Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizzie Leigh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lizzie Leigh. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 marca 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 4 cz. 2

W tym czasie matka czuwała nad swoim dzieckiem w pokoju na górze. Zanim córka się przebudziła, nastało późne popołudnie, gdyż lekarstwo na sen było mocne. Gdy tylko się obudziła się, jej oczy spoczęły na twarzy matki i patrzyła na nią tak, jakby ten widok ją zafascynował.

Pani Leigh nie odwróciła się, ani nie poruszyła. Wydawało się, jakby jakiś ruch mógł wywołać surowe oskarżenie, podczas gdy zachowanie bezruchu mogło ją przed tym uchronić.

Ale wkrótce Lizzie przenikliwym głosem, pełnym cierpienia, wykrzyknęła:
- Matko, nie patrz na mnie. Byłam taka niegodziwa! – i zaraz ukryła twarz i wtuliła się w pościel, leżała jak nieżywa, tak była nieruchoma.

Pani Leigh uklękła przy łóżku i powiedziała bardzo kojącym głosem:

- Lizzie, droga, nie mów tak. Jestem twoją matką, kochanie, Ne obawiaj się mnie. Nigdy nie przestałam cię kochać, Lizzie. Zawsze myślałam o tobie. Twój ojciec wybaczył ci przed śmiercią. - (Wzdrygnęła się na te słowa, ale nie wydała żadnego dźwięku). - Lizzie, dziewczyno, zrobię cokolwiek zechcesz dla ciebie, będę żyła dla ciebie, tylko nie obawiaj się mnie. Kimkolwiek jesteś czy byłaś, nigdy o tym nie będziemy rozmawiać. Zostawimy to za sobą i wrócimy na Upclose Farm. Zostawiłam dom, by odnaleźć ciebie, moja dziewczyno, i Bóg doprowadził mnie do ciebie. Błogosławione niech będzie Jego Imię. A Bóg jest także dobry, Lizzie. Nie zapomniałaś Biblii, jestem tego pewna, bo chodziłaś do szkoły. Nie czytam dobrze, ale nauczę się niektórych fragmentów, aby dać ci trochę pociechy, a mówiłam je do siebie wiele razy dziennie. Lizzie, dziewczyno, nie chowaj w ten sposób swojej głowy, twoja matka mówi do ciebie. Dopiero co, wczoraj, twoje małe dziecko tuliło się do mnie i jeśli odeszło, by być aniołem, przemówi do Boga za tobą. Nie, nie płacz tak bardzo, trafisz znowu do nieba. Wiem, że będziesz walczyć, żeby się tam dostać, ze względu na swoją Nanny – i posłuchaj! Powiem ci, że Bóg spełnia prośby tych, którzy o to proszą – tylko się nie bój.

Pani Leigh złożyła ręce i starała się mówić jak najjaśniej, powtarzała każdy czulszy i pełen litości zwrot, aby Lizzie mogła go zapamiętać. Przemawiała w ten sposób, by córka ją wysłuchała, ale była tak oszołomiona i zbolała, kiedy skończyła, że nie mogła mówić dalej. Wszystko co mogła zrobić to powstrzymać się od głośnego płaczu.

W końcu usłyszała głos swojej córki.

- Gdzie ją zabrali? – zapytała.

- Jest na dole. Wygląda tak cicho i spokojnie, jakby była szczęśliwa.

- Ona może za mną przemówić…? Och, jeśli Bóg… jeśli Bóg mógłby usłyszeć jej mały głos. Matko, śniłam o tym. Może zobaczę ją znowu. Och, matko, jeśli bardzo bym się starała, a Bóg był miłosierny i poszłabym do nieba, nie poznam jej… nie poznam mojego dziecka. Ona będzie stronić ode mnie jako od obcej i pójdzie do Susan Palmer i do ciebie. O, ja nieszczęsna! Biada mi! – Trzęsła się, opanowana niezmiernym smutkiem.

Mówiąc te poważne słowa, nie zakrywała twarzy i próbowała odczytać myśli pani Leigh A kiedy ujrzała te stare oczy wypełnione łzami i drżące wargi, zarzuciła ramiona na szyję swej pełnej wiary matki i szlochała tak, jak robiła to wiele razy w chwilach smutku, kiedy była dzieckiem, ale teraz przepojona większym i okrutniejszym bólem. Jej matka uciszała ją na swojej piersi i tuliła ją, jakby była dzieckiem, Lizzie powoli uspokajała się.

Siedziały tak przez długi, długi czas. W końcu Susan Palmer weszła do pokoju, niosąc herbatę, chleb i masło dla pani Leigh. Widziała, jak matka karmi swoje zbolałe, opierające się dziecko, starając się zachęcić je do jedzenia, jak tylko mogła; nie zwracały uwagi na obecność Susan. Tej nocy leżały obok siebie, trzymając się w ramionach, a Susan spała przy nich na ziemi.

Zabrano małe ciałko (tę małą, nieświadomą ofiarę, którą wezwani do domu o wczesnej porze ludzie odebrali biednej, tułającej się matce) na wzgórza, których w całym swoim życiu nigdy nie widziała. Nie śmieli położyć jej przy surowym dziadku w poświęconej ziemi przy kościele w Milne-Row, ale ponieśli ciało na samotne, położone na wrzosowisku cmentarzysko, gdzie dawno temu kwakierzy chowali swoich zmarłych. Położyli ją na słonecznym zboczu, tam, gdzie najwcześniej pojawiają się wiosenne kwiaty.

Will i Susan mieszkają na Upclose Farm. Pani Leigh i Lizzie żyją w domku tak odosobnionym, że dopóki nie wejdziesz w samą kotlinę, gdzie on się znajduje, nie dostrzeżesz go. Tom jest nauczycielem w Rochdale i wraz z Willem pomaga matce.

Ja wiem jedno - mimo tego, że domek jest ukryty w zielonej kotlinie wśród wzgórz, każdy dźwięk smutku rozlegający się na wyżynie jest tam słyszany – każdy krzyk cierpienia, dochodzący z wyżyny jest tam słyszany, każde wołanie o pomoc zostaje wysłuchane przez smutną, miło wyglądającą kobietę, która rzadko się uśmiecha (a kiedy to się zdarza, jej śmiech jest smutniejszy niż łzy innych ludzi), ale która opuszcza swoje odosobnienie za każdym razem, gdy w jakimś domu pojawia się cień.

Wiele serc błogosławi Lizzie Leigh, ale ona... ona modli się stale, prosząc o wybaczenie – które może sprawić, że zobaczy ponownie swoje dziecko.

Pani Leigh jest spokojna i szczęśliwa. Lizzie jest dla niej czymś drogocennym – niczym zgubiona drachma z Biblii – jeszcze raz odnaleziona (1).

Susan jest niby światło, bo przyniosła wszystkim słońce. Dzieci dorastają obok niej i nazywają ją błogosławioną. Jedno z nich ma na imię Nanny, To właśnie ją często Lizzie zabiera na słoneczny cmentarz na wzgórzu i, kiedy ta mała istotka zbiera stokrotki i robi z nich wianuszki, siedzi przy małym grobie i gorzko płacze.


KONIEC


Tłumaczenie: Gosia

Przypisy:
1. Ewangelia wg św. Łukasza 15:8-9:
„Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie pozostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie idzie za zagubioną, aż ją odnajdzie? A odnalazłszy, kładzie ją na ramiona swoje i raduje się. I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc do nich: Weselcie się ze mną, gdyż odnalazłem moją zgubioną owcę! Powiadam wam: Większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się opamięta, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują opamiętania. Albo, która niewiasta, mając dziesięć drachm, gdy zgubi jedną drachmę, nie bierze światła, nie wymiata domu i nie szuka gorliwie, aż znajdzie? A znalazłszy, zwołuje przyjaciółki oraz sąsiadki i mówi: Weselcie się ze mną, gdyż znalazłam drachmę, którą zgubiłam".

Ilustracje:
1. Henry Peach Robinson, Fading Away, 1858
2. John Everett Millais, Never is very long word, 1862
3. William Paton Burton, The Weakest Thing, 1862
4. John Everett Millais, Irene, 1862 [z: Cornhill Magazine].
http://www.dmvi.cf.ac.uk/guide/

wtorek, 16 lutego 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 4 cz. 1

Rozdział 4


Kiedy weszły do domu na Crown Street, zauważyły, że drzwi nie można otworzyć do końca, Susan instynktownie spojrzała za nie, żeby znaleźć przyczynę tej przeszkody. Natychmiast spostrzegła, że była tam mała paczuszka owinięta w kawałek papieru, która wyraźnie zawierała pieniądze. Zatrzymała się i podniosła ją.

- Proszę spojrzeć! - powiedziała ze smutkiem. – Matka przyniosła to ostatniej nocy dla swojego dziecka.

Ale pani Leigh nie odpowiedziała. Była tak blisko przekonania się na własne oczy, czy to jest jej zaginione dziecko, że nie mogła zatrzymać się, ale ruszyła dalej na trzęsących się nogach i z drżącym sercem.

Weszła do sypialni, ciemnej i cichej. Nie zważając na małe ciałko, nad którym Susan stanęła, podeszła prosto do łóżka i, podnosząc zasłonę, zobaczyła Lizzie – ale to nie była jej dawna Lizzie, jasna, wesoła, beztroska, pełna życia i pogodna.

Ta Lizzie była przedwcześnie postarzała, jej piękno przeminęło, głębokie linie troski i, niestety, biedy (albo tak sobie matka wyobrażała) były wyryte na jej policzku, tak okrągłym, pięknym i gładkim, kiedy ostatnio córka cieszyła swoim widokiem oczy matki.

Nawet we śnie ta twarz nosiła wyraz zgryzoty i rozpaczy, który dominował na niej w ciągu dnia; nawet we śnie zapominała, jak się uśmiechać. Ale wszystkie te oznaki grzechu i smutku sprawiały, że matka kochała ją jeszcze bardziej.

Stała, patrząc na nią chciwymi oczami, wydawało się, jakby wpatrywanie się nie mogło ich zaspokoić; a w końcu ustąpiła i pocałowała tę bladą, zmęczoną dłoń, która leżała na pościeli. Nawet dotyk nie przeszkodził śpiącej, matka nie musiała kłaść swej ręki tak delikatnie na narzucie. Nie było oznak życia, poza głębokim podobnym do łkania westchnieniem. Pani Leigh usiadła przy łóżku i wciąż trzymając rękę na kapie, wpatrywała się i wpatrywała, jakby nie mogła nigdy się napatrzeć.

Susan chętnie zostałaby przy swoim ukochanym dziecku, ale zdawała sobie sprawę, że będzie miała wiele spraw do załatwienia i wiele rad do udzielenia, jak zawsze. Wydawało się, że wszyscy złożyli na jej barki ciężar swych trosk. Jej ojciec był w złym humorze z powodu swego nocnego wypadu, który był wyrazem jego braku powściągliwości, nie miał skrupułów, by zarzucić jej winę za spowodowanie śmierci małej Nanny; a kiedy, po potulnym znoszeniu jego zarzutów przez jakiś czas, nie mogła dłużej się powstrzymać i zaczęła płakać, on zranił ją nawet jeszcze bardziej swoją nierozważną próbą pocieszenia, ponieważ powiedział, że dobrze się stało, że dziecko nie żyje, to nie było ich dziecko, więc dlaczego oni mieli się nim kłopotać?

Susan załamała na to ręce, stanęła przed ojcem i błagała go, by zamilkł.
Potem musiała podjąć wszystkie niezbędne kroki w związku z dochodzeniem koronera, musiała zwolnić się z lekcji, musiała wezwać małego sąsiada, aby wysłać go jako umyślnego z wiadomością dla Williama Leigha, który, jak czuła, powinien być poinformowany o tym, gdzie jest jego matka i o całej sprawie.

Poprosiła posłańca, aby przekazał mu, żeby przyszedł z nią pomówić – że jego matka jest w jej domu. Była wdzięczna, że jej ojciec wyszedł, aby poplotkować do najbliższego postoju powozów i zdać relację z nocnych wydarzeń, chociaż nie wiedział o tych, którym w ciszy przebiegły godziny na górze.

Will przybył w porze obiadowej. Był zaczerwieniony, zadowolony, niecierpliwy i podekscytowany. Susan stała przed nim cicha i blada, jej miękkie, kochające oczy patrzyły wprost na niego.

- Will – powiedziała cichym, spokojnym głosem. – Twoja siostra jest na górze.

- Moja siostra! – zawołał, jakby przerażony, jego twarz straciła radosny wyraz, stała się ponura. Susan zauważyła to i jej serce się ścisnęło, ale twarz pozostała spokojna jak zawsze.

- Ona była matką małej Nanny, jak być może już wiesz. Biedna mała Nanny zginęła ostatniej nocy spadając ze schodów. – Cały spokój gdzieś zniknął, wszystkie te przygnębiające uczucia powróciły mimo jej wysiłków. Usiadła i ukryła przed nim twarz i płakała gorzko. Zapomniała o wszystkim poza jednym - pragnęła pociechy. Objął ją w talii i nachylił się nad nią. Ale wszystko co mógł powiedzieć to tylko:

- Och, Susan, jak mogę cię pocieszyć! Nie martw się tak – proszę. – Nie zmieniał słów, ale ton jego głosu ulegał zmianie, kiedy je powtarzał. W końcu wydawało się, że opanowała się, otarła oczy i jeszcze raz spojrzała na niego spokojnym, poważnym, nieustraszonym wzrokiem.

- Twoja siostra była blisko domu. Przybiegła, gdy usłyszała, że rozmawiam z lekarzem. Teraz śpi, a twoja matka ją pilnuje. Chciałam ci wszystko powiedzieć sama. Czy chciałbyś zobaczyć swoją matkę?

- Nie! – odparł. – Nie chcę oglądać nikogo, poza tobą. Matka powiedziała mi, że wiesz wszystko. – Jego oczy były spuszczone ze wstydem.

Ale ta święta i czysta dziewczyna nie obniżyła ani nie zasłoniła swych oczu.
Powiedziała:

- Tak, wiem wszystko … wszystko poza jej cierpieniami. Pomyśl, co musieli przeżyć!

Odparł cicho i surowo.

- Zasłużyła na nie wszystkie. Co do jednego.

- W oczach Boga, być może tak. Ale On jest sędzią, my nie.

- Och – powiedziała z nagłym wybuchem. – Willu Leigh. Tak dobrze o tobie myślałam, nie odchodź i nie pozwól, bym myślała, że jesteś okrutny i twardy. Dobroć nie jest dobrocią. dopóki nie towarzyszy jej miłosierdzie i czułość. Tam jest twoja matka, której serce prawie pękło, a teraz stoi pełna radości przy swoim dziecku. Pomyśl o swojej matce.

- Myślę o niej – odparł. – Pamiętam obietnicę, którą złożyłem jej ostatniej nocy. Daj mi trochę czasu. Zrobię właściwie, gdy nadejdzie czas. Muszę to przemyśleć w spokoju. Ale zrobię to co właściwe i stosowne, nie obawiaj się. Mówiłaś do mnie bardzo otwarcie i nie wierzyłaś mi, Susan. Kocham cię tak, że twoje słowa mnie ranią. Jeśli zwlekałem ze składaniem szybkich obietnic, to nawet nie z powodu miłości do ciebie, mógłbym powiedzieć, że nie czułem i od początku nie mogłem czuć, że mogłabyś mnie zechcieć. Ale nie jestem okrutny i twardy, ponieważ, jeśli byłbym, bolałbym nad tym.

Wydawało się, jakby miał zamiar odejść i w istocie czuł, że powinien rozważyć to w spokoju, ale Susan, bolejąc nad swoimi nierozważnymi słowami, które robiły wrażenie surowości, podeszła krok czy dwa bliżej… zatrzymała się, a potem, cała zaczerwieniona, powiedziała niskim, miękkim głosem:

- Och, Will. Proszę, wybacz mi. Bardzo mi przykro. Nie wybaczysz mi?

Ona, która zawsze odsuwała się i była tak powściągliwa, powiedziała to w najdelikatniejszy sposób, jej wzrok to podnosił się błagalnie, to zniżał się na ziemię. Jej słodkie zmieszanie powiedziało mu więcej niż słowa i Will odwrócił się do niej, pełen radości w poczuciu, że jest kochany, wziął ją w ramiona i pocałował.

- Moja Susan! – powiedział.



Tłumaczenie: Gosia

Ilustracje:

1. "Mistress and Maid", rys. John Everett Millais, ryt. Dalziel Brothers, 1862
2. "Trial Sermon", rys. James Abbott McNeill Whistler, ryt. Dalziel Brothers, 1862
3. "Sunshine after Clouds", rys. John Gilbert, 1862
4. "From India" rys. John Dawson Watson, ryt: Dalziel Brothers, 1862
Copyright: Cardiff University:
http://www.dmvi.cf.ac.uk/

czwartek, 4 lutego 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 3 cz. 2

Tej nocy pan Palmer wyszedł późno z domu i długo nie wracał. Susan obawiała się, że powrócił do swoich dawnych przyzwyczajeń – pewnie pił w jakimś pubie, i ta myśl przygnębiła ją, nawet mimo tego, że była tak szczęśliwa, bo dowiedziała się, że Will ją kocha. Długo siedziała w pokoju, a potem poszła do łóżka, pozostawiając wszystko, co mogła na powrót ojca.

Patrzyła z podwójną czułością i wieloma błagalnymi myślami na małą, zaróżowioną, śpiącą dziewczynkę, która leżała razem z nią w łóżku. Małe ramionka oplotły jej szyję, kiedy się położyła, ponieważ Nanny miała lekki sen i czuła, że ona, kochana z całą siłą przez to słodkie, dziecięce serduszko, była blisko niej i przy niej, mimo że mała była zbyt śpiąca, by wypowiedzieć jakiekolwiek słowa.

Susan wkrótce usłyszała, że ojciec wraca do domu niepewnym krokiem, potykając się co chwila, dotykając najpierw okien, a potem zamka u drzwi, głośno coś tam mamrocząc. Mała istotka owinięta wokół niej wydawała się jeszcze słodsza i bardziej kochana, kiedy
Susan pomyślała ze smutkiem o swym ojcu – grzeszniku.

Po chwili zawołał głośno, domagając się światła; pozostawiła zapałki i inne przedmioty jak zwykle na komodzie, ale obawiając się, że ojciec wywoła pożar, skoro jest nietrzeźwy, wstała delikatnie z łóżka, zarzuciła na ramiona pelerynę i zeszła na dół, aby przyjść mu z pomocą.

Niestety! Małe ramionka, które dotąd otaczały jej szyję, należące do dziewczynki, która miała lekki sen, otworzyły się. Nanny zabrakło jej kochanej Susy i przestraszyła się, że została sama w ogromnej, tajemniczej ciemności, która nie miała granic i wydawała się nie kończyć, więc zsunęła się z łóżka i podeszła chwiejnym krokiem w swojej nocnej koszulce w kierunku drzwi.

Tam na dole było światło i tam była Susy i bezpieczeństwo! Więc dziewczynka zrobiła dwa kroki w stronę stromych schodów, i nagle, oślepiona i zaspana stanęła, zachwiała się i upadła! Głową w dół na kamienną podłogę! Susan podleciała do niej i przemówiła cichymi, czułymi, błagalnymi słowami, ale fiołkowe oczy dziecka zakrywały białe powieki i żaden dźwięk nie wydobył się z bladych warg. Gorące łzy, które na nią padły, nie przebudziły jej, leżała sztywna i znużona swym krótkim życiem na kolanach Susan. Dziewczynie zrobiło się niedobrze ze strachu.

Poniosła małą po schodach w górę i położyła delikatnie na łóżku, ubrała się pospiesznie, jej palce drżały. Ojciec zasnął na dole, całkiem nieprzydatny. Ale Susan przemknęła przez drzwi i pobiegła wzdłuż głośnej ulicy, w stronę domu najbliższego doktora. Biegła szybko, ale równie szybko gonił ją cień, jakby napędzany przez nagły strach. Susan szarpnęła gwałtownie dzwonek u drzwi – cień skulił się blisko niej. Doktor wyjrzał przez okno na górze.

- Małe dziecko spadło ze schodów na Crown-Street nr 9 i jest bardzo chore… boję się, że umiera. Na miłość boską, proszę zaraz przyjść. Crown-Street nr 9.

- Idę tam natychmiast – odpowiedział i zamknął okno.

- Na miłość boską, o czym pani mówi? Czy to Susan Palmer? To moje dziecko leży umierające? – powiedział cień, który wysunął się naprzód i ścisnął ramię nieszczęsnej Susan.

- To małe dwuletnie dziecko… nie wiem czyje jest. Kocham je jak własne. Proszę iść za mną, kimkolwiek jesteś, proszę iść za mną.

Dwie osoby szły cichymi ulicami, tak cichymi, jak tylko mogą być one nocą. Weszły do domu, Susan chwyciła zapaloną świeczkę i poniosła ją na górę. Towarzyszka szła za nią.

Stała, dzikie, uporczywe spojrzenie kierując na łóżko, nie patrząc wcale na Susan, lecz chciwie wpatrując się w małe, blade, nieruchome dziecko. Schyliła się i mocno przycisnęła rękę do swego serca, jakby chciała zatrzymać jego bicie i przyłożyła ucho do bladych warg. Jakikolwiek był tego rezultat, nie odezwała się, ale odchyliła pościel, którą Susan z czułością otuliła tę małą istotkę, i położyła się przy jej lewym boku.

Potem wyrzuciła ramiona do góry i zapłakała z dzikiej rozpaczy.

- Ona nie żyje! Ona nie żyje!

Patrzyła takim dzikim, szalonym, błędnym wzrokiem, że przez chwilę Susan przeraziła się – potem Bóg dodał jej odwagi i jej niewinne ramiona otoczyły tę grzeszną, nieszczęsną istotę, a gorące łzy spadły gwałtownie na jej piersi. Ale dziewczyna odepchnęła ją gwałtownie.

- Zabiłaś ją…skrzywdziłaś ją, pozwoliłaś, by spadła z tych schodów!... Zabiłaś ją!

Susan oprzytomniała i patrząc na matkę swoimi jasnymi, słodkimi, anielskimi oczami, powiedziała ze smutkiem:

- Oddałabym za nią swoje życie.

- Och, ta śmierć to moja wina! – wykrzyknęła wściekle osierocona matka, z dziką gwałtownością osoby, która nie ma nikogo, kto by ją kochał i kto mógł ją nauczyć opanowania.

- Ćśśś! - powiedziała Susan, kładąc palce na jej ustach. – Przyszedł doktor. Bóg może pozwoli jej żyć.

Biedna matka odwróciła się gwałtownie. Doktor wchodził na schody. Ach! Matka mówiła prawdę, dziecinka naprawdę odeszła.

A kiedy on potwierdził jej słowa, opadła na ziemię w rozpaczy. Susan, mimo swej głębokiej żałości, musiała zapomnieć o sobie i zapomnieć o swoim ukochanym dzieciątku (którym opiekowała się przez lata) i zapytać doktora, co ma zrobić z nieszczęsną biedaczką, która leżała na podłodze w tak zupełnej rozpaczy.

- Ona jest matką! – powiedziała.

- Dlaczego nie zajmowała się lepiej swoim dzieckiem? – zapytał, niemal ze złością.

Ale Susan tylko odpowiedziała:

- Mała spała ze mną i to ja ją zostawiłam.

- Wyjdę na chwilę i przygotuję coś na uspokojenie, a tymczasem pani musi przenieść ją na łóżko.

Susan wyciągnęła kilka ze swoich ubrań i delikatnie rozebrała zesztywniałą, bezsilną dziewczynę. Nie było innego łóżka w domu poza tym, w którym spał jej ojciec. Tak więc czule podniosła ciało swojego ukochanego dziecka i zamierzała zabrać je na dół, ale matka otworzyła oczy i widząc, co się dzieje, powiedziała:

- Nie jestem warta, by jej dotknąć, jestem taka niegodziwa. Odezwałam się do pani tak, jak nigdy nie powinnam się odezwać, ale myślę, że pani jest bardzo dobra, czy mogłabym przez chwilę potrzymać moje dziecko?

Jej głos był tak zupełnie inny od tego, jakim mówiła, zanim dostała ataku, że Susan z trudem go rozpoznała, teraz był tak niewyobrażalnie cichy, tak obezwładniająco błagalny, rysy twarzy straciły dziki wyraz i były śmiertelnie łagodne. Susan nie mogła mówić, ale podniosła dzieciątko i położyła je w ramionach matki, potem patrzyła na nich, coś ją opanowało i upadła na kolana, krzycząc głośno:

- Och, mój Boże, miej nad nią litość i pociesz ją.

Ale matka uśmiechała się i głaszcząc tę małą twarzyczkę, mruczała coś czule, jakby malutka istotka żyła. Susan pomyślała, że dziewczyna jest bliska obłędu, ale modliła się wciąż, choć z twarzy płynęły jej łzy.

Doktor powrócił z miksturą. Matka połknęła ją z uległą nieświadomością. Doktor usiadł obok niej i wkrótce zasnęła. Potem podniósł się delikatnie i przywołał Susan skinieniem do drzwi i przemówił tam do niej.

- Pani musi wziąć ciało z jej ramion. Ona się nie przebudzi. Ten środek nasenny sprawi, że będzie spała przez wiele godzin. Powrócę przed południem. Już świta. Do widzenia.

Susan odprowadziła go, a potem ostrożnie wyciągnęła martwe dziecko z ramion matki, nie mogła się oprzeć, by nie jęczeć z bólu nad swoim ukochaniem. Starała się zapamiętać jej małą, spokojną twarzyczkę, niemą i bladą.

'Not all the scalding tears of care
Shall wash away that vision fair;
Not all the thousand thoughts that rise,
Not all the sights that dim her eyes,
Shall e'er usurp the place
Of that little angel-face.' (1)


A potem przypomniała sobie, co musi zrobić. Sprawdziła, czy w domu panuje porządek, jej ojciec wciąż spał jak zabity, pomimo nocnych hałasów. Wyszła na spokojną ulicę, wciąż opustoszałą, chociaż wstał już dzień, i poszła tam, gdzie mieszkała rodzina Leighów.

Pani Leigh, która, tak jak na wsi, wstawała wcześnie, otworzyła okiennice. Susan wzięła ją pod rękę i bez słów weszła do środka. Tam uklękła przed zdumioną panią Leigh i zapłakała tak, jak nigdy tego nie robiła, ale ta nieszczęsna noc obezwładniła ją i ona, która zachowywała się zawsze tak bardzo spokojnie, teraz, gdy to napięcie minęło, nie mogła zebrać sił, by przemówić.

- Moje biedne kochanie! Co się stało, że jesteś tak zbolała, przyszłaś tu i płaczesz tak bardzo? Przemów i powiedz mi. Nie. Popłacz, biedna dziewczyno, jeśli nie możesz jeszcze mówić. Uspokoję cię, a wtedy mi powiesz.

- Nanny nie żyje! – powiedziała Susan. – Zostawiłam ją, by zejść do ojca, a ona upadła ze schodów i straciła oddech na zawsze. Och, to jest moja żałość. Ale muszę powiedzieć coś jeszcze. Przyszła jej matka – jest w naszym domu! Proszę, przyjdź i zobacz, czy to twoja Lizzie.

Pani Leigh nie mogła odpowiedzieć, ale drżąc, zarzuciła coś na siebie i poszła wraz z Susan w wielkim pośpiechu w stronę Crown-street.



Tłumaczenie: Gosia

1. Fragment pochodzi z wiersza Bryana Wallera Proctera (ps. Barry Cornwall) (1787-1874) „A Year … an age shall fade” pochodzącego z tomiku „English Songs” (1832).

Wszystkie palące łzy pełne smutku
nie zatrą w jej oczach tego obrazu.
Przelatujące przez głowę myśli
nie zmyją rysów kochanej twarzy.
Tego małego anioła oblicza
nic nie zastąpi w jej sercu czułym.

[Tłum. Gosia]

Ilustracje:
1. Frederic Lord Leighton, "Tessa at Home".

piątek, 22 stycznia 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 3 cz. 1

Rozdział III

Tej nocy pani Leigh została w domu, tej jedynej nocy na tyle miesięcy. Nawet Tom, uczeń, spojrzał znad swoich książek z radością, ale potem przypomniał sobie, że z Willem nie jest dobrze i troska matki mogła mieć związek z tą sprawą, to było oczywiste, że powinna zostać, by na niego uważać. I nie mogło być czulszego i uważniejszego czuwania. Jej kochające oczy nigdy nie odwracały się od jego twarzy.

Kiedy Tom poszedł do łóżka, matka pozostała i podeszła do Willa, który siedział patrząc w ogień, ale nie patrząc na niego, pocałowała jego czoło i powiedziała:

- Will, chłopcze. Widziałam się z Susan Palmer!

Poczuła drgnięcie pod ręką, którą położyła na jego ramieniu, ale on milczał przez minutę albo dwie. Potem odezwał się:

- Co cię tam przywiodło, matko?

- Dlatego, mój chłopcze, że chciałam zobaczyć kobietę, na której ci zależy, nie mogłam tam nie pójść. Założyłam niedzielne ubranie i próbowałam zachować się tak, jak ty byś sobie tego życzył. Próbowałam na początku tak postępować, ale potem zapomniałam o wszystkim.

Wolałaby raczej, by zadał pytanie o to, co sprawiło, że o wszystkim zapomniała. Ale on tylko powiedział:

- Jak wyglądała, matko?

- Will, mówisz tak, jakbyś nigdy jej nie widział, ale ona jest dobrą, miło wyglądającą istotą i kocham ją bardzo, gdyż mam po temu powód.

Will spojrzał z chwilowym zaskoczeniem, ponieważ jego matka była zwykle bardzo nieśmiała wobec nieznajomych. Ale czy to wszystko nie było naturalne? Czy można było patrzeć na Susan i nie kochać jej? Więc wciąż nie zadawał pytań, a jego biedna matka musiała zebrać się na odwagę i spróbować znowu podjąc temat tak bliski jej sercu. Ale jak to zrobić?

- Will! – zaczęła (z nagłą desperacją zebrawszy siły, by powiedzieć to, co zamierzała). – Powiedziałam jej wszystko.

- Matko! Zniszczyłaś mnie – odpowiedział, stając naprzeciw niej z wyrazem surowej bladej trwogi na twarzy.

- Nie! Mój kochany chłopcze, nie obawiaj się, nie zniszczyłam cię! – wykrzyknęła, kładąc dłonie na jego ramionach i patrząc czule na jego twarz. – Ona nie jest osobą, której serce jest zatwardziałe wobec matczynego smutku. Mój chłopcze, ona jest zbyt dobra na to. Nie jest istotą, która by sądziła i pogardzała grzesznikiem. Zbyt głęboko rozumie Nowy Testament. Zbierz odwagę, Will, bo zrozumiałam ją dobrze, to nie jest kobieta, która by wydała tajemnicę kogoś innego. Usiądź, chłopcze, bo jesteś bardzo blady.

Usiadł. Jego matka przyciągnęła stołek w jego stronę i zasiadła u jego stóp.

- Powiedziałaś jej zatem o Lizzie? – zapytał, ochrypłym, niskim głosem.

- Zrobiłam to, powiedziałam jej wszystko i ona zapłakała nad moim głębokim smutkiem i grzechem biednej dziewczyny. A potem na jej twarzy pojawiło się światło, i jakaś nowa radosna myśl i jak myślisz, co to było, Will, chłopcze? Nie, nie wątpię, że twoje serce będzie wdzięczne za to, tak jak było moje, przed Bogiem i Jego aniołami, za jej wielką dobroć. Ta mała Nanny nie jest jej siostrzenicą, ona jest dzieckiem naszej Lizzie, moją małą wnuczką. – Nie mogła dłużej powstrzymywać łez i spadły gorące i szybkie, ale wciąż spoglądała na jego twarz.

- Ona wiedziała, że to dziecko Lizzie? Nie rozumiem - powiedział, czerwieniejąc się.

- Wie teraz, nie wiedziała na początku, ale zabrała małą istotkę do siebie, kierując się odruchem swego pełnego współczucia, kochającego serca, zgadując tylko, że to dziecko jest owocem grzechu i pracowała na nie i chowała je, pielęgnowała, jakby to było zwykłe dziecko i pokochała je bardzo. Will! Nie będziesz go kochał? – zapytała błagalnie.


Milczał przez chwilę, a potem powiedział:

- Matko, będę próbował. Daj mi trochę czasu, ponieważ to wszystko zaskoczyło mnie. Myśleć, że Susan ma do czynienia z takim dzieckiem!

- Tak, Will! I pomyśl, że Susan ma do czynienia z dzieckiem matki! Ponieważ ona jest czuła i pełna współczucia i mówi pełna nadziei o mojej utraconej dziewczynie i będzie próbowała ją dla mnie znaleźć, kiedy ona przyjdzie tak, jak robi to od czasu do czasu, aby podrzucić pieniądze pod drzwi, dla własnego dziecka. Pomyśl o tym, Will. To Susan, dobra i czysta jak aniołowie w niebie, i jak oni pełna nadziei i miłosierdzia i jedyna, która, jak oni, radować się będzie z tej, która żałuje za grzechy (1) . Will, mój chłopcze, nie obawiam się teraz o ciebie i muszę powiedzieć, a ty musisz posłuchać. Jestem twoją matką i ośmielam się rozkazać ci, bo wiem, że mam rację i że Bóg jest po mojej stronie. Jeśli On zaprowadził tę biedną zabłąkaną dziewczynę do drzwi Susan i przyjdzie tam znowu płacząc, pełna smutku, przywiedziona przez tego dobrego anioła, ty nie powiesz nigdy złego słowa do niej o jej grzechu, ale będziesz czuły i pełen troski wobec tej „która zaginęła, a odnalazła się” (2), więc może dostąpisz błogosławieństwa Bożego, a ty poprowadzisz Susan do domu jako swoją żonę.

Stała, nie jako potulna, łagodna matka, ale nieugięta i pełna godności, jakby wyrażała wolę Boga. Jej zachowanie było tak niezwykłe i uroczyste, że przezwyciężyło całą dumą i upór Willa.

Wstał powoli, gdy ona przemawiała i skłonił głowę jakby w odpowiedzi na jej słowa i uroczysty nakaz chwili, któremu się poddali.

Kiedy wypowiedziała te słowa, on odpowiedział tak stłumionym głosem, że ten dźwięk niemal ją zaskoczył:

- Matko, tak się stanie.

- Ja mogę umrzeć – ale mimo wszystko – weźmiesz do domu zbłąkaną grzesznicę, uleczysz jej smutek i poprowadzisz ją do domu Ojca. Mój chłopcze! Nie mogę mówić więcej, zrobiło mi się słabo.

Posadził ją na krześle, pobiegł po wodę. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się.

- Niech Bóg cię błogosławi, Will. Och. Jestem taka szczęśliwa. To tak jakby ona się znalazła, moje serce jest przepełnione radością.


Tłumaczenie: Gosia

1. Łk 15,7
„Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia”.
2. Łk 15,32
"Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się".

sobota, 16 stycznia 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 2 cz. 4

W końcu dziecko uspokoiło się, patrzyło na jej twarz i uśmiechnęło się do niej.

- Ona ma jej oczy – powiedziała do Susan.

- Nigdy jej nie widziałam. Sądzę, że to jej dziecko, sądząc po sukienkach. Ale gdzie ona jest teraz?

- Bóg jeden wie – odparła pani Leigh. – Nie sądzę, że umarła. Jestem pewna, że żyje.

- Nie! Ona nie umarła. Co jakiś czas znajdujemy małą paczuszką pod naszymi drzwiami, zwykle z dwiema półkoronówkami, raz było nawet pół suwerena. W sumie mam 37 szylingów zgromadzone dla Nanny. Nigdy z nich nie korzystałam, ale często myślałam, że biedna matka czuje się bliska Bogu, kiedy przynosi te pieniądze. Ojciec chciał wysłać policjanta, by obserwował nasz dom, ale powiedziałam, że nie, bo obawiam się, że jeśli będzie śledzona, więcej nie przyjdzie, a wydawało mi się to taką świętą rzeczą, że oddała dziecko na przechowanie. Nie mogłabym tego zrobić.

- Och, gdybyśmy mogli ją znaleźć! Wzięłabym ją w ramiona i położyłybyśmy się i umarłybyśmy razem.

- Nie! Proszę tak nie mówić! – powiedziała Susan delikatnie – po tym wszystkim co się stało, ona może w końcu powróci na dobrą drogę. Tak jak Maria Magdalena, pamięta pani?

- Ech! Ale ja byłam bliższa prawdy, jeśli chodzi o panią, niż Will. On uważał, że pani nigdy by na niego nie spojrzała, gdyby pani wiedziała o Lizzie. Ale pani nie jest faryzeuszem.

- Przykro mi, że on pomyślał, że mogłabym być tak nieugięta. – powiedziała Susan cichym głosem i czerwieniąc się.

Potem pani Leigh zaniepokoiła się i w jej matczynym niepokoju, zaczęła się obawiać, że skrzywdziła Willa w oczach Susan.

- Widzi pani, Will tak dużo myśli o pani – złoto nie jest według niego zbyt dobre dla pani. Powiedział, że pani nigdy nie spojrzała na niego tak jak on na panią, nie wspominając, że jest bratem mojej biednej dziewczyny. On panią kocha tak, że to sprawia, że myśli głównie o tym, co należy do niego, ponieważ ma tak mało – ale on jest dobrym chłopcem – pani będzie szczęśliwą kobietą, jeśli on będzie przy pani – więc nie powiem nic przeciwko niemu, nic!

Ale Susan zwiesiła głowę i nie odpowiedziała. Nie była świadoma aż do tej chwili, że Will tak poważnie o niej myślał, a nawet teraz czuła obawę, bo słowa pani Leigh obiecywały tyle szczęścia, a może to nieprawda. W żadnym razie poczucie skromności sprawiało, że wzdragała się przed powiedzeniem czegokolwiek, co mogło by być wyznaniem jej własnych uczuć do trzeciej osoby. W związku z tym zmieniła temat rozmowy.

- Jestem pewna, że on pokocha Nanny – powiedziała. – Nie ma tak dobrego dzieciątka, proszę nie sądzić, że ona nie zdobędzie jego uczucia, gdy dowie się, że to jego siostrzenica. Ale być może będzie lepiej myślał o swojej siostrze?

- Nie wiem. – odparła pani Leigh, potrząsając głową. – On jest taki jak jego ojciec, który sprawił, że ja… Chociaż w tej chwili jest dobry. Ale pani widzi, nigdy nie byłam dobra w radzeniu sobie z innymi. Jedno surowe spojrzenie sprawiało, że byłam chora, a poza tym, mówię tylko o tym, co złe, jestem taka słaba. Teraz nie mogłabym nic lepszego zrobić, niż zabrać Nanny do domu, ale Tom nie wie nic, poza tym, że jego siostra nie żyje. Nie umiałam właściwie rozmawiać z Willem. Boję, że nic się nie da zrobić i taka jest prawda. Ale pani nie powinna myśleć źle o Willu. On jest tak dobrym chłopcem, że nie potrafi zrozumieć, że ktoś może zachowywać się niewłaściwie, a poza tym, jestem pewna, że kocha panią z całego serca.

- Nie sądzę, że mogłabym rozstać się z Nanny – powiedziała Susan, starając się zatrzymać przemowę pani Leigh ujawniającą przywiązanie Willa do niej. – On może wkrótce ją odwiedzi, nie zawiedzie. A ja dopilnuję, by zaopiekowano się tą biedną matką. Spróbuję przyłapać ją, gdy przyjdzie, by pozostawić swój mały pakuneczek z pieniędzmi.

- Tak, dziewczyno, pani musi ją znaleźć, naszą Lizzie. Kocham panią za to, że była pani taka dobra dla naszego dziecka; gdyby pani udało się ją znaleźć, modliłabym się za panią, kiedy byłabym zbyt blisko śmierci aby mówić, a kiedy żyję, będę służyć pani obok niej – tylko ona musi wpierw się pojawić, wie pani. Niech Bóg panią błogosławi, dziewczyno. Lżej mi na sercu, odkąd tu przyszłam. Chłopcy będą mnie szukać, muszę już iść. I zostawić tę słodką istotkę – dodała, całując dziecko – Jeśli zbiorę się na odwagę, powiem Willowi wszystko o tym, że tu byłam i o naszej rozmowie. Może przyjdzie zobaczyć panią, czy może?
- Ojciec z przyjemnością się z nim zobaczy, jestem tego pewna – odpowiedziała Susan.

Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że pani Leigh pomyślała, czy swoimi słowami nie zrobiła Willowi krzywdy. Kilkakrotnie pocałowała dziewczynkę i jeszcze raz żarliwie, z oczami pełnymi łez, pobłogosławiła Susan i poszła do domu.


Tłumaczenie: Gosia

Ilustracja: George du Maurier

czwartek, 7 stycznia 2010

Lizzie Leigh, rozdz. 2 cz. 3

Susan zeszła na dół z zawiniątkiem zawierającym znoszone dziecięce ubranka.

- Pani musi mnie przez chwilę posłuchać, a ja nie zastanawiałam się zbyt długo nad tym, co zamierzam pani powiedzieć. Nanny nie jest moja siostrzenicą, ani moją krewną, jak wiem. Zwykle pracowałam za dnia. Pewnej nocy, gdy przyszłam do domu, zauważyłam, że jakaś kobieta za mną podąża, odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć. Kobieta, zanim mogłam zobaczyć jej twarz (ponieważ odwróciła głowę), coś mi ofiarowała. Wyciągnęłam instynktownie ramiona, wręczyła mi zawiniątko z łkaniem, które wzruszyło moje serce.

To było dziecko. Obejrzałam się, ale kobieta zniknęła. Szybko uciekła. Tam był niewielki tobołek z ubrankami – niewiele ich było – prawdopodobnie zrobionymi z sukien matki, ponieważ miały zbyt duże wzory jak na dziecięce ubranka. Zawsze lubiłam dzieci, i nie zachowałam przytomności umysłu, jak ojciec stwierdził. A ponieważ było bardzo chłodno, kiedy zobaczyłam, (ponieważ było po 10), że nie ma nikogo na ulicy, przyniosłam je i ogrzałam. Ojciec był bardzo rozgniewany, kiedy przyszedł, i powiedział, że zabierze go następnego ranka do przytułku, a mi było smutno z tego powodu.

Ale kiedy naszedł ranek, nie mogłam znieść myśli o rozłączeniu się z dzieckiem. Spało w moich ramionach całą noc. Słyszałam, jak wygląda wychowanie w przytułku. Więc powiedziałam ojcu, że zrezygnuję z pracy, którą wykonywałam i zostanę w domu, by założyć szkołę, jeśli tylko będę mogła zatrzymać dziecko, i po chwili powiedział, że jeśli zarobię na tyle, by zapewnić mu komfort, pozwoli mi na to. Lecz nigdy jej nie lubił.

Teraz, proszę nie drżeć.. mam jeszcze coś pani do powiedzenia – a może robię błąd, mówiąc o tym…. Ale pracowałam w domu, który stoi obok pani Lomax na ulicy Brabazon, a służące dobrze się znały, i słyszałam o Bessy (tak ją nazywały), która została odesłana. Nie wiem, czy kiedykolwiek ją widziałam, ale wiek mógłby pasować do wieku dziecka. A ja czasami wyobrażałam sobie, że to było jej dziecko. A teraz, proszę spojrzeć na te małe ubranka, które były na dziecku… niech Bój ją błogosławi!


Ale pani Leigh zrobiło się słabo. Dziwna radość i wstyd oraz wielka miłość do dziecka obezwładniły ją, po jakimś czasie Susan zdołała ją ocucić. Potem cała się trzęsła, z chorobliwą niecierpliwością, by spojrzeć na te małe ubranka. Pośród nich była kartka papieru, o którym Susan zapomniała wspomnieć, przypięta do zawiniątka. Na niej były napisane okrągłymi literami słowa:

"Proszę nazywać ją Anną. Ona nie płacze zbyt wiele i nie wymaga dużo uwagi. Niech Bóg panią błogosławi, a mnie niech wybaczy."

To pismo nie było wskazówką, imię "Anna", choć tak zwyczajne, było czymś, na czym można było się już oprzeć. Ale nagle pani Leigh rozpoznała jedno z ubranek, zrobione z sukni, którą wraz z córką kupiły w Rochdale.

Podniosła się i wyciągnęła ręce, by pobłogosławić pochyloną głowę Susan.

- Niech Bóg panią błogosławi i okaże swoje miłosierdzie w potrzebie, tak jak pani okazała je temu małemu dziecku.


Wzięła tą małą istotkę w swoje ramiona, a smutek na jej twarzy przemienił się w łagodny uśmiech, i z czułością pocałowała dziecko, powtarzając: "Nanny, Nanny, moja mała Nanny".


Tłumaczenie: Gosia


Ilustracje:
1. Drawn by Adelaide Claxton, The Daily Governess
2. George du Maurier, Lizzie Leigh (z wydania: Lizzie Leigh and A Dark Night`s Work)

sobota, 26 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 2 cz. 2

Ale nowa myśl pojawiła się w głowie pani Leigh. Pomyślała, że powinna zobaczyć się z Susan Palmer, pomówić z nią o Willu i powiedzieć jej prawdę o Lizzie. Zależnie od tego, czy będzie miała współczucie wobec biednej grzesznicy, czy nie, okaże się warta lub niewarta jego uczuć.

Zdecydowała, że pójdzie tam następnego popołudnia, ale nikomu nie powie o swoim zamiarze. Odszukała więc swoje niedzielne ubranie, którego nie miała serca rozpakować odkąd przybyła do Manchesteru. Ale teraz chciała je założyć ze względu na Willa. Założyła swój staromodny czarny czepek, przystrojony prawdziwą koronką, szkarłatną pelerynę, której nie miała na sobie, odkąd wyszła za mąż, która zawsze była nieskazitelnie czysta, i wyruszyła spełnić swoje nieupoważnione poselstwo.

Wiedziała, że Palmerowie mieszkają na Crown Street, chociaż gdzie dokładnie, tego nie mogła powiedzieć. Wstydliwie pytała o drogę i kiedy przybyła na właściwą ulicę, była godzina blisko za kwadrans czwarta.

Zatrzymała się, by odszukać dokładny numer, a kobieta, do której się skierowała z zapytaniem, powiedziała jej, że lekcje Susan Palmer trwają do czwartej. Poprosiła, by wstąpiła do niej i zaczekała w jej domu.
- Tych – powiedziała, uśmiechając się – którzy potrzebują Susan Palmer, naszej miłej przyjaciółki, uważamy za przyjaciół, więc możemy się nazwać kuzynami. Proszę usiąść, proszę pani. Przetrę krzesło, żeby pani nie pobrudziła sobie ubrania. Moja matka nosiła takie jasne ubrania.

- Dawno pani zna Susan Palmer? – zapytała pani Leigh, ucieszona z pochwały swego ubrania.
- Odkąd zamieszkała na naszej ulicy. Nasza Sally chodzi do jej szkoły.
- Jaką ona jest dziewczyną? Pytam, bo nigdy jej nie widziałam.

- Więc, nie mogę powiedzieć, jak ona wygląda. To tak długo, odkąd ją znam, że zapomniałam, co o niej pomyślałam. Najlepszą rzeczą, jaką mogę powiedzieć o tym jaka jest, jest to, że była jedyną obcą osobą na ulicy, którą można było zaczepić na ulicy i poprosić o pomoc, jeśli się pomocy potrzebowało. Wszystkie małe dzieci podchodzą do niej tak blisko, jak tylko mogą. Zawsze jest przy niej trójka czy czwórka dzieci, które czepiają się jej fartuszka.

- Czy ona zadziera nosa?
- Zadziera nosa? Wszelki duch Pana Boga chwali! Nie widziałam istoty, która tak mało pozowałaby na kogoś innego. Jej ojciec to co innego. Nie! Ona nie zadziera nosa. Pani nie słyszała zbyt wiele o Susan Palmer, jak sądzę, jeśli pani myśli o niej w ten sposób. Ona jest jedyną, która robi po cichu wiele najbardziej potrzebnych rzeczy, małych rzeczy dla innych, których, być może, nikt inny by nie zrobił, albo mało by pomyślało o nich. Ona przyniesie swój naparstek i zaceruje w nocy dziecięce ubranka. I pisze wszystkie listy Betty Harker do jej wnuka, który wyjechał za pracą. I ona nikomu nie zawadza, a to ma znaczenie, ręczę za to. Och, dzieci wybiegają. Lekcje się skończyły. Teraz panią wysłucha i pomoże. Ale nikt z nas nie odwiedza jej w czasie lekcji, by nie przeszkadzać.

Serce biednej pani Leigh zaczęło bić mocno i ona niemal chciała się odwrócić i wracać do domu. Jej wiejskie wychowanie sprawiło, że była nieśmiała wobec nieznajomych i ta Susan Palmer wydała jej się niczym prawdziwa urodzona dama, jak mówiono.

Tak więc zapukała bojaźliwie we wskazane drzwi, a kiedy się otworzyły, dygnęła bez słowa. Susan trzymała swoją małą siostrzenicę w ramionach, zwiniętą z czułością na jej piersi, ale ona delikatnie opuściła ją na ziemię i zaraz postawiła krzesło w najlepszym rogu pokoju dla pani Leigh, kiedy powiedziała, kim jest.

- Will nie prosił mnie żebym przyszła. – powiedziała matka przepraszająco. – To ja sama chciałam z panią porozmawiać.

Susan zarumieniła się mocno i schyliła się, by podnieść małą drepczącą dziewczynkę. Za minutę czy dwie pani Leigh przemówiła ponownie.
- Will uważa, że pani nie będzie nas szanowała, jeśli dowie się o wszystkim, ale ja sądzę, że pani nie może winić nas za ten smutek, który Bóg na nas zesłał, więc założyłam mój czepek i wyszłam bez wiedzy moich chłopców. Każdy mówi, że pani jest bardzo dobra i że Bóg nie pozwala pani zejść z tej drogi, ale być może pani nigdy nie była poddana takim próbom i pokusom, jak niektórzy. Być może mówię zbyt otwarcie, ale moje serce jest złamane i nie wybieram słów jak ci, którzy szczęśliwie mogą je wybierać. Otóż tak! Powiem pani prawdę. Will bał się tego mówić, ale ja po prostu to pani powiem. Musi pani wiedzieć… - ale słowa biednej kobiety uwięzły w gardle i ona mogła tylko kołysać się w te i we wte, i smutnymi oczami patrzeć wprost na twarz Susan, jakby one mogły opowiedzieć jej historię o cierpieniu, którego drżące wargi nie mogły wypowiedzieć. Te nieszczęsne, kamienne oczy wycisnęły łzy z oczu Susan. To współczucie dodało siły matce, która przemówiła cichym głosem.

- Miałam kiedyś córkę, była droga mojemu sercu. Jej ojciec uważał, że robiłam zbyt wiele dla niej i że pozostawanie w domu ją psuje, więc powiedział, że musi pójść do obcych i uczyć się obywać bez wygód. Była młoda i podobała mi się myśl o tym, że zobaczy trochę świata. Jej ojciec dowiedział się, że jest wolne miejsce w Manchesterze. Dobrze! Nie będę pani nużyć. Ta biedna dziewczyna została sprowadzona na złą drogę. I pierwszą rzeczą jaką się dowiedzieliśmy na jej temat, był list jej ojca odesłany przez jej panią, który mówił, że porzuciła służbę, albo, żeby powiedzieć właściwie, pan wysłał ją na ulicę, gdy tylko dowiedział się o jej stanie – a ona nie miała nawet siedemnastu lat!

Teraz szlochała na głos, a Susan także płakała. Małe dziecko patrzyło na ich twarze i widząc ich smutek, zaczęło chlipać i zawodzić. Susan podniosła je delikatnie i wtulając swoją twarz na jej malutkiej szyi, próbowała powstrzymać swoje łzy i pomyśleć o pocieszeniu matki. W końcu zapytała:

- Gdzie ona jest teraz?
- Nie wiem. – odparła pani Leigh, hamując swoje łkania, aby powiedzieć to, co dodawało jej jeszcze cierpienia. – Pani Lomax powiedziała mi, że ona poszła…

- Pani Lomax…. Jaka pani Lomax?
- Ona mieszka na Brabazon Street. Powiedziała mi, że moja biedna dziewczyna poszła stamtąd do przytułku. Nie powiem nic przeciwko zmarłemu, ale gdyby jej ojciec mi pozwolił… ale on był jedynym, który nie miał pojęcia… nie, nie powiem tego, najlepiej nic nie mówić. Przebaczył jej na łożu śmierci. Obawiam się, że ja nie zrobiłam tego co powinnam.

- Czy może pani na chwilę potrzymać dziecko? – zapytała Susan.
- Tak, jeśli przyjdzie do mnie. Dzieci lubiły mnie dopóki nie było tego smutnego wyrazu na mojej twarzy, którego się bały, jak przypuszczam.

Ale mała dziewczynka przylgnęła kurczowo do Susan, więc zabrała ją na górę. Pani Leigh siedziała sama – jak długo, nie wiedziała.

Tłumaczenie: Gosia


Ilustracje:
1. George du Maurier "Daylight Wisdom"
2. E. Borough Johnson

sobota, 19 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 2 cz. 1

Rozdział II


- Matko! – potem powiedział Will – dlaczego upierasz się, że ona żyje? Gdyby była martwa, nie potrzebowalibyśmy ponownie wymawiać jej imienia. Nie mieliśmy od niej żadnej wiadomości, odkąd ojciec napisał ten list, nie dowiedzieliśmy się, czy ona go otrzymała czy nie. Opuściła służbę wcześniej. Wielu umiera w …

- Och, mój chłopcze! Nie mów tak do mnie, bo mi serce pęknie. – przerwała matka, prawie krzycząc. Potem uspokoiła się, ponieważ pragnęła przekonać go, by podzielił jej przekonanie. – Nigdy nie zapytałeś i jesteś dla mnie taki, jakim był twój ojciec, nie mówiłam więc nie pytana – ale zrobiłam wszystko, by być blisko dawnej posady Lizzie. Zamieszkaliśmy w tej stronie Manchesteru, i tego samego dnia, gdy przybyliśmy, poszłam do jej dawnej pani i poprosiłam, czybym mogła zamienić z nią kilka słów. Byłam zdecydowana zarzucić jej to, że nie powinna odsyłać mojej biednej dziewczyny, bez powiedzenia nam o tym najpierw, ale ona była w czerni i wyglądała tak smutno, że nie miałam serca z nią się spierać. Ale zapytałam ją o Lizzie. Panicz odwrócił się od niej w dzień wypowiedzenia (odszedł w inne miejsce, mam nadzieję, że znajdzie tam więcej miłosierdzia, niż okazał je naszej Lizzie - tak ) i kiedy pani powiedziała, że powinna do nas napisać, Lizzie potrząsnęła głową, a kiedy zapytała ją znowu, biedna dziewczyna padła na kolana i prosiła ją, żeby tego nie robiła, ponieważ, jak mówiła, to mogło złamać mi serce (tak się stało, Will – Bóg wie, że tak) – powiedziała biedna matka, usiłując powstrzymać swoją wielką, obezwładniającą mękę. - A jej ojciec przeklął ją… Och, Boże, naucz mnie być cierpliwą. – nie mogła mówić przez kilka minut. – I dziewczyna powiedziała, że utopi się kanale, jeśli jej pani napisze do domu… i tak….

- Więc miałam ślad mojej córki… jej pani pomyślała, że ona odeszła do przytułku, aby być nianią, więc tam poszłam, i tam, jak można było oczekiwać, była i odesłali ją, jak tylko poczuła się silniejsza i powiedzieli, że jest młoda, więc może pracować, ale jaki rodzaj pracy był dla niej, dziewczyny, otwarty, i jej dziecka, z której mogliby się utrzymać?

Will słuchał opowieści swej matki z głębokim współczuciem, bez dawnego gorzkiego wstydu. Ale to, że otworzyła przed nim swoje serce, spowodowało, że jego serce otworzyło się również, i po chwili odpowiedział:

- Matko! Myślę, że lepiej będzie, gdy wrócę do domu. Tom może zostać z tobą. Wiem, że powinienem zostać także, ale nie mogę być spokojny, tak blisko … niej… bez pragnienia by ją zobaczyć… mam na myśli Susan Palmer.

- Stary pan Palmer, o którym mi mówiłeś, ma córkę? – zapytała pani Leigh.
- Tak, ma. I kocham ją za bardzo. I ponieważ ją kocham, chcę opuścić Manchester. To wszystko.

Pani Leigh próbowała zrozumieć te słowa przez jakiś czas, ale okazało się to zbyt trudne do wyjaśnienia.

- Dlaczego nie możesz jej powiedzieć o swojej miłości? Jesteś miłym chłopcem i solidnym w pracy. Dostaniesz Upclose Farm po mojej śmierci, Jeśli chodzi o to, mogę zostawić ci farmę teraz i utrzymywać się jako sprzątaczka. To według mnie bardzo nieśmiały sposób zdobycia jej, skoro myślisz o opuszczeniu Manchesteru.

- Och matko, ona jest tak dobrze urodzona i tak dobra... ona jest po prostu świętą. Nigdy nie zaznała grzechu, i jak mogę poprosić ją, by za mnie wyszła, skoro wiem, co się stało z Lizzie i obawiam się najgorszego? Wątpię, czy ktoś taki jak ona może dbać o mnie, ale gdyby dowiedziała się o mojej siostrze, to mogłoby postawić przepaść pomiędzy nami i ona będzie się wzdragać przed myślą o związaniu się ze mną. Nie wiesz, jaka ona jest dobra, matko!

- Will, Will. Jeśli jest taka dobra jak mówisz, zlituje się nad naszą Lizzie. Jeśli nie będzie miała litości, to oznacza, że jest okrutną faryzeuszką i tobie będzie lepiej bez niej.

Ale on tylko potrząsnął głową i westchnął, na jakiś czas zarzucono rozmowę.


Tłumaczenie: Gosia

Ilustracja:
1. Portrait of young woman - Oscar Gustave Rejlander (1813-1875) - fot. znanego wiktoriańskiego fotografa.

niedziela, 13 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 1 cz. 3

Zanim dzikie żonkile zakwitły w zacienionym zagajniku otaczającym Upclose Farm, rodzina Leighów osiedliła się w Manchesterze. Jak oni kiedykolwiek mogliby uważać to miejsce za swój dom, nie było tam ogrodu ani pomieszczeń gospodarczych, ani świeżego, rześkiego odpływu, ani rozległego widoku na wrzosowiska i dolinę, - nie było zwierząt, by je doglądać i, za czym najbardziej tęsknili, nie było dawnych wspomnień, nawet mimo tych myśli o smutku, o zmarłym, i tym co odeszło.

Pani Leigh nie dbała o to, co stracili, bardziej od swoich synów. Było więcej energii w jej obliczu niż przez ostatnie miesiące, gdyż teraz miała nadzieję, nie pozbawioną smutku, z pewnością, ale nadzieję. Wykonywała wszystkie domowe obowiązki, dziwne i skomplikowane, oszołomiona tymi wszystkimi rzeczami, które są niezbędne, kiedy żyje się w mieście.

Ale kiedy dom był już posprzątany, a chłopcy wracali wieczorem ze swoich zajęć do domu, mogła odłożyć naczynia i wykraść się, niezauważona, jak sądziła, ale nie bez wielu znaczących spojrzeń Willa, potem zamykała drzwi do domu i wychodziła. Często wracała po północy, blada i znużona, i niemal ze wzrokiem winowajcy, ale ta twarz była tak pełna rozczarowania i utraconej nadziei, że Will nie miał serca powiedzieć, co sądzi o szaleństwie i beznadziejności poszukiwań.

Noc po nocy było to ponawiane, aż dnie zmieniły się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Cały ten czas Will spełniał swoje obowiązki wobec niej, tak dobrze jak mógł, nie popierając jej działań. Pozostawał w domu wieczorami ze względu na Toma i często żałował, że nie umiał czerpać przyjemności z czytania, tak jak Tom. W czasie tych wieczorów opierał się ciężko na rękach, zajmując miejsce matki.

Nie muszę mówić, jak matka spędzała męczące godziny. A jednak coś wam powiem. Ona wędrowała, na początku bez celu, aż zebrała myśli, i swoją energię skierowała w określonym kierunku; potem szła z ogromną cierpliwością najmniej znanymi drogami do jakiejś nowej części miasta, patrząc tęsknie, z niemym błaganiem na ludzkie twarze. Czasami chwytała przelotne spojrzenie kogoś, kto przez chwilę wydawał jej się podobny do jej dziecka i śledziła tę osobę z nieskończoną wytrwałością, aż jakieś światło ze sklepu albo lampka nie pokazała jej chłodnego, obcego oblicza kobiety, która nie była jej córką.

Raz czy dwa razy jakiś życzliwy przechodzień, wstrząśnięty jej spojrzeniem, pełnym tęsknej zgryzoty, odwrócił się i ofiarował jej pomoc, albo zapytał, czego potrzebuje. Kiedy tak się stawało, odpowiadała tylko: „Czy nie zna pan biednej dziewczyny nazywającej się Lizzie Leigh?" – a kiedy odpowiadali, że nie znają, potrząsała głową i odchodziła. Pewnie myśleli, że jest szalona. Ale ona nigdy nie odzywała się do nikogo jako pierwsza.

Czasami odpoczywała przez kilka minut na schodach, a czasami (bardzo rzadko) zakrywała twarz i płakała. Ale nie mogła sobie pozwolić na stratę czasu, gdy jej oczy zaślepione były łzami, zaginiona mogła przejść niezauważona.

Pewnego wieczora w czasie krótkich jesiennych dni, Will zobaczył starego człowieka, który być może nie był pijany, ale nie mógł iść prosto chodnikiem i był wyszydzany z powodu niepewnych kroków, jakie stawiał, przez próżnujących chłopców z sąsiedztwa. Ze względu na ojca Will traktował starszy wiek z troską, nawet kiedy wiele surowych zalet, wyróżniających ojca, przestało być tak wyraźnych. Tak więc zabrał tego starego człowieka do domu i wydawał się wierzyć w jego często powtarzane zapewnienia, że on nie pił nic prócz wody. Nieznajomy próbował wstać, gdyż był blisko domu, jakby tam był ktoś, dla kogo żywił szacunek nawet w tym w połowie nietrzeźwym stanie albo którego obawiał się zmartwić.

Jego dom był bardzo czysty i schludny, nawet na zewnątrz; próg, okno, parapet były znakiem schludności wewnątrz budynku. Will został nagrodzony za swą troskę błyszczącym spojrzeniem, wyrażającym podziękowania, który zastąpił rumieniec wstydu na twarzy młodej kobiety lat dwudziestu lub coś koło tego. Nie przemówiła, ani nie poparła uprzejmej prośby swego ojca, aby usiadł. Wydawała się nie życzyć sobie, żeby obcy był świadkiem prób ojca w trzeźwości, a Will nie mógł znieść tego, że musiałby zostać i widzieć jej udrękę. Will zauważył jej spuszczone oczy i chociaż on nie mógł odczytać ich ukrytego znaczenia, powiedział nieśmiało:
- Jeśli państwo się na to zgodzą, ja już pójdę. Dziękuję państwu.

Ale dziewczyna nic nie odpowiedziała, a do niej te słowa były naprawdę skierowane, Will opuścił dom, tym bardziej podobała mu się za to, że nic nie powiedziała.
Myślał o niej dużo przez następny dzień lub dwa. Beształ sam siebie za to, że był tak nierozsądny, a potem wpadł w to ze świeżym zapałem i myślał o niej jeszcze więcej.

Próbował osłabić w sobie to wrażenie, mówił sobie, że nie jest taka ładna, a potem odpowiadał oburzony, że jej uroda podoba mu się o wiele bardziej niż jakiejkolwiek innej piękności. Wolałby nie wyglądać jak chłopak ze wsi, o czerwonej twarzy, kiedy ona wyglądała jak dama, ze swoją delikatną, pozbawioną koloru cerą, lśniącymi, czarnymi włosami i nieskazitelną sukienką. Ładna czy nieładna - przyciągała go do siebie.

Nie mógł powstrzymać przed tym, by ją zobaczyć raz jeszcze i znaleźć jakąś wadę, która uwolniłaby od niej jego serce. Ale ona była czysta i dziewczęca jak wcześniej. Siedział i patrzył, odpowiadając jej ojcu, podczas gdy ona coraz bardziej kryła się w cień przypiecka poza zasięg jego wzroku. Potem myśl, która go opanowała (to nie on, z pewnością, zrobił tak zuchwałą rzecz!), sprawiła, że wstał i przeniósł świecę na inne miejsce, pod pretekstem, że chce jej dać więcej światła do szycia, ale w rzeczywistości, żeby widzieć ją lepiej.

Nie mogła znieść tego dłużej - podskoczyła i powiedziała, że musi położyć siostrzenicę do łóżka, a zapewne to nie było, przedtem ani potem, nieznośne dwuletnie dziecko – ponieważ nie przyszła ponownie, pomimo tego, że Will został półtorej godziny dłużej.

Zdobył serce ojca, bo był wdzięcznym słuchaczem, gdyż niektórzy ludzie nie są wymagający, i mogą mówić nieprzerwanie, a nie są aż tak nierozsądni, by oczekiwać, że ktoś uważa na to co mówią. Will dowiedział się jednak wiele ze słów starego człowieka.

Kiedyś zajmował się całkiem dobrą branżą, ale stracił więcej pieniędzy niż jakikolwiek właściciel sklepu owocowo-warzywniczego, o jakim słyszał. [...] Ten ogromny błąd wydawał się być wydarzeniem w jego życiu i jedynym, które rozpamiętywał z dziwnym rodzajem dumy. Wydawało się, jakby obecnie czerpał ze swoich dawnych wysiłków (w swoim bankructwie) i polegał na córce, która prowadziła szkółkę dla najmłodszych dzieci.

Ale wszystkie te szczegóły Will przypomniał sobie i zrozumiał dopiero wtedy, gdy opuścił ich dom, bo w czasie kiedy go słuchał, jego myśli wypełniała Susan. Potem kiedy zawarł znajomość z panem Palmerem, zawsze miał jakiś powód, można być tego pewnym, aby wracać tam znowu i znowu.

Słuchał ojca, rozmawiał z małą siostrzenicą, ale patrzył na Susan, zarówno, gdy słuchał, jak i gdy mówił. Jej ojciec obstawał przy swojej dawnym szlacheckim pochodzeniu, szczegóły te wydawałyby się Willowi bardzo wątpliwe, gdyby słodka, skromna Susan nie dodawała do tego otaczającej ją niewytłumaczalnej aury wytworności. Wiele nie mówiła, była przeważnie staranna w pracy, ale kiedy poruszała się, to było tak bezgłośne, a kiedy przemawiała, jej głos był tak głęboki i cichy; ta cisza, słowa, ruch i bezruch, jednako wydawały się tak niedoścignione dla Willa, że przechodziły w rodzaj świętości i niedostępnej chwały – była dla niego nieosiągalna, nawet jeśli go znała!

I, gdyby poznała ciemny sekret – hańbę jego siostry - zawsze obecny w jego umyśle z powodu matczynych nocnych poszukiwań wśród wyrzutków i porzuconych, czyby Susan nie wzdrygnęła się ze wstrętem, jakby był splamiony tym mimowolnym pokrewieństwem? To był jego lęk, i w związku z tym podjął postanowienie, że zrezygnuje z jej słodkiego towarzystwa, zanim nie będzie za późno.

Tak więc opierał się wewnętrznym pokusom i pozostawał w domu, cierpiał i wzdychał. Stał się zły na matkę za jej niestrudzoną cierpliwość w poszukiwaniu kogoś, kto – nie mógł poradzić na to, że nie miał nadziei – raczej już nie żył niż żył. Odzywał się do niej ostro i otrzymywał jedynie takie smutne, przepraszające odpowiedzi, które sprawiały, że wyrzucał to sobie samemu, i coraz bardziej tracił spokój umysłu.

Ta walka nie pozostawała bez wpływu na jego zdrowie, a Tom, jego jedyny towarzysz w czasie długich wieczorów, dostrzegał z niepokojem jego wzrastającą tęsknotę, jego niespokojną drażliwość, i w końcu zdecydował się zwrócić uwagę matki na zmizernienie brata, jego udręczony wygląd. Słuchała tego zaskoczona, przypominając sobie narzekania Willa na jej miłość. Zauważyła jego malejący apetyt i w połowie zauważane westchnienia.
- Will, chłopcze! Co z tobą? – zapytała go, kiedy usiadł apatycznie wpatrując się w ogień.
- To nie chodzi o mnie. – odparł, jakby zirytowała go ta wzmianka.
- Nie! Ale o coś chodzi.

Nie zabrał ponownie głosu, aby zaprzeczyć, w istocie nie wiedziała czy ją usłyszał, tak nieruchomy był jego wzrok.
- Chciałbyś wrócić do Upclose Farm? – zapytała, pełna smutku.
- To sezon owocowania jeżyn. – wtrącił Tom.

Will potrząsnął głową. Patrzyła na niego przez chwilę, jakby usiłowała odczytać to wrażenie przygnębienia i znaleźć jego źródło.
- Ty i Tom możecie jechać. – powiedziała. – Ja muszę tu zostać, dopóki jej nie znajdę, wiesz o tym. – kontynuowała zniżając głos.

Odwrócił się szybko, rozglądając się, stwierdził, że przez cały czas jest obecny Tom, kazał mu więc iść do łóżka.
Kiedy Tom opuścił pokój, przygotował się do rozmowy.


Tłumaczenie: Gosia

Ilustracje:
1. "Manchester from Kersal Moor" - Manchester od strony wrzosowisk Kersal. Ryt. Edward Goodall (1794-1870), wg obrazu William Wylda (1808-1889) z 1852.
2. "Sewing young woman at the window" albo "Lady Sewing by a Window" Knud Erik Larsen (1865 - 1922).

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 1 cz. 2

Kiedy wszedł do domu, siedziała przed ogniem, patrząc w żar paleniska. Nie usłyszała, jak wchodził, na jakiś czas utraciła poczucie rzeczywistości.

- Matko! O co chodzi z tym wyjazdem do Manchesteru? – zapytał.
- Och, chłopcze! – odparła, odwracając się i mówiąc błagalnym tonem. – Muszę wyjechać i odszukać Lizzie. Nie mogę przestać o niej myśleć. Wiele razy zostawiałam twojego ojca, śpiącego w łóżku i przekradałam się do okna, i patrzyłam, patrzyłam w kierunku Manchesteru, aż pomyślałam, że muszę wyruszyć i brnąć przez wrzosowiska i prosto, dopóki tam nie dotrę, a potem przeszukam wszystkie kąty, dopóki nie znajdę naszej Lizzie. Często, kiedy południowy wiatr wiał łagodnie w dolinie, wydawało mi się (to tylko złudzenie, ja wiem), że słyszałam, jak płacze za mną. I myślałam, że ten głos się zbliża, aż w końcu słyszałam szloch „Matko” tuż przy drzwiach. Skradałam się i otwierałam zasuwę i wpatrywałam się w nieruchomą ciemność, myśląc, że ją zobaczę – i wracałam chora i przepełniona smutkiem, kiedy nie mogłam usłyszeć żadnego dźwięku poza zawodzeniem wiatru. Och! Nic mnie tu nie zatrzyma, kiedy ona może umiera z głodu, tak jak biedny chłopiec w biblijnej przypowieści.

Podniosła głos i głośno zapłakała.
Will był głęboko zasmucony. Był na tyle dorosły, że wiedział o rodzinnej hańbie, kiedy to dwa lata wcześniej jego ojciec otrzymał list do córki zwrócony przez jej panią w Manchesterze, która informowała go, że Lizzie porzuciła u niej służbę – i z jakiego powodu.

Podzielał surowy gniew ojca, chociaż uważał go za twardego, to prawda, kiedy nie pozwalał płakać swej szlochającej, zrozpaczonej żonie ani wyjechać i spróbować znaleźć jej biedne, grzeszne dziecko i oznajmił, że nie mają już córki, że powinna być uważana za martwą, a jej imię nigdy więcej nie będzie wymawiane publicznie ani w porze posiłku, ani w błogosławieństwie ani w modlitwie.

Zachowywał milczenie, ściskając usta, marszcząc brwi, kiedy sąsiedzi zwracali mu uwagę, jak śmierć biednej Lizzie postarzyła ich oboje, ojca i matkę, i jak oni myślą, że pogrążeni w żałobie małżonkowie nigdy więcej nie podnosili głowy. On sam czuł, że to jedno wydarzenie postarzyło go, i zazdrościł Tomowi łez, które ten wylał nad biedną, śliczną, niewinną, zmarłą Lizzie.

Myślał o niej czasami, aż zaciskał zęby, i pogrążał ją w jej wstydzie. Jego matka nigdy nie wspomniała mu o niej, aż do tej chwili.
- Matko! – powiedział w końcu. – Może ona nie żyje. Najprawdopodobniej tak jest.

- Nie, Will. Ona nie umarła –odparła pani Leigh. – Bóg nie pozwoli jej umrzeć, dopóki nie zobaczę jej znowu. Nie wiesz, jak modliłam się, żeby jeszcze raz zobaczyć jej słodką twarz i powiedzieć, że jej wybaczyłam, chociaż złamała mi serce. Ona żyje, Will. – Nie mogła mówić dalej przez minutę czy dwie, gdyż tak bardzo szlochała. – Nie wiesz tego, więc nie możesz mówić, że ona nie żyje. Bóg jest bardzo miłościwy, Will. Jest. On jest dużo bardziej litościwy niż człowiek. Nigdy nie mogłam mówić do twojego ojca, tak jak mówię do niego. W dodatku twój ojciec w końcu jej wybaczył. W swoich ostatnich słowach powiedział, że jej wybaczył. Nie możesz być twardszy od swego ojca, Will. Nie próbuj powstrzymywać mnie przed tym, bym ją zobaczyła, to bezskuteczne.

Will siedział nieruchomo przez długi czas, zanim przemówił, W końcu powiedział:
- Nie będę cię od tego odwodził. Myślę, że ona nie żyje, ale to nie ma znaczenia.
- Ona nie jest martwa – odparła matka z powagą.

Will nie zwrócił na to uwagi.
- Wszyscy pojedziemy na rok do Manchesteru i wynajmiemy farmę Tomowi Higginbothamowi. Podejmę pracę kowala, a Tom może przez ten czas się uczyć, na co zawsze miał ochotę. Pod koniec roku wrócisz, matko, i przestaniesz martwić się o Lizzie i zgodzisz się ze mną, że ona nie żyje. A, moim zdaniem, to może być większa ulga niż dziękowanie za jej życie. – obniżył głos, kiedy mówił ostatnie słowa.

Wstrząsnęła głową, ale nie odpowiedziała. Zapytał znowu:
- Zgodzisz się na to, matko?
- Zgodzę się na to (choć to niewystarczające) – powiedziała. – Jeśli nie usłyszę i nie zobaczę jej po roku poszukiwań w Manchesterze, złamie mi to pewnie serce, zanim ten rok się skończy, a potem nie zaznam ani miłości ani smutku, kiedy będę spoczywała w grobie. Zgadzam się na to, Will.

- Więc, przypuszczam, że tak musi zostać. Nie powiem Tomowi, dlaczego przeprowadzamy się do Manchesteru. Najlepiej będzie mu tego oszczędzić.
- Jeśli taka jest twoja wola – powiedziała ze smutkiem – więc tak zrobimy. To wszystko.

Tłumaczenie: Gosia

Ilustracje:
1. "A Portrait of Victorian Girl".

piątek, 4 grudnia 2009

Lizzie Leigh, rozdz. 1 cz. 1

"Lizzie Leigh"
by Elizabeth Gaskell

Rozdział I

Kiedy śmierć nawiedza dom w dzień Bożego Narodzenia, kontrast między tą chwilą i atmosferą panującą zwykle w tym dniu, wywołuje przejmujący smutek – całkowitą pustkę osamotnienia.

James Leigh zmarł właśnie wtedy, gdy z oddali dzwony kościoła w Rochdale (1) biły na poranną mszę w Dzień Bożego Narodzenia 1836 roku. Kilka minut przed śmiercią otworzył swoje szklące się już oczy i dał znak żonie słabym ruchem warg, że ma coś jej do powiedzenia. Stanęła blisko niego i usłyszała słaby szept:
- Wybaczam jej, Anno! Może Bóg i mi wybaczy!
- O Mój Boże! Mój drogi! Tylko wyzdrowiej, a ja nigdy nie przestanę być wdzięczna za te słowa. Może Bóg w niebie pobłogosławi cię za te słowa. Nie niepokój się, mój chłopcze! Może… O Boże!

W chwili, gdy mówiła te słowa, on umarł.

Przez 22 lata byli małżonkami, z tego przez 19 lat ich życie było tak spokojne i szczęśliwe, jak tylko być mogło, ponieważ z jednej strony była najdoskonalsza uczciwość, a z drugiej strony pełne zaufanie i miłosne posłuszeństwo. Sławny cytat z Miltona (2) mógł być oprawiony w ramki i powieszony jako reguła ich małżeńskiego życia, gdyż on był tak naprawdę tłumaczem, który stał pomiędzy Bogiem a nią.

Uważałaby siebie za osobę niegodziwą, gdyby ośmieliła się myśleć o nim surowo, chociaż w jednakim stopniu był prostym człowiekiem, jak i stanowczym, surowym i nieugiętym. Ale z wyjątkiem tych trzech lat żadne narzekania nie wyszły z jej serca. Zbuntowała się przeciw mężowi jak przeciwko tyranowi, z nakazującym, ponurym buntem, który rozerwał dawne oznaki żoninego obowiązku i uczucia, i zatruł na zawsze źródła, skąd kiedyś wypłynęła najczulsza miłość i cześć.

Ale te ostatnie błogosławione słowa stały się dla niej święte i wywołały skruchę wobec całego tego gorzkiego oziębienia ostatnich lat. To dlatego odpowiadała odmownie na błagania swych synów, by zobaczyła życzliwych sąsiadów, którzy przybyli z kościoła, aby współczuć i nieść pocieszenie. Nie! Ona zostanie ze zmarłym mężem, który tak czule przemówił na końcu, jakby milczał przez te lata. Gdyby tylko zdołała być lepsza i mniej w swoim gniewie powściągliwa, mógł ustąpić wcześniej – i w odpowiednim czasie!

Usiadła, by kołysać się na brzegu łóżka, podczas gdy jej stopy poniżej poruszały się miarowo; zbyt długo była pogrążona w smutku, aby teraz wybuchnąć jakimkolwiek gwałtownym i głębokim żalem; bruzdy były wyrzeźbione na jej policzkach i łzy płynęły spokojnie, jakby ustawicznie, cały dzień.

Ale kiedy nadciągnęła zimowa noc, a sąsiedzi odeszli do swoich domów, zakradła się do okna i spoglądała długo i tęsknie na ciemnoszare wrzosowiska. Nie słyszała głosu syna, który mówił do niej od drzwi, ani jego kroków, kiedy podszedł bliżej. Podskoczyła, gdy ją dotknął.

- Matko! Chodź do nas. Nie ma nikogo prócz Willa i mnie. Najdroższa matko, uczynimy co zechcesz.

Głos biednego chłopca drżał, zaczął płakać. Wydawało się, że wymaga wysiłku ze strony pani Leigh oderwanie się od okna, ale z westchnieniem podporządkowała się jego prośbie.

Dwaj chłopcy (chociaż Will miał prawie dwadzieścia jeden lat, wciąż myślała o nim jako o chłopcu) zrobili wszystko co w ich mocy, by uczynić dom wygodnym dla niej. Ona sama w czasie tego smutku, nigdy nie rozpaliła jaśniejszego ognia ani nie uporządkowała tak paleniska, gotowa na powrót męża do domu, niż teraz gdy ją oczekiwano.

Naczynia do herbaty leżały przygotowane na stole, czajnik stał na ogniu, a chłopcy przemienili swój żal w rodzaj spokojnej pogody ducha. Zwracali uwagę na najdrobniejszą rzecz, która im przyszła do głowy, ale ona w zamian nie czyniła żadnych uwag – nie opierała się – raczej zgadzała się na wszystko, ale nie widzieli, by to ją wzruszyło.

Kiedy herbata została wypita – to była jedynie forma podwieczorku – Will przeniósł naczynia na komodę. Jego matka oparła się apatycznie na krześle.

- Matko, może Tom przeczyta ci rozdział? On jest lepszym uczniem niż ja.
- Tak, chłopcze! – powiedziała skwapliwie. – Tak jest. Przeczytaj o synu marnotrawnym. Tak, chłopcze. Dziękuję ci.

Tom odszukał rozdział i przeczytał go wysokim głosem, przyjętym w wiejskich szkołach. Jego matka zgięła się do przodu, jej usta rozsunęły się, oczy rozszerzyły, jej całe ciało wyrażało wyczekującą uwagę. Will siedział z pochyloną głową.

Wiedział, dlaczego ten rozdział został wybrany; i to przypomniało mu rodzinną hańbę. Kiedy lektura dobiegła końca, wciąż trzymał nisko głowę w posępnej ciszy. Ale jego twarz nieco rozjaśniła się. Jego oczy wydawały się rozmarzone, jakby miał wizję, i wkrótce położył Biblię koło niej, i kładąc palec poniżej każdego słowa, zaczął czytać je na głos niskim głosem. Ona powtarzała słowa o gorzkim smutku i głębokim upokorzeniu, ale przede wszystkim zatrzymywała się i rozjaśniała się czytając o czułym przyjęciu przez ojca marnotrawnego syna.
Tak przebiegł wieczór Bożego Narodzenia na Upclose Farm.

Śnieg mocno padał na ciemne, falujące wrzosowisko dzień przed pogrzebem. Czarne, burzowe niebo wisiało nieruchome, nisko nad białą ziemią, kiedy wynieśli ciało z domu, w którym tak długo gospodarował. Dwie pary żałobników podążały w czarnej procesji, idąc w niepokonanym śniegu w stronę kościoła w Milne-Row – co chwila gubiącym się w jakimś zagłębieniu czarnych wrzosowisk, a co chwila powoli wyłaniającym się i wznoszącym się ku niebu. Nie było zbyt długiego zwlekania po pogrzebie, ponieważ wielu z sąsiadów, którzy przeprowadzali ciału do grobu, miało długą drogę do domu, a wielkie białe płatki śniegu, które padały wolno z nieba, były zwiastunem dużej burzy. Pewien stary przyjaciel sam towarzyszył wdowie i jej synom do domu.

The Upclose Farm przez pokolenia należała do Leighów, mimo to ich własności ledwie awansowały ich do rangi trochę wyższej niż robotników rolnych. Stał tam dom i budynki gospodarcze, wszystkie w staromodnym stylu i około siedem akrów nieurodzajnej, jałowej ziemi, która nigdy nie zapewniła im kapitału wystarczającego, by podnieść jej wartość. W istocie ledwie mogli liczyć na to, że ich utrzyma. Przyjęło się, że synów kształcono do wykonywania określonego zawodu – takiego, jak kołodziej czy kowal.

James Leigh pozostawił testament w rękach starego człowieka, który towarzyszył im do domu. Odczytał go na głos. James zostawił w spadku farmę swojej wiernej żonie, Annie Leigh na dożywocie, a potem swemu synowi, Williamowi. Przeszło sto funtów na rachunku oszczędnościowym było zbierane dla Tomasa.

Po odczytaniu tego testamentu, Anne Leigh usiadła cicho na chwilę, a potem poprosiła Samuela Orme o rozmowę na osobności.

Synowie wyszli do kuchni, a stamtąd mimo padającego śniegu wyszli pospacerować przez pola. Bracia bardzo się lubili się, chociaż mieli różne charaktery. Will, starszy, był tak jak ojciec surowy, powściągliwy i bardzo uczciwy. Tom (dziesięć lat młodszy) był miły i delikatny jak dziewczyna, zarówno pod względem urody, jak i charakteru. Trzymał się blisko matki i bał się ojca.

Nie rozmawiali w czasie tej przechadzki ponieważ zwykle rozmawiali o faktach i z trudem posługiwali się wyszukanym językiem stosowanym do opisywania uczuć.

W tym czasie ich matka trzymała trzęsącą się ręką ramię Samuela Orme`a.
- Samuel, muszę wynająć farmę – Muszę…
- Wynająć farmę! Co przychodzi ci do głowy, kobieto?
- Och, Samuel! – powiedziała, jej oczy były wypełnione łzami – Jestem gotowa wyjechać i mieszkać w Manchesterze. Muszę wynająć farmę.

Samuel przyglądał się jej i zamyślił się, ale nic nie mówił przez jakiś czas. W końcu odparł:
- Jeśli zdecydowałaś się na to, nie rozmawiajmy już o tym, musisz wyjechać. Będzie ci smutno w Manchesterze, ale to nie moja sprawa. Będziesz musiała kupować ziemniaki, a tego nigdy w całym swoim życiu nie robiłaś. Dobrze! To nie moja sprawa. To raczej dobrze dla mnie. Nasza Jenny zamierza poślubić Toma Higginbothama, a on mówił, że poszukuje kawałka ziemi. Jego ojciec kiedyś umrze, jak sądzę, a potem on wejdzie w posiadanie Croft Farm. Ale do tego czasu...
- Więc wydzierżaw farmę. – powiedziała wciąż tak samo gorliwie.
- Tak, tak, on weźmie ją dość szybko, mam wrażenie. Ale ja nie będę teraz z tobą zawierał umowy, to by nie było właściwe. Poczekajmy trochę.
- Nie, ja nie mogę czekać. Ustalmy to od razu.
- Dobrze, dobrze. Porozmawiam o tym z Willem. Widzę go tam na zewnątrz. Pójdę do niego i porozmawiam o tym.

Zgodnie z tym co powiedział, wyszedł i dołączył do chłopców, bez ceregieli podjął temat wynajmu.
- Will, twoja matka jest gotowa mieszkać w Manchesterze i chce wynająć farmę. Więc postanowiłem wydzierżawić ją dla Toma Higginbothama, ale chciałbym wytargować niską cenę, a to niewłaściwe targować się z twoją matką właśnie teraz. Pozwól, że ty i ja spróbujemy pogadać o tym, mój chłopcze. To rozgrzeje nas w ten zimny dzień.

- Wynająć farmę?! – powiedzieli obaj chłopcy naraz z niezmiernym zaskoczeniem. – Mieszkać w Manchesterze?!

Kiedy Sauel Orme odkrył, że o tym planie nic nie wie ani Will, ani Tom, powiedział, że nic z tym nie zrobi, dopóki oni nie porozmawiają z matką, zapewne jest „oszołomiona” śmiercią męża. On zaczeka dzień lub dwa i nie wspomni o tym nikomu, nawet samemu Tomowi Higginbothamowi, bo on może zapalić się do tego pomysłu. Lepiej będzie, gdy chłopcy wejdą do środka i przedyskutują to z matką. Życzył im dobrego dnia i opuścił ich.

Will wyglądał bardzo ponuro, ale nie przemówił, dopóki nie znaleźli się w pobliżu domu. Potem powiedział
- Tom, idź do zwierząt i nakarm krowy. Chcę sam porozmawiać z matką.



Tłumaczenie: Gosia

Przypisy:
1. Rochdale – fabryczne miasteczko około 10 mil na północny-wschód od Manchesteru położone wśród wrzosowisk. Lokalizacja została wybrana przez pisarkę celowo, gdyż chciała pokazać dawną rolniczą kulturę w osadzie znajdującej się w okolicy nowego przemysłowego miasta.
2. John Milton „Raj Utracony” IV, 299. Aluzja do dzieła Miltona była czytelna dla czytelników z połowy XIX wieku.


Ilustracje:
1. Myles Birket Foster (1825-1899)
2. Roger Fenton (1819-1869), September Clouds, 1859. fotografia.
3. Myles Birket Foster (1825-1899)

środa, 2 grudnia 2009

Lizzie Leigh

Kolejnym utworem Elizabeth Gaskell, który postanowiłam przełożyć na język polski, jest czteroczęściowe opowiadanie "Lizzie Leigh".

Ma ono zupełnie inny charakter niż tłumaczone przeze mnie wcześniej "Wyznania pana Harrisona".

Tam mieliśmy do czynienia z dziełem niemal komediowym, tymczasem "Lizzie Leigh" jest nieco smutnym, a nawet wzruszającym utworem, podejmującym ważne problemy społeczne, związane z sytuacją kobiet w XIX wieku.

Gaskell nie waha się pisać tu o kobietach upadłych, o grzechu, miłości, nadziei i wybaczaniu. (Temat uwiedzenia pojawi się ponownie w twórczości pisarki w powieści "Ruth".) Gaskell pisze także o tym, jak patriarchalny model rodziny wpływa na relacje wewnątrz niej, a nawet o nich decyduje.
Piękny jest jednak wizerunek matki w tym utworze, która nie poddaje się i nie traci nadziei na odnalezienie jedynej córki, której ojciec wcześniej się wyrzekł.

Opowiadanie "Lizzie Leigh", co warto zaznaczyć, otwierało pierwszy numer czasopisma „Household Words”, redagowanego przez Karola Dickensa. Utwór Gaskell pojawił się w trzech zeszytach od 30 marca do 13 kwietnia 1850 roku.

Skoro Dickens postanowił właśnie tym opowiadaniem rozpocząć stworzone przez siebie pismo, musiał mieć po temu ważki powód, musiało odpowiadać jego poglądom i musiał mieć do pisarki zaufanie.

O samym utworze napiszę więcej po zakończeniu publikacji mojego przekładu.

Serdecznie zapraszam do lektury, choć pewnie samo opowiadanie nie jest tak łatwe, lekkie i przyjemne jak opowieść o doktorze Harrisonie.

Chciałam jednak pokazać inną twarz Elizabeth Gaskell, jej zaangażowanie społeczne, dobrze nam znane z powieści "North and South".