niedziela, 13 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 5

Rozdział 5

Było jedno zaproszenie, które wydawało się obiecywać dużo przyjemności. Pan Bullock (który jest prawnikiem w Duncombe) ożenił się drugi raz z damą z dużego prowincjonalnego miasta. Ona zapragnęła wytyczać modę – rzecz to łatwa do zrobienia, ponieważ każdy pragnął za nią podążać. W związku z tym zamiast wydać proszoną herbatkę na moją cześć, zaproponowała piknik w jakiejś starej hali w sąsiedztwie, i to naprawdę brzmiało dość kusząco. Wydawało się, że wszyscy pacjenci mówili o tej kwestii – zarówno ci, którzy byli zaproszeni, jak i ci, których nie zaproszono.
Budynek otaczała woda, na niej pływała łódka. W sali była galeria, z której dźwięk rozbrzmiewał wspaniale. Rodzina, do której należało to miejsce, przebywała za granicą, a kiedy przyjeżdżała do domu, zajmowała nowy i obszerniejszy budynek. W starej hali mieszkał tylko gospodarz i jego żona, i to oni zostali obarczeni przygotowaniami.

Mieszkańcy miasta byli zachwyceni, kiedy słońce zaświeciło jasno w październikowy ranek, w dniu naszego pikniku. Sklepikarze i wieśniacy się ucieszyli, kiedy ujrzeli towarzystwo zbierające się przed drzwiami pana Bullocka. Było około 20 osób – „cicha garstka” – powiedziała jego żona, ale uważałem, że jest nas wystarczająco dużo.

Była panna Tomkinson i dwie z jej młodych dam – jedna z nich należała do „ziemiańskiej rodziny” - pani Bullock powiedziała mi to szeptem - potem pojawili się pan i pani Bullock, panna Bullock i potomstwo jego obecnej żony. Panna Bullock była jedynie pasierbicą. Pani Munton przyjęła zaproszenie, żeby dołączyć do towarzystwa, co było dość nieoczekiwane dla gości, jak przypuszczam, sądząc z tego, co usłyszałem mimochodem, ale przyjęli ją serdecznie. Panna Horsman (niezamężna dama, która wróciła do domu w ostatnim tygodniu) była jeszcze jednym nieoczekiwanym gościem. I w końcu był pastor i jego dzieci. Co z panem Morganem i mną uczyniło liczbę uczestników kompletną.

Bardzo się ucieszyłem, że mogę zobaczyć kogoś jeszcze z rodziny pastora. On sam wpadał okazjonalnie na wieczorne przyjęcia, to prawda, i rozmawiał uprzejmie z nami, ale nie miał zwyczaju dostawać długo. A jego córka, jak mówił, była zbyt młoda, by składać wizyty. Od śmierci matki opiekowała się małymi siostrami i bratem, co zabierało jej dużo czasu, więc wieczory z zadowoleniem poświęcała na własną naukę.
Ale dziś było inaczej, bo Sophy oraz Helen, Lizzie i nawet mały Walter byli tutaj, i stali u drzwi pani Bullock, gdyż nikt z nas nie był na tyle cierpliwy, by siedzieć w salonie z panią Munton i starszyzną, spokojnie czekając na dwie dwukółki i brek, które miały przybyć o drugiej, a teraz był prawie kwadrans po tej godzinie. „Skandal! Słońce niedługo się schowa”.

Pełni zrozumienia sklepikarze, stojący przy swoich drzwiach, z rękami w kieszeniach, zwrócili głowy, w stronę, z której miały nadejść powozy (jak je nazywał pan Bullock). Rozległo się dudnienie po brukowanej ulicy i sklepikarze odwrócili się do nas, uśmiechnęli się i skłonili głowy, gratulując nam pikniku. Wszystkie matki i wszystkie ich małe dzieci zaraz zaczęły się gromadzić wokół drzwi, aby zobaczyć, jak wyruszamy.

Mój koń już czekał, na razie towarzyszyłem innym do ich pojazdów. Wszystko było przygotowane. Pani Munton oddano jedno z siedzeń w dwukółce. Było trochę zwlekania, ponieważ wielu młodych ludzi chciało jechać na breku – nie wiem czemu. Panna Horsman zgłosiła się jednak na ochotnika. Ponieważ była uważana za bliską przyjaciółkę pani Munton, było to, jak dotąd, satysfakcjonujące. Ale kto miał być tą trzecią – najszczuplejszą wśród starszych pań, które lubiły zamykać okna? Widziałem, że Sophy rozmawiała z Helen, a potem zgłosiła się jako trzecia. Dwie starsze panie wyglądały na zadowolone (jak każdy z obecności Sophy), tak więc powóz został zagospodarowany.

Właśnie miał wyruszyć, gdy służący z probostwa podbiegł z notatką dla swego pana. Kiedy pastor ją przeczytał, podszedł do stopni pojazdu i przypuszczalnie powiedział Sophy to, co później usłyszałem, gdy mówił do pani Bullock, że duchowny z sąsiedniej parafii zachorował i nie może poprowadzić uroczystości pogrzebowych jednego ze swych wiernych, który miał być pochowany tego popołudnia. Pastor musiał się tam udać i uprzedził, że nie wróci do domu na noc. Wydawało się, jak spostrzegłem, że to była ulga dla niektórych, których jego obecność na pikniku nieco krępowała. Pan Morgan nadszedł w tym momencie, gdyż pracował cały ranek, by być na czas i dołączyć do towarzystwa. Ogólnie biorąc pogodziliśmy się z nieobecnością pastora. Jego własna rodzina żałowała go najbardziej, jak stwierdziłem, i bardzo ich za to polubiłem. Przypuszczałem, że będzie mi przykro z powodu jego wyjazdu, bo go szanowałem, podziwiałem i czułem się zawsze bardzo dobrze w jego towarzystwie.


Panna Tomkinson, pani Bullock i moda dama zajęły kolejny powóz. Sądzę, że ta ostatnia mogłaby się raczej znaleźć w breku, z młodym i weselszym towarzystwem, ale pewnie było to uważane za poniżej jej godności. Reszta uczestników miała jechać parami na koniach i było tam najwięcej zabawy i śmiechu, i było najgłośniej. Pan Morgan i ja byliśmy konno, ale w końcu prowadziłem swego konia, a mały Walter jechał na jego grzbiecie. Jego grube, masywne nogi zwisały sztywno po obu stronach mojego krępego konika.

Chłopczyk był moim ulubieńcem, buzia mu się nie zamykała, jego siostra była bohaterką wszystkich jego opowieści. Dowiedziałem się, że zawdzięczał jej udział w tej wycieczce, bo ubłagała ojca, by pozwolił mu na nią jechać. Niania była temu przeciwna.
- Złoszczę się na starą nianię! – zawołał pewnej chwili, ale potem dodał. – Nie, nie złoszczę się, ona jest dobra. Sophy powiedziała Walterowi, że nie można złościć się na nianię.
Nie widziałem dotąd dziecka tak dzielnego. Koń przestraszył się kłody drewna. Walter zaczerwienił się, złapał się grzywy, ale usiadł prosto jak mały mężczyzna i nic nie mówił, dopóki koń się kręcił. Kiedy to się skończyło, spojrzał na mnie i uśmiechnął się:
- Nie pozwoliłby pan, by stała mi się krzywda, prawda, panie Harrison?
Był najbardziej ujmującym chłopczykiem, jakiego widziałem.

Rozlegały się często w moim kierunku okrzyki z breku:
- Och, panie Harrison, proszę przynieść nam gałąź z jeżynami, może pan dosięgnąć jej pejczem.
- Och, panie Harrison, tam są wspaniałe orzechy, po drugiej stronie żywopłotu, mógłby pan po nie zawrócić?

Pannie Caroline Tomkinson raz czy dwa razy zrobiło się słabo z powodu ruchów breka i poprosiła mnie o mój flakonik z solami trzeźwiącymi, ponieważ zapomniała swoich. Byłem rozbawiony myślą, że miałbym nosić ze sobą takie przedmioty. Potem stwierdziła, że chciałaby się przejść, wysiadła i przeszła na moją stronę drogi. Ale uznałem, że mały Walter był przyjemniejszym towarzyszem, więc wkrótce wprowadziłem konia w kłus, a tego tempa z jej delikatną konstytucją nie mogła utrzymać.

Droga do starej hali ciągnęła się wzdłuż piaszczystego pasa wysokich żywopłotów, wiąz górski rósł tam prawie nad głową.
- Skandaliczna uprawa! – stwierdził pan Bullock i tak być mogło, ale wyglądało to bardzo ładnie i malowniczo.
Drzewa były przepyszne w swoich pomarańczowych i karmazynowych odcieniach, połyskujących w jesiennym słońcu. Pomyślałem, że te kolory byłyby zbyt jaskrawe, gdybym zobaczył je na obrazie, zwłaszcza, kiedy wspięliśmy się na wzgórze po przekroczeniu małego mostka nad strumykiem (ile było śmiechu i krzyku, kiedy brek przejeżdżał przez rozpryskującą się wodę!) i moim oczom ukazały się fioletowe pasma wzgórz. Mogliśmy z tego miejsca zobaczyć starą halę z otaczającym ją z tyłu lasem i niebieską taflą wody, nieruchomej w słońcu.

Śmiechy i rozmowy wzmagają apetyt, więc kiedy dotarliśmy na polankę przed halą, rozległy się ogólne prośby o posiłek, gdyż tu przygotowano miejsce do jego spożycia.

Zauważyłem, że panna Carry wzięła pannę Tomkinson na stronę i coś do niej szeptała, po chwili starsza siostra podeszła do mnie. Byłem nieco na uboczu, zajęty przygotowaniem siedzenia z siana, które przyniosłem z poddasza gospodarza dla mojego małego przyjaciela Waltera. Był nieco zachrypnięty, a ja bałem się, że usiądzie na nieco wilgotnej trawie.

- Panie Harrison, Caroline mówi mi, że czuje się słabo. Obawia się jednego ze swoich ataków. Twierdzi, że ma większą wiarę w pana medyczne zdolności niż pana Morgana. Nie byłabym szczera, gdybym nie powiedziała, że mam inne zdanie, ale, skoro tak jest, czy mogłabym pana prosić, by uważał pan na nią. Powiedziałam jej, że lepiej byłoby, gdyby nie wzięła udziału w zabawie, jeśli nie czuje się dobrze, ale, biedactwo, zapragnęła tej przyjemności. Zaofiarowałam się, że pojadę z nią do domu, ale ona twierdzi, że skoro będzie pewna, że jest w pana rękach, wolałaby raczej zostać.


Oczywiście skłoniłem głowę i obiecałem wszystkie należne usługi pannie Caroline. Pomyślałem, że dopóki nie będzie potrzebowała mojej pomocy, mógłbym w międzyczasie pomagać córce pastora, która wyglądała świeżo i ślicznie w swojej białej muślinowej sukni i wszędzie dookoła, w słońcu i w cieniu, pomagała każdemu, by mu było wygodnie, myśląc o wszystkich poza sobą.

Wkrótce podszedł do mnie pan Morgan
- Panna Caroline nie czuje się dobrze. Obiecałem jej siostrze twoje usługi.
- Ja także, proszę pana. Ale panna Sophy nie może dźwigać tego ciężkiego kosza.
Nie chciałem, by usłyszała to usprawiedliwienie, ale podchwyciła moje słowa i powiedziała:
- O tak, mogę! Przeniosę te rzeczy pojedynczo. Proszę iść do biednej panny Caroline, panie Harrison.

Poszedłem, ale bardzo niechętnie, muszę wyznać. Kiedy wkrótce usiadłem obok niej, poczuła się lepiej. To był, prawdopodobnie, tylko nerwowy strach, który znikł, gdy poczuła, że ma pomoc w zasięgu ręki, gdyż zjadła cały obiad. Pomyślałem, że nigdy nie zakończy wstydliwych próśb o „tylko jeszcze troszeczkę gołąbka lub kawałeczek kurczaczka”.

Obfity posiłek mógł, mam nadzieję, w istocie ją ożywić, i to się stało. Stwierdziła, że zdołałaby przejść się nieco dookoła ogrodu i spojrzeć na stare, zielono-niebieskie cisy, jeśli podam jej ramię. To była bardzo prorokujące. Zapragnąłem z całej siły być z dziećmi pastora. Poradziłem zdecydowanie pannie Caroline, by położyła się trochę i odpoczęła przed herbatą na sofie w kuchni gospodarza. Nie możesz sobie wyobrazić, jak przekonująco błagałem ją, by dbała o siebie. W końcu zgodziła się, dziękując mi za tak czułe zainteresowanie, nigdy nie zapomni mojej serdecznej pomocy.

Niewiele wiedziała, o czym wtedy myślałem. Jednak bezpiecznie powierzyłem ją żonie gospodarza, a sam bezzwłocznie wybiegłem na poszukiwanie białej sukni i wiotkiej sylwetki, ale w drzwiach hali natknąłem się na panią Bullock. Groźnie wyglądała.

Pomyślałem, że wydawała się trochę obrażona z powodu moich (niechcianych) atencji wobec panny Caroline w czasie obiadu, ale teraz, widząc mnie samego, uśmiechnęła się:
- Och, pan Harrison i to sam. Jak to? Młode damy pozwalają na takie zaniedbanie z pana strony? A propos, zostawiłam młodą damę, która bardzo ucieszyłaby się z pana pomocy. Jestem tego pewna. To moja córka Jemima (miała na myśli swoją pasierbicę). Pan Bullock jest tak wspaniałym, i czułym ojcem, że bardzo obawiałby się, gdyby wsiadła do łódki, chyba że miałaby przy sobie kogoś, kto umie pływać. Poszedł porozmawiać z gospodarzem o nowym kole do pługa (rolnictwo to jego hobby, chociaż pracuje jako prawnik). Ale biedna dziewczyna usycha na brzegu, pragnąc mojej zgody, by dołączyć do pozostałych. Nie chcę na to pozwolić, dopóki pan nie będzie jej uprzejmie towarzyszyć i nie obieca że, jeśli nie zdarzą się żadne wypadki, zachowa pan ją w zdrowiu.

Och, Sophy, dlaczego nikt nie niepokoił się o ciebie?


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...