Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

czwartek, 3 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 1

Rozdział 1

Ogień płonął wesoło. Moja żona udała się właśnie na górę, aby położyć dziecko do łóżka. Charles siedział naprzeciw mnie, przystojny i opalony. Przyjemnie było pomyśleć, że spędzimy kilka tygodni pod tym samym dachem, nie robiliśmy tego od czasu, kiedy byliśmy chłopcami. Czułem się zbyt leniwy, by rozmawiać, więc jadłem orzechy włoskie i patrzyłem na ogień. Ale Charles zaczął się niecierpliwić.

- Teraz kiedy twoja żona jest na górze, Will (1), musisz mi opowiedzieć o tym, o co chciałem cię zapytać, odkąd zobaczyłem ją tego ranka. Powiedz mi, jak się do niej zalecałeś i jak ją zdobyłeś. Chciałbym, żebyś podał mi przepis na to, jak znaleźć tak uroczą żonę. Twoje listy zawierały tylko minimum szczegółów, więc teraz opowiedz mi wszystko dokładnie.
- Jeśli opowiem ci wszystko, to będzie długa historia.
- Nie obawiaj się. Jeśli poczuję się zmęczony, zasnę i będę śnił, że znowu jestem samotnym kawalerem w Cejlonie i obudzę się, kiedy skończysz mówić, wiedząc, że jestem pod twoim dachem. No dalej, chłopie! „Był sobie raz młody, dzielny kawaler...” Taki jest początek.

- Dobrze więc. „Był sobie raz młody, dzielny kawaler, który zastanawiał się, gdzie osiąść, kiedy zakończył swoją edukację chirurga”. Nie, jednak muszę mówić w pierwszej osobie, nie mogę kontynuować tej historii jako dzielny młodzieniec:

Przestałem odwiedzać szpitale, kiedy wyjechałeś do Cejlonu i, jeśli pamiętasz, chciałem wyjechać za granicę tak jak ty. Zastanawiałem się, czy nie ofiarować swoich usług jako chirurg okrętowy. Ale stwierdziłem, że stracę swoją pozycję zawodową. Więc wahałem się, i w tym czasie otrzymałem list od kuzyna mojego ojca, pana Morgana, tego starszego gentlemana, który zwykł pisać długie listy z dobrymi radami dla mojej matki, i który przysłał mi pięciofuntowy banknot, kiedy zgodziłem się terminować u pana Howarda, zamiast udać się na morze.

Wydawało się, że stary gentleman od początku myślał o tym, że weźmie mnie jako swego wspólnika, jeśli okażę się dość dobry w swojej profesji. Więc kiedy otrzymał o mnie pomyślne wieści od swego starego przyjaciela, który był chirurgiem w Guys Hospital w Londynie, napisał list z następującą propozycją: miałem otrzymywać jedną trzecią zysku przez pięć lat, potem połowę, w końcu miałem przejąć po nim całość. To nie była zła oferta dla kogoś takiego jak ja, bez grosza przy duszy. Bo choć nie znałem go osobiście, pan Morgan miał świetną wiejską praktykę. Miałem o nim dobre zdanie jako o honorowym, życzliwym, energicznym i nieco wścibskim starym kawalerze. I było to trafne wrażenie, o czym przekonałem się pół godziny po tym, jak go zobaczyłem.

Wyobrażałem sobie, że będę mieszkał w jego domu, jako że był kawalerem i przyjacielem rodziny, ale jak sądzę, obawiał się, że spodziewam się takiego rozwiązania, gdyż kiedy podszedłem pod jego drzwi wraz z bagażowym, który dźwigał moją walizkę, on wyszedł do mnie na schody i podczas gdy trzymał moją rękę i potrząsał nią, powiedział do bagażowego:” Jerry, jeśli chwilę poczekasz, pan Harrison będzie gotów, by pójść z tobą do jego mieszkania, wiesz, do Jocelyn” – potem, zwracając się do mnie, wypowiedział kilka słów powitania. Byłem skłonny myśleć, że jest osobą niegościnną, ale później zrozumiałem go lepiej.

- Dom Jocelynów – powiedział – to najlepsze miejsce, jakie mogłem znaleźć w tym pośpiechu. Jest sporo pracy, dużo przypadków duru brzusznego, co sprawia, że oczekiwałem twojego przyjazdu w tym miesiącu – lekka odmiana tyfusu panuje w najstarszych częściach miasta. Myślę, że poradzisz sobie z tym ciągu tygodnia lub dwóch. Dałem swobodę mojej gospodyni, w wyborze rzeczy, które mogą sprawić, że twoja kwatera będzie przytulniejsza – wyściełany fotel, pudło na preparaty medyczne i coś tam do jedzenia. Jeśli pójdziesz za moją radą, mam plan, który moglibyśmy przedyskutować jutro rano. Ale teraz nie chciałbym cię zatrzymywać dłużej na schodach, więc możesz udać się już do swojego mieszkania, gdzie, jak przypuszczam, moja gospodyni czeka na ciebie z herbatą.

Uważałem, że niepokój starego gentlemana odnosi się do jego zdrowia, które stawiał ponad troskę o moje zdrowie, gdyż miał na sobie luźny płaszcz, ale nie miał na głowie kapelusza. Ale zdumiałem się, że nie zaprosił mnie do środka, lecz przyjął mnie na schodach. Zrozumiałem w końcu, że błędnie przypuszczałem, że obawiał się przeziębienia, on tylko nie chciał, żebym zobaczył go w negliżu. Z powodu jego pozornej niegościnności, nie odwiedzałem go długo w Duncombe, zanim nie doświadczyłem wygody posiadania domu, w którym, jak w zamku, nikt nam nie powinien przeszkadzać. Znalazłem wyjaśnienie zwyczaju pana Morgana, który przyjmował każdego w drzwiach. To był jedynie wynik nawyku, który sprawił, że i mnie tak przyjął. Wkrótce miałem swobodny dostęp do jego domu.
W moim mieszkaniu dostrzegłem oznaki uprzejmej uwagi i zapobiegliwości ze strony kogoś, tą osobą był bez wątpienia pan Morgan.

Byłem zbyt leniwy, by zająć się czymś więcej tego wieczoru, więc usiadłem przy małym oknie wykuszowym, które wystawało ponad sklep Jocelynów i patrzyłem na ulicę.
Duncombe określa się mianem miasta, ale powinienem nazwać je wsią. W istocie, patrząc z tego miejsca, to naprawdę malownicze miejsce. Domy nie są zwyczajne. Mogą być nieciekawe i liche w szczegółach, ale razem wyglądają dobrze. Nie mają płaskiej, monotonnej fasady, jak w wielu pretensjonalnych miastach. Gdzieniegdzie widać okno wykuszowe – każde jest nowe – potem szczyt, który wznosi się w kierunku nieba – od czasu do czasu piętro, co daje efekt gry światłocienia na ulicy. Mają tu dziwną modę swoistego barwienia mlekiem wapiennym niektórych domów, odcieniem przypominającym różową bibułę, lub bardziej - kamienie w Moguncji. To mógł być zły gust, ale w moich oczach nabierały one bogatego, barwnego ciepła.

W niektórych miejscach domy miały podwórze na froncie, z trawnikiem po obu stronach chodnika, i z szerokimi trzema lub dwoma drzewami – lipami czy kasztanowcami, które swoimi górnymi gałęziami rzucały cień na chodniki, tworząc, podczas letnich deszczów, okrągłe plamy cienia.
Gdy siedziałem przy wykuszowym oknie, myśląc o kontraście między tym miejscem a mieszkaniem w sercu Londynu, które opuściłem ledwie dwanaście godzin temu – tu w środku miasta wpadały przez otwarte okno jedynie zapachy pachnącej rezedy ze skrzynek stojących na parapecie – zamiast kurzu i dymu z ulicy. A jedyny dźwięk, który dało się słyszeć na tej głównej ulicy, to głosy matek wołających swoje bawiące się dzieci do łóżek. Bicie dzwonu z wieży starego parafialnego kościoła przypominało o tym, że nadeszła pora wieczornego spoczynku i gaszenia świateł.

Gdy tak siedziałem leniwie, drzwi otworzyły się i mała służąca, dygnąwszy, powiedziała:
- Proszę przyjąć wyrazy uszanowania od pani Munton. Bardzo chciałaby się dowiedzieć, jak pan się czuje po podróży.

No proszę! Czy to nie było serdeczne i miłe? Nawet najlepszy kumpel z Guys Hospital nie pomyślałby o takiej uprzejmości. Gdy tymczasem pani Munton, której nazwiska nigdy dotąd nie usłyszałem, bez wątpienia odczuwałaby niepokój, dopóki nie przyniesie jej ulgi wiadomość, że mam się dobrze.

- Proszę przekazać pani Munton wyrazy uszanowania. Czuję się nieźle, jestem wielce obowiązany.

Dobrze było powiedzieć tylko „nieźle” zamiast „bardzo dobrze”, bo to ostatnie mogło zniweczyć zainteresowanie pani Munton, które przejawiała względem mojej osoby. Dobra pani Munton! Serdeczna pani Munton! Być może, także – młoda – ładna – bogata - owdowiała pani Munton. Zacierałem dłonie z zadowoleniem i radośnie, i wracając na moje stanowisku obserwacyjne, zacząłem się zastanawiać, w którym domu mieszka pani Munton.

Znowu lekkie pukanie do drzwi i mała służąca powiedziała:
- Proszę przyjąć wyrazy uszanowania od panien Tomkinson. Chciałyby się dowiedzieć, jak się pan czuje po podróży.

Nie wiem z jakiego powodu, ale nazwisko panien Tomkinson nie było już otoczone takim nimbem, jak nazwisko pani Munton. Wciąż było jednak bardzo miło, że wysłały pozdrowienia i zapytanie. Tyle, że nie chciałem się czuć tak doskonale zdrowy. Byłem wystarczająco zawstydzony, nie mogąc odesłać wiadomości, że jestem wyczerpany. Gdybym tylko miał ból głowy! Oddychałem głęboko, moja pierś pracowała doskonale, nie przeziębiłem się, więc odpowiedziałem ponownie:
- Jestem bardzo zobowiązany pannom Tomkinson. Nie jestem zmęczony, czuję się znośnie. Przesyłam ukłony.

Mała Sally ledwie zeszła na dół, a już wracała rumiana i zdyszana:
- Pan i pani Bullock przesyłają wyrazy uszanowania. Mają nadzieję, że dobrze pan zniósł podróż.

Któż mógłby oczekiwać takiej uprzejmości od kogoś o tak mało obiecującym nazwisku (2) ? Pan i pani Bullock byli mniej interesujący, to fakt, niż ich poprzednicy, ale z wdzięcznością odpowiedziałem:
- Proszę przekazać ukłony ode mnie. Sądzę, że noc sprawi, że odzyskam wszystkie siły.

Tę samą wiadomość otrzymałem jeszcze od jednej czy dwóch życzliwych dusz. Naprawdę wolałbym nie być tak rumiany i zdrowy. Obawiałem się, że mogę rozczarować czułych mieszkańców miasta, kiedy zobaczą, jaki ze mnie krzepki młodzieniec.
Byłem niemal zawstydzony, przyznając się, że mam ochotę na kolację, gdy Sally zjawiła się z zapytaniem, czego potrzebuję. Befsztyki były bardzo kuszące, ale być może powinienem raczej zjeść kleik owsiany na wodzie i położyć się do łóżka. Befsztyki wytrzymają jeden dzień.

Nie musiałem czuć takiej radości, bo mieszkańcy miasta składają wizytę każdemu, kto tu przybywa. Wielu z tych samych ludzi przysłało zapytanie o ciebie, Charles – potężnego, opalonego chłopa, jakim jesteś – tylko Sally oszczędziła ci kłopotu wymyślania interesujących odpowiedzi.

--------------------------------------------------------
1. Will, później jest nazywany Frankiem.
2. "Bullock" po angielsku to wół.
-----------------------------------------------------
Fotografie pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007).

Tłumaczenie: Gosia

Wyznania pana Harrisona (Mr Harrison`s Confessions)


"Mr Harrison`s Confessions" to jedno z trzech opowiadań Elizabeth Gaskell, które posłużyło twórcom miniserialu "Cranford" do napisania scenariusza. Miłosne i zawodowe perypetie młodego doktora świetnie wpisały się w atmosferę tytułowego miasteczka, choć w rzeczywistości akcja tego opowiadania Gaskell toczy się w mieście Duncombe.

Ta nowela (czy też dłuższe opowiadanie) powstała w 1851 roku i może być uznana jako wstęp właśnie do powieści "Cranford". Jest tak samo jak następczyni, pełna dobrotliwego humoru.

Gaskell miała spore doświadczenie, opisując życie w prowincjonalnym miasteczku, gdyż sama przez wiele lat mieszkała w Knutsford, gdzie między innymi mogła obserwować życie i praktykę swego wuja, doktora Petera Hollanda.

Fabuła "Mr Harrison`s Confessions" jest prosta. Młody człowiek, kawaler, po ukończeniu studiów i praktyki w szpitalu w Londynie, przybywa do małego miasteczka i tam, wchodząc w nowe środowisko, powoduje szereg zawirowań w życiu mieszkańców, a raczej samotnych mieszkanek (panien i wdów), a także w swoim własnym, gdyż to swoista komedia pomyłek i nieporozumień. Staje się on nieświadomie ofiarą małomiasteczkowych plotek.

Ale nie będę pisać dalej, trzeba to przeczytać samemu. Postanowiłam przetłumaczyć tą pełną humoru opowieść, tym bardziej, że wiele z nas ma jeszcze w pamięci miniserial BBC "Cranford", który tak bardzo nam się spodobał, a tam wątek doktora Harrisona (grał go Simon Woods) był miłym dodatkiem do całej, jakże interesującej i pełnej wzruszeń, historii.

1. Na zdjęciu Simon Woods jako dr Harrison w miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

środa, 29 lipca 2009

Opowieść starej niani

To opowiadanie zostało opublikowane przez Elizabeth Gaskell anonimowo w 1852 r. w Dickensowskim czasopiśmie "Household Words" (pod tytułem: "A Round of Stories by the Christmas Fire"). Powstało ono między "Mary Barton" (jej pierwszą powieścią) a "Ruth". Póżniej zresztą pisała podobne opowiadania, jak choćby omawiana wcześniej "Szara dama".

"Opowieść starej niani" jest to tzw. ghost story czyli historia o duchach. W gotyckiej fikcji pojawiają się często opuszczone i odizolowane miejsca (nawiedzone budowle, zamki), makabryczne, tajemnicze albo gwałtowne wypadki (śmierć, morderstwo, choroba, szaleństwo, klątwa). Istotnym elementem był często fakt zaistnienia jakiejś zbrodni, która odciskała piętno na losach postaci. W wielu gotyckich opowieściach pisarze wykorzystują przecięcie naturalnego z ponadnaturalnym. Przede wszystkim jednak budują nastrój lęku i grozy. Tak jest także w opowiadaniu Gaskell.

Osierocona 5-letnia Rosamunda Furnivall wraz z opiekunką Hester przybywa do wielkiego starego, zaniedbanego nieco dworu Furnivall Manor w Northumberland.

"Droga pięła się w górę ze dwie mile, aż wreszcie ujrzałyśmy ogromny, okazały dom wśród drzew, rosnących tak blisko niego, że w paru miejscach poruszane wiatrem gałęzie uderzały o ściany. Niektóre olbrzymy leżały powalone na ziemi. Wyglądało na to, że nikt nie utrzymuje tu porządku, nie obcina gałęzi ani nie gracuje zarosłej mchem alei.[..] Kiedy podjechaliśmy przed wielkie frontowe drzwi i weszliśmy do hallu, wydawało mi się, że się w nim zgubimy — taki był duży, rozległy i wspaniały. Ze środka sufitu zwisał świecznik z brązu. Nigdy dotąd takiego nie widziałam, wpatrywałam się więc w niego z podziwem. W jednym rogu hallu mieścił się kominek wielkości bocznych ścian chat w mojej wsi, a obok niego stojaki na drzewo i masywne kozły do podtrzymywania palących się kłód. Przy kominku stały ciężkie staroświeckie kanapy. W przeciwległym końcu, po lewej stronie od wejścia, to znaczy po zachodniej, wbudowane były w ścianę organy, tak ogromne, że wypełniały większą część tej ściany. Za nimi, po tej samej stronie, znajdowały się drzwi. I dwoje drzwi, po obu stronach kominka, prowadziło do wschodniego skrzydła. Nigdy tam nie weszłam w czasie całego mego pobytu w tym domu, nie mogę więc wam powiedzieć, co się za nimi znajdowało".

W domu, prócz służby, mieszka osiemdziesięcioletnia prawie panna Grace Furnivall, której portret z lat młodości wisi na ścianie salonu. Obok, w ukryciu stoi odwrócony, oparty o ścianę inny portret z tamtych lat, jej siostry Maud, starszej panny Furnivall.

Wkrótce dziewczynka i jej opiekunka są świadkami dziwnych, niewytłumaczalnych i nadnaturalnych zdarzeń. Hester często, zwłaszcza w zimowe burzliwe wieczory, słyszy muzykę organową, ale nie wiadomo, kto gra na zniszczonym instrumencie w hallu, służba we dworze milczy lub twierdzi, że to pewnie stary lord, który grał także za życia.

Pewnego listopada w śnieżną niedzielę znika nagle mała Rosamunda. Gdy Hester ją w końcu odnajduje, jest zmarznięta i śpi. Potem dziecko opowiada, że wyszła z domu, bo zobaczyła na śniegu małą dziewczynkę, która ją przyzywała do siebie, a potem zaprowadziła na wzgórze do młodej pani siedzącej pod dębem, która ją utuliła do snu. Po usłyszeniu tej opowieści małej Rosamundy, mieszkająca we dworze staruszka - panna Furnivall jest przerażona i prosi Hester, by czuwała nad dziewczynką i nie pozwalała się zbliżać do tego dziecka na śniegu. Jednak tuż przed Bożym Narodzeniem tajemnicza dziewczynka z raną na prawym ramieniu ukazuje się ponownie Rosamundzie, czego świadkiem jest tym razem Hester.

"Obróciłam się do okna i zobaczyłam bez żadnych wątpliwości dziewczynkę, mniejszą od panienki Rosamundy, ubraną zupełnie nieodpowiednio na tak zimną noc na dworze, która płakała i biła piąstkami w szyby, jakby chciała, by ją wpuścić do domu. Wyglądało na to, że szlochała i zawodziła, aż panienka Rosamunda nie mogła znieść tego dłużej i pobiegła do drzwi, chcąc je otworzyć. Nagle tuż obok nas wielkie organy zahuczały tak donośnie, że zadrżałam i przypomniałam sobie równocześnie, że nawet wśród ciszy tej mroźnej nocy nie słyszałam odgłosu uderzeń w szyby małych rączek, choć dziecinna zjawa zdawała się walić w nie z całej siły. I choć widziałam, jak zawodziła i płakała, do uszu moich nie dotarł żaden dźwięk".

Kiedy Hester, przerażona, postanawia wywieźć małą z Furnivall Manor, służąca opowiada jej historię rodziny Furnivallów i odsłania tajemnice sprzed lat. Opowiada o starym dumnym i surowym lordzie Furnivallu i jego dwóch pięknych córkach, które pokochały cudzoziemskiego muzyka, sprowadzonego przez zakochanego w muzyce ojca. To cudzoziemiec przywiózł wielkie organy, wmurował je w ściany i nauczył lorda na nich grać. W tajemnicy przed nim poślubił pannę Maud, która wkrótce również w tajemnicy urodziła mu córeczkę. Jednak pomiędzy siostrami wkrótce wybuchła tłumiona zazdrość, gdyż panna Grace dowiedziała się o ślubie siostry. Doszło do tragedii...

W finale bohaterom pojawiają się ponownie duchy z przeszłości:
"Nagle drzwi wschodnie otwarły się ze straszliwym trzaskiem, jakby rozwarte w gwałtownej furii, i w dziwnym mglistym blasku ukazała się postać wysokiego starca o siwych włosach i błyszczących oczach. Ciągnął za sobą niechętnie i z odrazą piękną kobietę o surowej twarzy, do której sukni czepiało się małe dziecko. [..] Szły ku drzwiom wiodącym do hallu, gdzie wichura wyła w oczekiwaniu swej zdobyczy. Zanim jednak dotarły do drzwi, ta pani się odwróciła i dojrzałam, że zbuntowana, z wściekłością się opierała mężczyźnie. Zadrżała i nagle żałosnym ruchem uniosła ręce w obronie dziecka, swego maleństwa, przed ciosem wzniesionej kuli.[..]

Ostatnie słowa panny Furnivall brzmią: Niestety! Niestety! Tego, co się popełniło w młodości, nie da się już nigdy z latami odmienić!".

W "Opowieści starej niani", która jest nie do końca typową opowieścią grozy, pojawiają się jednak typowe dla powieści gotyckiej elementy takie, jak: osierocone dziecko, opuszczony i zaniedbany dwór położony wśród lasu, obszerne i puste wnętrza, stare portrety, samotne i małomówne mieszkanki, stare i zniszczone organy, które same grają, zamknięte i nie odwiedzane wschodnie skrzydło, do którego wstęp jest wzbroniony, gwałtowne zmiany pogody, pojawiające się duchy. Wreszcie rodzinna tajemnica sprzed lat, która wszystko wyjaśnia: opowieść o dumie, miłości, zazdrości i nienawiści, a wreszcie o zbrodni i karze za grzechy.

Mimo pokazania przez pisarkę wad charakterów obu sióstr trudno oprzeć się wrażeniu, że ich los został przesądzony przez bliskich im mężczyzn: tyranizującego otoczenie ojca - starego lorda oraz przez muzyka - cudzoziemca, który uwodzi Maud (a także flirtuje z Grace), a w końcu mimo ślubu i wspólnego dziecka ją porzuca. Jak widać los kobiety w wiktoriańskiej Anglii nie był łatwy.

Jak słusznie zauważył jeden z badaczy twórczości Gaskell widać tu jednak, że pisarka wykorzystując wątek zakazanej miłości, unika pewnej dwuznaczności moralnej - dziecko będące owocem tego związku nie pochodzi z nieprawego łoża, bo kochankowie zawierają sekretny ślub. A związek, z którym nie może pogodzić się okrutny stary lord jest po prostu mezaliansem.

Temat uwiedzenia powróci jeszcze w powieści Gaskell - "Ruth".

Warto jeszcze zauważyć niewielkie zbieżności "Opowieści starej niani" z "Wichrowymi Wzgórzami" Emily Bronte. W obu utworach mamy do czynienia z obcym - przybyszem, który dowiaduje się o dawnej historii rodzinnej, w obu pojawia się pokutujący duch, który uderza pięścią w szybę, przyzywając domowników. A motywem pierwotnym jest miłość i zazdrość, która przeradza się w nienawiść (u Gaskell - między siostrami).

Z obowiązku przypomnę, że opowiadanie Gaskell zostało przełożone na język polski i wydane w tomiku z cyklu: "Nie czytać o zmierzchu":
"Nie czytać o zmierzchu!. [T.] 2 [zbiór opowiadań grozy różnych autorów] Opowieść starej niani / Mrs Gaskell ; przeł. Jadwiga Olędzka.
Warszawa : "Iskry", 1983. s. 36, nlb. 4 ; 24 cm".
-------------------------------------------------------------
1. Obraz Camille`a Pisarro "Kasztanowce w Louvenciennes". Musée d'Orsay

piątek, 19 czerwca 2009

Thomas Wyatt

Thomas Wyatt (1503-1542), brytyjski poeta, dyplomata i dworzanin Henryka VIII, tłumacz poezji Petrarki. Uważany za kluczową postać dla rozwoju angielskiej poezji renesansu.
Na początku lat 20. XVI w. zakochał się w młodej Annie Boleyn. Jego wnuk pisał później, że zakochał się w niej, kiedy wróciła z Francji zimą 1522 r. Napisał o niej kilka wierszy, jednym z nich był "Whoso list to hunt". Plotkowano, że byli kochankami. Ok. 1524 r. Anna zwróciła na siebie uwagę króla Henryka VIII, ale dzięki swojej dyskrecji Wyatt był ostatnią osobą podejrzewaną przez króla o konkury.
Żaden z wierszy Wyatta nie został opublikowany za jego życia. Pierwszy tomik wierszy został wydrukowany 15 lat po jego śmierci.

W "North and South" Elizabeth Gaskell mottem Rozdziału XL: "Rozstrojenie" jest fragment jego wiersza: “Th`answere that ye made to me my dere” [To his love that hath given him answer of refusal”]. (“Odpowiedź, którą mi dałaś”).
W tym utworze odrzucony konkurent uważa, że jego wybranka wolała innego.
Wybrany przez Gaskell fragment bez wątpienia odnosi się do rozterek Thorntona, którego oświadczyny Margaret Hale odrzuciła, a żeby tego było mało, podejrzewa ją o to, że ma kochanka.

„I have no wrong, where I can claim no right,
Naught ta'en me fro, where I have nothing had,
Yet of my woe I cannot so be quite;
Namely, since that another may he glad
With that, that thus in sorrow makes me sad.”


Moje tłumaczenie tego fragmentu:

Miałem prawo żądać miłości
choć nie znałem twej odpowiedzi -
pogrążyła mnie w wielkiej żałości
nie zabrała mi jednak niczego -
nic nie miałem - prócz marzeń miłosnych.
W moim sercu ból jednak pozostał -
- jestem teraz boleśnie zazdrosny,
że wolałaś ode mnie innego.


---------------
Biogram oprac. na podstawie Wikipedii.
Portret Wyatta rys. przez Hansa Holbeina.