środa, 16 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 7

Rozdział 7


Zostałem zbudzony ze snu w środku nocy przez posłańca z probostwa. Mały Walter miał krup (1), a pan Morgan został wysłany na wieś. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na cichą, małą ulicę. Światło świeciło na górze w probostwie, w pokoju dziecinnym. Służąca, która otworzyła drzwi, gdy tylko zastukałem, płakała ze smutkiem i z trudem mogła odpowiadać na moje pytania, kiedy szedłem na górę zobaczyć mojego małego ulubieńca.

Pokój dziecinny było to duże, szerokie pomieszczenie. W przeciwległym końcu pokoju paliło się światło świecy, które sprawiało, że pozostała część, gdzie znajdowały się drzwi, była pogrążona w cieniu. Przypuszczam więc, że niania nie wiedziała, że wszedłem do środka, gdyż mówiła ze złością:
- Panno Sophy – powiedziała – mówiłam panience wielokrotnie, że on nie powinien jechać tam z chrypką, a panienka nie powinna zabierać go ze sobą. Wiem, że to złamie serce tacie panienki, ale to nie ja do tego doprowadziłam.

Cokolwiek Sophy czuła, nic na to nie odpowiedziała. Klęczała przy wanience z ciepłą wodą, w której mały chłopiec z trudem łapał powietrze, z wyrazem przestrachu na twarzy, który często widziałem u małych dzieci, które zmogła nagła i gwałtowna choroba. Wydawało się, jakby rozpoznawały coś nieskończonego i niewidzialnego, na czyj rozkaz przychodził ból i męka, przed czym żadna miłość nie mogła ich ochronić.

To bardzo rozdzierający serce widok, gdyż widać go na twarzy tych, którzy są zbyt młodzi, by mogli przyjąć pociechę ze słów wiary lub obietnicę religii.
Walter swoimi rączkami otoczył szyję Sophy, jakby ona, dotąd jego anioł z raju, mogła uratować go przed ponurym cieniem Śmierci.
Tak! Śmierci!


Ukląkłem przy nim po drugiej stronie i badałem go. Prawdziwej sile jego ciała zadawała gwałt choroba, która jest zawsze jedną z najbardziej przerażających dla dzieci w jego wieku.
- Nie bój się, Watty – powiedziała Sophy, kojącym głosem – to pan Harrison, kochanie, który pozwolił ci jechać na swoim koniu.

Mogłem wyczuć drżenie w jej głosie, któremu próbowała nadać ton spokojny i miękki, aby ukoić strach małego chłopca. Wyciągnęliśmy go z wanny, a ja poszedłem po pijawki (2).

Tymczasem nadszedł pan Morgan. Kochał dzieci pastora, jakby był ich wujkiem, ale teraz stanął nieruchomy i osłupiały na widok Waltera – tak ostatnio promiennego i silnego, a teraz bliskiego strasznej zmiany – pędzącego ku cichej, tajemniczej krainie, gdzie będzie doglądany i pielęgnowany, tak samo jak na ziemi, ale musi pójść tam sam.
Mały chłopczyk! Kochany!

Położyliśmy pijawki na jego gardle. Na początku protestował, ale Sophy – niech Bóg ją błogosławi! – odsuwając na bok swoje cierpienie i żal, i myśląc tylko o nim, zaczęła śpiewać piosenki, które lubił.

Wciąż staliśmy nieruchomo. Ogrodnik pobiegł po pastora, ale on był dwanaście mil stąd i wątpiliśmy, czy zdąży na czas. Nie wiedziałem, czy inni mają nadzieję, ale oczy pana Morgana spotkały się z moimi i wiedziałem już, że on, tak samo jak ja, nie ma żadnej.


Tykanie zegara rozległo się wśród ciemności cichego domu. Walter spał, a czarne pijawki wisiały jeszcze na jego ślicznej, białej szyi.
Zastygła w bezruchu Sophy nuciła kołysanki, które dotąd śpiewała w innych, szczęśliwszych warunkach. Pamiętam tekst jednej z nich, gdyż uderzyła mnie w tym czasie, bo w dziwny sposób odpowiadała tej chwili.

„Śpij dziecinko, śpij,
Nad twoim snem czuwać będą aniołowie
Gdy na trawie owca paść się będzie
Ty już nigdy bólu nie doznasz
Śpij, dziecinko, śpij”.


W oczach pana Morgana pojawiły się łzy. Nie sądziłem, by którykolwiek z nas mógł coś mówić swoim zwykłym głosem, ale dzielna dziewczyna śpiewała czysto, choć słabym głosem. W końcu powstała i podniosła wzrok:
- Jest mu lepiej, czyż nie? Panie Morgan?
- Nie, moja droga. On jest … hmmm… – nie mógł mówić. Po chwili dopiero odezwał się znowu. – Moja droga. Wkrótce będzie mu lepiej. Pomyśl o swojej mamie, moja droga panienko Sophy. Ona będzie bardzo się cieszyła, że jedna z jej ukochanych osób jest już przy niej, bezpieczna.


Ona wciąż nie płakała. Ale pochyliła się do małej twarzyczki i pocałowała ją czule.
- Pójdę po Helen i Lizzie. Będzie im przykro, gdy nie zobaczą go ponownie.

Podniosła się i poszła po nie. Biedne dziewczęta weszły w swoich szlafrokach, z oczami rozszerzonymi nagłym wzruszeniem, blade z przerażenia, skradając się cicho, jakby jakiś dźwięk mógł mu przeszkadzać. Sophy uspokoiła je łagodną pieszczotą.
Wkrótce wszystko się skończyło.

Pan Morgan niemal płakał jak dziecko. Ale uważał, że koniecznie musi mnie za to przeprosić.
- Jestem wykończony wczorajszą pracą, proszę pana. Miałem jedną czy dwie złe noce, i one wytrąciły mnie z równowagi. Kiedy byłem w pana wieku, byłem silny, dzielny jak każdy i gardziłem wylewaniem łez.

Sophy podeszła do miejsca, gdzie staliśmy.
- Panie Morgan. Jest mi tak przykro z powodu taty. Jak ja mu to powiem?


Walczyła z własnym cierpieniem, ze względu na ojca. Pan Morgan zaproponował, że poczeka na niego i wydawało się, że była wdzięczna za tę propozycję.
Ja, nowy znajomy, prawie obcy, nie mogłem zostać dłużej.

Ulica była cicha, jak zawsze, nawet ciemność była taka sama, bo nie było jeszcze nawet czwartej. Ale tej nocy jedna dusza odeszła.

Ze wszystkich, których znałem i ze wszystkich, o których wiedziałem, pastor i jego córka walczyli o to najbardziej, by dać pociechę innym. Każda myśl o cierpieniu innych, każda modlitwa była w intencji innych ludzi, a nie ich samych. Widzieliśmy ich, jak idą przez wieś i słyszeliśmy o nich w domkach ubogich. Ale to było jakiś czas przedtem, zanim udało mi się znowu spotkać kogoś z nich. A potem poczułem, że jest coś nie do opisania w ich zachowaniu wobec mnie, że jestem jednym z ”właściwych ludzi, których Bóg uczynił drogimi”.
Ten jeden dzień w starej hali to sprawił. Byłem, być może, ostatnią osobą, która sprawiła biednemu, małemu chłopcu jakąś niezwykłą radość.

Biedny Walter! Gdybym mógł uczynić więcej, aby jego krótkie życie było szczęśliwe!

----------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Krup - inaczej dławiec, błonica. Choroba zakaźna, która występuje w pierwszych latach życia. Przenosi się głównie drogą kropelkową. Głównym czynnikiem chorobotwórczym jest wytwarzany przez niektóre szczepy bakterii maczugowca błonicy jad - toksyna błonicza.
2. Pijawki były niegdyś powszechnie stosowane do upuszczania krwi, jako "lekarstwo" na wiele chorób, co z reguły przynosiło pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Obecnie powszechnie wraca się do tej metody jako hirudoterapia - element medycyny alternatywnej, chociaż nie wykazano jej skuteczności w leczeniu żadnych schorzeń poza niektórymi przypadkami terapii stosowanej po przeszczepach kończyn. Jest to metoda obarczona ryzykiem, ze względu na możliwość przenoszenia chorób i pasożytów.
3. 1 list św. Piotra 2:9
Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem.

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...