wtorek, 13 października 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 15

Rozdział 15

W tym czasie odbyła się wyprzedaż w Ashmeadow, ładnym domu w sąsiedztwie Duncombe. Wiosenny dzień i łatwa droga sprawiły, że okazja ta skusiła wielu mieszkańców Duncombe, którzy nie mieli zamiaru nic kupić, ale podobał im się pomysł wędrowania przez las, pełen wczesnych pierwiosnków i dzikich żonkili, a przy tym oglądania ogrodów i domów, które do tej pory były zamykane i niedostępne dla ludzi z miasta. Pani Rose miała zamiar pójść na tę przechadzkę, ale niestety przeziębienie jej to uniemożliwiło. Prosiła, bym zdał jej później drobiazgową relację, gdyż twierdziła, że uwielbia szczegóły i zawsze wypytywała pana Rose o przystawki do obiadów, na które był zapraszany. Nawiasem mówiąc, postępowanie zmarłego pana Rose było zawsze stawiane mi za wzór.

Wybrałem się do Ashmeadow, zatrzymując się i, co chwilę, spacerując z różnymi grupkami ludzi z miasta. Wszyscy zmierzali w tym samym kierunku. Wreszcie odnalazłem pastora i Sophy, i z nimi już zostałem. Usiadłem obok Sophy, rozmawiałem z nią i słuchałem jej słów.

Aukcja to, mimo wszystko, bardzo przyjemne zgromadzenie. Aukcjoner na wsi, stojąc na swoim podium, czasami pozwala sobie, znając osobiście wielu z tych ludzi, na bystre uwagi odnoszące się do ich sytuacji i żartuje sobie z nich.

Na przykład, był tam obecny hodowca z żoną, którą była siwa jak kobyła kobieta (1).
Prowadzący licytację sprzedawał właśnie jakieś końskie derki i, wyczytując tę pozycję, polecał jej głośno ten artykuł, mówiąc, z porozumiewawczym spojrzeniem w stronę zgromadzonych, że można z nich zrobić stylową parę spodni, jeśli brakuje jej tego artykułu.

Wyprostowała się z godnością i powiedziała:
- Chodź, John. Mamy już tego dość.
Sala wybuchła śmiechem, a pośród tego John potulnie podążył za swoją żoną do wyjścia.

Meble do salonu były, jak przypuszczam, bardzo piękne, ale nie zwróciłem na nie większej uwagi. Nagle usłyszałem, że aukcjoner zwraca się do mnie:
- Panie Harrison, czy nie stanie pan do licytacji tego stoliczka?

To był ładny mebelek z drzewa orzechowego. Pomyślałem, że mógłby pasować do mojego gabinetu, więc złożyłem ofertę. Zobaczyłem, że panna Horsman włączyła się do licytacji, więc przebiłem jej ofertę, a w końcu młotek uderzył o podium na moją korzyść.

Prowadzący licytację uśmiechnął się i pogratulował mi:
- To będzie najbardziej użyteczny prezent dla pana Harrisona, kiedy ta dama się wprowadzi.

Wszyscy się śmiali. Lubili żarty z małżeństwa, bo było je tak łatwo zrozumieć. Ale mebel, który, jak sądziłem, mógł służyć do pisania, okazał się stoliczkiem do robótek ręcznych, pełnym nożyczek i naparstków. Nic dziwnego, że wyglądałem niemądrze. Sophy nie patrzyła na mnie, to była jedyna pociecha. Była zajęta układaniem bukiecika z zawilców i dzikiego szczawiu.

Panna Horsman podeszła do mnie ze swoimi ciekawskim spojrzeniem.
- Nie miałam pojęcia, że sprawy są tak bardzo zaawansowane, skoro pan kupił stoliczek do robótek, panie Harrison.

Obróciłem w żart moje skrępowanie.
- Czyż nie, panno Horsman? Pani jest bardzo spóźniona. Nie słyszała pani zatem o moim pianinie?
- Nie, rzeczywiście – odparła na poły niepewna, czy mówię poważnie czy nie.
- Zatem brakuje tylko damy.
- Być może nie brakuje – odpowiedziałem, ponieważ chciałem wprawić w zakłopotanie tę ciekawską osobę.


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Trudne do przełożenia - w oryg. gray mere – siwa kobyła. To cytat z przysłowia: “The grey mare is the better horse” (“The grey mare being a wife”). “W tym domu rządzi kobieta” (mąż siedzi pod kloszem).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...