damy, która była bardzo obcesowa i otwarta i wyraźnie szczyciła się swoją stanowczością i szczerością wypowiedzi.

- Więc to jest pan Harrison, o którym tak wiele od pana słyszałam, panie Morgan? Muszę powiedzieć, że po tym co usłyszałam, oczekiwałam czegoś więcej, hmm. Ale on jest jeszcze młody, w istocie to młodzieniec. Wszystkie oczekiwałyśmy Apolla, panie Harrison, sądząc z opisu pana Morgana, i Asklepiosa w jednej osobie, lub być może powinnam się ograniczyć do Apolla, jako że był, jak sądzę, bogiem medycyny! (6)

Jak pan Morgan mógł mnie opisać, skoro mnie nigdy nie widział? Pytałem o to sam siebie.
Panna Tomkinson założyła okulary, poprawiła je na swoim rzymskim nosie. Nagle, osłabiając swoją surową czujność tych oględzin, zwróciła się do pana Morgana:
- Ale pan koniecznie musi zobaczyć Caroline. Prawie o tym zapomniałam. Jest zajęta z dziewczynkami, ale poślę po nią. Miała wczoraj niedobry ból głowy i wygląda bardzo blado. To mi się nie podoba.

Nacisnęła dzwonek i kazała służącej przyprowadzić pannę Caroline.
Panna Caroline była młodszą sierotą, młodszą o dwadzieścia lat. Była traktowana jak dziecko przez pannę Tomkinson, która miała co najmniej pięćdziesiąt pięć lat. Skoro była uważana za dziecko, była także pieszczona i hołubiona jak dziecko, dlatego pozostawała pod opieką starszej siostry. Kiedy ojciec umarł i musiały założyć szkółkę, panna Tomkinson wzięła na siebie wszystkie trudy przygotowań i odmawiała sobie każdej przyjemności, czyniąc poświęcenie, aby "dziecko" nie odczuło zmiany warunków. Moja żona mówiła mi, że dowiedziała się, że kiedyś siostry zakupiły sztukę jedwabiu na tyle dużą, że można było uszyć z niej dwie suknie. Ale Caroline zapragnęła falbanek, więc panna Tomkinson bez słowa zrezygnowała ze swojej, aby cały materiał został wykorzystany na wymarzoną suknię dla Caroline, i założyła swoją starą sfatygowaną tak pogodnie, jakby to był genueński aksamit. To świadczy o relacjach między siostrami, tak dobrze, jak nic innego. Uważałem się za na tyle bystrego, by wyrobić sobie opinię na ten temat dość wcześnie, i to na długo, zanim odkryłem prawdziwą zacność panny Tomkinson i zanim mieliśmy wielką sprzeczkę.

Panna Caroline, kiedy weszła, wyglądała na bardzo delikatną i słabą. Była w takim samym stopniu łagodna i sentymentalna, w jakim panna Tomkinson - twarda i męska. I miała zwyczaj mówienia: „Och, siostro, jak tak można?” – gdy słyszała, że panna Tomkinson zaczyna swoje zadziwiające przemowy - czego nigdy nie lubiłem, zwłaszcza, że towarzyszyły temu pełne protestu spojrzenia na obecne przy tym towarzystwo, tak jakby pragnęła, żeby zrozumiano, że była wstrząśnięta niestosownym zachowaniem siostry. Tak więc, nie było solidarności między siostrami. Protest na osobności mógłby być czymś dobrym, chociaż – jeśli o mnie chodzi – zaczynałem lubić przemowy i sposób bycia panny Tomkinson, ale nie lubię zachowania niektórych ludzi, którzy odcinają się od tego, co w ich pojęciu może być niepopularne.

Zdaję sobie sprawę, że odpowiedziałem nieco zdawkowo na pytanie panny Caroline, czy czuję różnicę miedzy „wielką metropolią” a małą wioską: po pierwsze, czemu ona nie może użyć słów „Londyn” lub „miasto” i poprzestańmy na tym; po drugie – dlaczego nie lubi miejsca, które było jej domem, na tyle, by wyobrazić sobie, że każdy mógłby je polubić, kiedy pozna je tak jak ona.

Byłem świadomy swojej bezceremonialności w rozmowie z nią i widziałem, że pan Morgan patrzył na mnie, chociaż udawał, że słucha panny Tomkinson, która cichutko zdawała mu relację dotyczącą objawów siostry. Ale kiedy byliśmy już na ulicy, zaczął mówić:
- Mój drogi, młody przyjacielu…

Skrzywiłem się. W czasie tego ranka mogłem zaobserwować, że kiedy zamierzał udzielić mi jakiejś gorzkiej rady, zaczynał przemowę od słów: „Mój drogi, młody przyjacielu”. Tak właśnie postąpił w przypadku zakupu konia.

- Mój drogi, młody przyjacielu. Jest jedna lub dwie wskazówki, których muszę panu udzielić względem pańskiego zachowania. Wielki Sir Edward Home (7) zwykł mówić: „Lekarz powinien mieć dobre maniery lub złe”. W tym drugim przypadku, musi posiadać talent i umiejętności wystarczające do tego, by sprawić, że będzie poszukiwany przez pacjentów, niezależnie od swojego sposobu bycia. Ale niegrzeczność przysporzy złej sławy jego kwalifikacjom. Abernethy (8) jest tu przykładem. Ja sam, ma się rozumieć, kwestionuję złe maniery. Dlatego uczyłem się grzeczności, która łączy spokój i takt z troskliwym szacunkiem i zainteresowaniem. Nie jestem pewien, czy osiągnąłem (niewielu to się udało) mój ideał, ale polecam panu dążenie do takich manier, szczególnie odpowiadających naszej profesji. Identyfikuj się ze swoimi pacjentami, mój drogi panie. Jestem pewien, że ma pan w swoim sercu tyle współczucia, by czuć ból, kiedy pan słyszy relacje o cierpieniach, i je uśmierzać, gdy dostrzegą wyraz tego uczucia w pana zachowaniu. To są, w istocie, proszę pana, maniery, które tworzą człowieka w naszym zawodzie. Nie stawiam samego siebie jako przykładu, jestem daleki od tego, ale… To pan Huston, nasz pastor, jeden z jego służących jest niedysponowany i będę miał przyjemność mu pana przedstawić. Wrócimy do tej konwersacji w innym czasie.

Nie byłem świadomy, że prowadziliśmy konwersację, do której, jak przypuszczam, potrzebne są dwie osoby. Czemu pan Huston wczorajszego wieczoru nie wysłał zapytania o moje zdrowie, zgodnie z lokalnym zwyczajem? Czułem się tym trochę urażony.

---------------------------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Wszystkie zdjęcia pochodzą z miniserialu: "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. jemmy – krótki łom stalowy.
2. Galen, właściwie Claudius Galenus (ok. 130 - 200 n.e.) – rzymski lekarz greckiego pochodzenia, wybitny anatom, utalentowany badacz i pisarz, jeden z najznakomitszych starożytnych lekarzy, wywarł olbrzymi wpływ na rozwój nauk medycznych w średniowieczu i odrodzeniu.
Hipokrates z Kos (ur. ok. 460 p.n.e. na wyspie Kos, zm. ok. 370 p.n.e. w Larysie) - lekarz grecki, jeden z najwybitniejszych prekursorów współczesnej medycyny, obdarzony przydomkiem "ojca medycyny".
3. Sir Astley Cooper (1768-1841) był słynnym lekarzem w Guys Hospital w Londynie.
4. Sir Robert Peel był konserwatywnym premierem w latach 1834-35 oraz 1841-41.
5. Warto porównać podobne stwierdzenie z powieści Elizabeth Gaskell „Cranford”:
„Cranford jest we władaniu Amazonek; kobiety rządzą we wszystkich domach o nieco wyższym czynszu”.
6. Apollo - w mitologii greckiej syn Zeusa i Leto. Uważany za boga piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patrona sztuki i poezji, przewodnika muz.
Asklepios - grecki bóg, opiekun sztuki lekarskiej. Jego rzymskim odpowiednikiem był Eskulap.
7. Sir Edward Home (1756-1832) – znany chirurg
8. John Abernethy (1764-1831) – znany chirurg, uważany za nadpobudliwego.

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...