Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

niedziela, 6 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 3

Rozdział 3


Plebania mieściła się po północnej stronie ulicy, na jej końcu otwierającym się w stronę wzgórz. Był to długi niski budynek, cofnięty nieco w stosunku do swego sąsiedztwa. Przez podwórze, mieszczące się pomiędzy drzwiami wejściowymi a ulicą, biegła wyłożona płytkami ścieżka, a po prawej stronie drzwi stał stary kamienny zbiornik na wodę. Pod oknem rosła konwalia.

Ktoś nas obserwował spoza firanki, gdyż, gdy tylko doszliśmy do domu, drzwi otworzyły się, jakby w magiczny sposób. Weszliśmy do niskiego pokoju, który służył jako hol, wysłanego dywanikiem. Pod oknem znajdowały się głębokie, staromodne miejsca do siedzenia, a kominek pokryty były duńskimi płytkami. Wydawało się, że jest tu chłodno i przyjemnie, w porównaniu z gorącem rozgrzanej słońcem ulicy.

- Bessie nie czuje się dobrze, panie Morgan – powiedziała słodka, mała dziewczynka około jedenastoletnia, która otworzyła drzwi. – Sophy chciała posłać po pana, ale papa powiedział, że pan z pewnością przyjdzie do nas tego ranka, a pamiętamy, że inni ludzie też pana oczekują.
- Sophy, przyszedł pan Morgan – powiedziała, otwierając drzwi do wewnętrznego pokoju, do którego zeszliśmy po schodku, jeśli dobrze pamiętam, gdyż omal nie upadłem, pochłonięty tym, co ujrzałem.

Widok przypominał obraz, widziany we framudze drzwi. Była to kompozycja karmazynowej czerwieni i morskiej zieleni pokoju oraz słonecznego ogrodu w tle, nisko osadzone okno otwarte, by wpuścić bursztynowe powietrze, spoza niego wyłaniające się kępy białych róż, i Sophy siedząca na poduszce, na podłodze, światło nad jej głową i klęczący przy niej mały, mocno zbudowany chłopczyk, z szeroko otwartymi oczami, którego uczyła alfabetu. To była wielka ulga dla niego, kiedy weszliśmy, jak zauważyłem, a bardzo bym się mylił, gdyby z łatwością wrócił do lekcji, kiedy został zaraz odesłany, by poszukać ojca.

Sophy powstała szybko, oczywiście zostaliśmy sobie przedstawieni i to było wszystko, bo potem zabrała pana Morgana na górę, aby zbadał chorą służącą. Zostałem sam w pokoju. Wyglądał jak prawdziwy dom, co pozwoliło mi zrozumieć cały urok tego słowa. Leżały tam książki i inne przedmioty, oznaki przeróżnych zajęć, dziecięce zabawki na podłodze, a na ścianie o kolorze morskiej zieleni zawieszony był jeden albo dwa portreciki w akwareli, jeden, byłem tego pewny, przedstawiał matkę Sophy. Krzesła i sofa wyściełane były perkalem, zasłony także były z tego samego materiału – piękne czerwone róże na białym tle. Nie wiedziałem, skąd pochodził kolor karmazynowy, ale z pewnością gdzieś tam był, być może tego koloru był dywan. Szklane drzwi znajdowały się przy oknie, można było przez nie wejść do ogrodu. W ogrodzie, przede wszystkim widać było trawnik, tuż pod oknami, dalej prostą żwirową alejkę, z kwietnikami i wąskimi grządkami po obu jej stronach, w których rosły najpiękniejsze, jakie można sobie wyobrazić w końcu sierpnia, kwiaty, za kwiatowymi rabatkami stały uformowane ręką ogrodnika drzewa owocowe, otaczające ogród warzywny.

Gdy się tak rozglądałem, wszedł gentleman, którym, czego byłem pewien, był pastor. Było to dość niezręczne, gdyż musiałem się tłumaczyć ze swojej, w tym miejscu, obecności.
- Przyszedłem z panem Morganem, Nazywam się Harrison. – powiedziałem, skłoniwszy głowę.

Zauważyłem, że nie wystarczyło mu to tłumaczenie, ale usiedliśmy i rozmawialiśmy o pogodzie albo o czymś podobnym, dopóki nie nadeszła Sophy i pan Morgan.

Wtedy ujrzałem pana Morgana w korzystnym świetle. Gdy rozmawiał z człowiekiem, którego szanował, a takim był pastor, porzucał swój zwykły, wymuszony i sztuczny sposób bycia, i stawał się spokojny i pełen godności, ale nie w takim stopniu pełen godności jak pastor. Nigdy nie widziałem kogoś takiego jak on. Był milczący i pełen rezerwy, czasami prawie nieobecny. Jego powierzchowność nie była uderzająca, ale w sumie był człowiekiem, z którym należało rozmawiać, zdejmując kapelusz z głowy, gdziekolwiek byś go spotkał. To siła charakteru wywoływała taki efekt, nie było to przemyślane, ale objawiało się w każdym jego słowie, spojrzeniu i geście.

- Sophy, – powiedział – panu Morganowi jest gorąco, czy mogłabyś zebrać kilka gruszek, wiszących na tyle nisko, że mogłabyś ich dosięgnąć, wydaje mi się, że przy południowej ścianie jest trochę dojrzałych owoców. W tym roku nasze gruszki dojrzały dość wcześnie.

Sophy weszła do słonecznego ogrodu i ujrzałem, że podniosła grabie i wychyliła się do gruszek, które rosły w zasięgu jej ramion, jak mi się zdawało.
Salonik stawał się chłodniejszy (stwierdziłem później, że to podłoga pokryta płytkami dawała ten chłód) i pomyślałem, że chciałbym znaleźć się w cieple słońca. Powiedziałem, że mógłbym pójść pomóc młodej damie i, nie czekając na odpowiedź, wszedłem do nagrzanego, pachnącego ogrodu, w którym pszczoły latając szukały kwiatów, napełniając go stałym dźwiękiem.

Myślę, że Sophy zaczęła tracić nadzieję, że dosięgnie owoców i ucieszyła się z mojej pomocy. Sądziłem, że byłoby wielką nieroztropnością strącić je zbyt szybko, bo uświadomiłem sobie, że wrócimy do środka, skoro je tylko zbierzemy. Chciałem pospacerować po ogrodzie, ale Sophy skierowała się z gruszkami prosto do domu, a ja mogłem tylko podążyć za nią.

Podjęła swoją robótkę, podczas gdy my zajęliśmy się jedzeniem. Wkrótce skończyli, i kiedy pastor zakończył rozmowę z panem Morganem o jakichś biednych ludziach, podnieśliśmy się z miejsca, żeby wyjść.

Byłem wdzięczny, że pan Morgan mówił tak mało o mnie. Nie zniósłbym, gdyby wspomniał pastorowi o Sir Astleyu Cooperze i Sir Robercie Peelu. Nie wytrzymałbym wzmianki o moich „wielkich możliwościach zdobycia gruntownej wiedzy z zakresu mojej profesji”, którą mogłem usłyszeć w czasie jego rozmowy z panną Tomkinson, wtedy gdy jej siostra konwersowała ze mną. Na szczęście, w domu pastora, oszczędził mi tego.

Kiedy wyszliśmy, był już czas, żeby wsiąść na konie i złożyć wizyty pacjentom na wsi, z czego się ucieszyłem.


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

sobota, 5 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 2

Rozdział 2

Następnego ranka pan Morgan zjawił się, zanim skończyłem jeść śniadanie. Był najbardziej szykownym, małym człowiekiem, jakiego spotkałem. Obserwuję troskę, z jaką ludzie trzymają się kurczowo stylu ubierania się, jakie było w modzie, kiedy byli piękni i podziwiani. Nie chcą uwierzyć, że ich młodość i uroda przeminęły, i sądzą, że obecna moda jest niestosowna. Pan Morgan, na przykład, będzie pomstować przez godzinę na surduty i na bokobrody. Jego broda jest starannie ogolona. Nosi czarny frak, ciemnoszare spodnie i, w czasie porannego obchodu swoich miejskich pacjentów, zakłada najbardziej błyszczące i najczarniejsze, długie buty wojskowe z dyndającymi po obu stronach jedwabnymi frędzlami. Kiedy zachodzi do domu o godzinie dziesiątej, by przygotować się do wizyt u swoich wiejskich pacjentów, wkłada najelegantsze buty do konnej jazdy, jakie kiedykolwiek widziałem. Kupił je od jakiegoś świetnego rzemieślnika setki mil stąd. Jego wygląd można określić słowem „jemmy” (1) – żadne inne słowo lepiej tu nie pasuje.

Był wyraźnie nieco zakłopotany, widząc mnie w mym porannym stroju, zgodnym ze zwyczajami wyniesionymi z Guys Hospital: stopy oparte na kominku, krzesło balansujące na tylnych nogach (to zwyczaj siedzenia, którego, jak później odkryłem, szczególnie nie znosił), poranne pantofle na nogach (uważał je za element nieporządku, wprost „z sypialni”, który najbardziej nie przystoi gentlemanowi). Słowem, właśnie z tego, jak się później dowiedziałem, wynikło jego uprzedzenie do mnie, był zbulwersowany moim wyglądem w czasie tej jego pierwszej wizyty.

Odłożyłem książkę i zerwałem się z miejsca, by go przyjąć. Stał, trzymając kapelusz i laskę w ręku:
- Wyruszam na poranny obchód pacjentów. Jeśli zechciałby pan mi towarzyszyć w tym zajęciu, mógłbym pana przedstawić kilku z naszych przyjaciół.
Wyczułem słaby odcień chłodu, wywołanego rozczarowaniem moim zachowaniem, chociaż nie wyobrażał sobie wcale, że to mogłoby być w jakikolwiek sposób wyczuwalne.
- Będę zaraz gotowy, proszę pana – powiedziałem i pomknąłem do sypialni, szczęśliwy, że mogę uciec sprzed jego uważnych oczu.

Kiedy powróciłem, uświadomiłem sobie, sądząc z przeróżnych małych pokasływań i niepewnych westchnień, że mój strój go nie zadowalał. Stałem gotowy do drogi, z kapeluszem i rękawiczkami w dłoniach, ale on wciąż nie proponował, byśmy wyruszyli na obchód. Byłem coraz bardziej czerwony i spocony:
- Proszę mi wybaczyć, mój drogi młody przyjacielu, ale czy mogę zapytać, czy nie ma pan innego płaszcza poza tym „żakietem” - chyba tak go nazywacie. My, tu w Duncombe, jesteśmy dość pedantyczni w kwestii moralności i wiele zależy od pierwszego wrażenia. Bądźmy profesjonalistami, mój drogi panie. Czarny kolor jest odpowiedni w naszym zawodzie. Proszę wybaczyć, że mówię tak otwarcie, ale postawiłem siebie w roli pana rodzica.

Był tak miły, tak delikatny, i w istocie, tak przyjacielski, że czułem, że to byłoby dziecinne obrażać się, ale w sercu poczułem lekką urazę za sposób, w jaki byłem traktowany. Jednakże wymamrotałem:
- Och, z pewnością, proszę pana. Jeśli pan tak sobie życzy. – I zawróciłem raz jeszcze, aby zmienić mój płaszcz – mój nieszczęsny żakiet.
- Te płaszcze, proszę pana, nadają mężczyźnie zbyt sportowy wygląd, nieodpowiedni dla medycznej profesji. Wygląda to tak, jakby pan się wybierał na polowanie, a nie był Galenem czy Hipokratesem z sąsiedztwa (2).
Uśmiechał się uprzejmie, więc stłumiłem westchnienie, gdyż, żeby powiedzieć prawdę – w istocie oczekiwałem wypadów na polowanie – czym chwaliłem się w Guys Hospital – w końcu Duncombe był jednym z okręgów sławnych z polowań.

Ale wszystkie te myśli zniknęły, kiedy pan Morgan zaprowadził mnie na podwórze do handlarza koni, który udawał się na pobliski targ, i zdecydowanie poradził mi – co w naszych stosunkach oznaczało nakaz – zakup niewielkiego, krępego, użytkowego, szybko kłusującego, brązowego konika zamiast pięknego, wspaniałego konia, „który mógł wziąć każdą przeszkodę”, jak zapewniał sprzedawca. Pan Morgan był wyraźnie zadowolony, kiedy zaakceptowałem jego wybór, porzucając wszelkie nadzieje na okazjonalne polowania.

Po tym zakupie stał się bardziej otwarty. Opowiedział o swoim planie urządzenia mnie w moim własnym domu, który wyglądałby godnie, by nie powiedzieć, że bardziej profesjonalnie niż obecna kwatera. Potem wspomniał, że niedawno stracił przyjaciela, chirurga z sąsiedniego miasta, który pozostawił wdowę z niewielkim dochodem, której byłoby miło zamieszkać wraz ze mną i być moją gospodynią, co zmniejszyłoby wydatki.
- Ona jest damą – podkreślił pan Morgan - sądząc z tego, co widziałem; ma około 45 lat i może być pomocna w kwestiach dotyczących etyki pana profesji. Drobne, delikatne, uprzejme rady, które każdy człowiek powinien poznać, jeśli chce robić postępy w życiu.

- To dom pani Munton – powiedział, zatrzymując się przed zupełnie nie romantycznie wyglądającymi zielonymi drzwiami z mosiężną kołatką.
Nie miałem czasu, żeby zapytać, kim jest pani Munton, gdyż zaraz usłyszałem, że pani jest w domu i wkrótce podążaliśmy za schludną, starszą służącą po wąskich, wyłożonych dywanem schodach, wprost do salonu.
Pani Munton była wdową po pastorze, miała przeszło sześćdziesiąt lat i była nieco głucha, ale jak wszyscy niedosłyszący, których znałem, lubiła mówić. Być może dlatego, że znała temat, który, kiedy kto inny zaczynał mówić, stawał się jej nieznany. Była chronicznie chora, co często uniemożliwiało jej wychodzenie, więc uprzejmi mieszkańcy miasta mieli w zwyczaju odwiedzać ją i przynosić jej najnowsze wieści i lokalne nowinki. Jej pokój był więc centrum duncombskich plotek – nie skandali, och nie! – bo muszę podkreślić różnicę między plotką a skandalem. Teraz możesz wyobrazić sobie ogromną przepaść między wyobrażoną a realną panią Munton. W miejsce niemądrej wizji pięknej, kwitnącej wdowy, czule zatroskanej zdrowiem obcego przybysza, zobaczyłem niezbyt ładną, gadatliwą starszą osobę o przenikliwym, bacznym spojrzeniu i z oznakami cierpienia na twarzy, zwyczajną w zachowaniu i sposobie ubierania się, ale wciąż, niewątpliwie - damę.

Rozmawiała z panem Morganem, ale spoglądała na mnie. Wiedziałem, że nic nie ujdzie jej uwadze. Pan Morgan irytował mnie tym, że zależało mu na tym, by się mną pochwalić, wyciągał każdą okoliczność, która mogła przynieść mi chlubę w oczach pani Munton, wiedząc dobrze, że ten herold miejski miał wiele sposobności, by rozgłaszać wszystko, czego się o mnie dowiedziała.

- Co to była za uwaga, którą mi pan opowiedział dotycząca sir Astleya Coopera? – zapytał.

To była najmniejsza błahostka na świecie, którą wypowiedziałem, gdy podążaliśmy razem, i czułem się zawstydzony, że muszę ją powtórzyć, ale odpowiadało to zamysłom pana Morgana, bo zanim zapadła noc, całe miasto już wiedziało, że byłem pupilem Sir Astleya (widziałem go ledwie dwa razy), i że pan Morgan obawia się, że skoro tylko pozna moją pełną wartość, ja zaangażuję się u Sir Astleya, by towarzyszyć mu w obowiązkach lekarza rodziny królewskiej (3).

Każda najmniejsza wzmianka prowadziła do rozmowy, która mogła przydać mi ważności:
- Kiedyś usłyszałem uwagę Roberta Peela (4), skierowaną do pana Harrisona, ojca tego młodego przyjaciela: „Księżyc w sierpniu jest niezwykle jasny” - mówił pan Morgan.

Czy pamiętasz, Charles? Mój ojciec był zawsze dumny, że sprzedał parę rękawiczek panu Robertowi, kiedy ten zatrzymał się w Grange, w pobliżu Biddicombe, i przypuszczam, że poczciwy pan Morgan, w tym czasie, złożył tylko jedną wizytę mojemu ojcu.
Ale pani Munton wyraźnie patrzyła na mnie z podwójnym szacunkiem po tej nieistotnej wzmiance, która wróciła do mnie kilka miesięcy później – co przyjąłem z rozbawieniem – zupełnie przemieniona, jako wiadomość, że mój ojciec był bliskim przyjacielem premiera i w rzeczywistości - jego doradcą w kwestiach publicznej wagi.

Siedziałem nieruchomo, na poły oburzony, na poły rozbawiony. Pan Morgan wydawał się tak pełen zadowolenia z całego efektu tej rozmowy, że nie chciałem tego zepsuć swoimi wyjaśnieniami. W istocie, miałem nikłe wyobrażenie, że w takim mieście jak Duncombe, mała sprawa przynosiła w rezultacie doniosłe wydarzenia.

Kiedy opuściliśmy dom pani Munton, był w mało komunikatywnym nastroju.
- Uzna to pan za ciekawy statystyczny fakt, ale właścicielami pięciu na sześć domów w Duncombe są kobiety (5). Mamy wdów i starych panien pod dostatkiem. W istocie, mój drogi panie, ja i ty to niemal jedyni gentlemani w tym miejscu, poza panem Bullockiem. Oczywiście mam na myśli fachowców. Wypada pamiętać, że tak wiele przedstawicielek kobiecej płci polega na naszej życzliwości i na opiece, którą każdy mężczyzna, wart tego miana, powinien z radością sprawować.

Panna Tomkinson, której następnie złożyliśmy wizytę, nie wydawała się osobą, która potrzebowałaby znaczącej opieki jakiegokolwiek mężczyzny. Była to wysoka, szczupła, o męskim wyglądzie kobieta, która, jak się wydawało, nie troszczyła się o siebie. Jednocześnie łagodniała i była mniej dokuczliwa, tak dalece, jak była do tego zdolna, dla pana Morgana. On, jak mi się wydawało, był pełen podziwu dla damy, która była bardzo obcesowa i otwarta i wyraźnie szczyciła się swoją stanowczością i szczerością wypowiedzi.

- Więc to jest pan Harrison, o którym tak wiele od pana słyszałam, panie Morgan? Muszę powiedzieć, że po tym co usłyszałam, oczekiwałam czegoś więcej, hmm. Ale on jest jeszcze młody, w istocie to młodzieniec. Wszystkie oczekiwałyśmy Apolla, panie Harrison, sądząc z opisu pana Morgana, i Asklepiosa w jednej osobie, lub być może powinnam się ograniczyć do Apolla, jako że był, jak sądzę, bogiem medycyny! (6)

Jak pan Morgan mógł mnie opisać, skoro mnie nigdy nie widział? Pytałem o to sam siebie.
Panna Tomkinson założyła okulary, poprawiła je na swoim rzymskim nosie. Nagle, osłabiając swoją surową czujność tych oględzin, zwróciła się do pana Morgana:
- Ale pan koniecznie musi zobaczyć Caroline. Prawie o tym zapomniałam. Jest zajęta z dziewczynkami, ale poślę po nią. Miała wczoraj niedobry ból głowy i wygląda bardzo blado. To mi się nie podoba.

Nacisnęła dzwonek i kazała służącej przyprowadzić pannę Caroline.
Panna Caroline była młodszą sierotą, młodszą o dwadzieścia lat. Była traktowana jak dziecko przez pannę Tomkinson, która miała co najmniej pięćdziesiąt pięć lat. Skoro była uważana za dziecko, była także pieszczona i hołubiona jak dziecko, dlatego pozostawała pod opieką starszej siostry. Kiedy ojciec umarł i musiały założyć szkółkę, panna Tomkinson wzięła na siebie wszystkie trudy przygotowań i odmawiała sobie każdej przyjemności, czyniąc poświęcenie, aby "dziecko" nie odczuło zmiany warunków. Moja żona mówiła mi, że dowiedziała się, że kiedyś siostry zakupiły sztukę jedwabiu na tyle dużą, że można było uszyć z niej dwie suknie. Ale Caroline zapragnęła falbanek, więc panna Tomkinson bez słowa zrezygnowała ze swojej, aby cały materiał został wykorzystany na wymarzoną suknię dla Caroline, i założyła swoją starą sfatygowaną tak pogodnie, jakby to był genueński aksamit. To świadczy o relacjach między siostrami, tak dobrze, jak nic innego. Uważałem się za na tyle bystrego, by wyrobić sobie opinię na ten temat dość wcześnie, i to na długo, zanim odkryłem prawdziwą zacność panny Tomkinson i zanim mieliśmy wielką sprzeczkę.

Panna Caroline, kiedy weszła, wyglądała na bardzo delikatną i słabą. Była w takim samym stopniu łagodna i sentymentalna, w jakim panna Tomkinson - twarda i męska. I miała zwyczaj mówienia: „Och, siostro, jak tak można?” – gdy słyszała, że panna Tomkinson zaczyna swoje zadziwiające przemowy - czego nigdy nie lubiłem, zwłaszcza, że towarzyszyły temu pełne protestu spojrzenia na obecne przy tym towarzystwo, tak jakby pragnęła, żeby zrozumiano, że była wstrząśnięta niestosownym zachowaniem siostry. Tak więc, nie było solidarności między siostrami. Protest na osobności mógłby być czymś dobrym, chociaż – jeśli o mnie chodzi – zaczynałem lubić przemowy i sposób bycia panny Tomkinson, ale nie lubię zachowania niektórych ludzi, którzy odcinają się od tego, co w ich pojęciu może być niepopularne.

Zdaję sobie sprawę, że odpowiedziałem nieco zdawkowo na pytanie panny Caroline, czy czuję różnicę miedzy „wielką metropolią” a małą wioską: po pierwsze, czemu ona nie może użyć słów „Londyn” lub „miasto” i poprzestańmy na tym; po drugie – dlaczego nie lubi miejsca, które było jej domem, na tyle, by wyobrazić sobie, że każdy mógłby je polubić, kiedy pozna je tak jak ona.

Byłem świadomy swojej bezceremonialności w rozmowie z nią i widziałem, że pan Morgan patrzył na mnie, chociaż udawał, że słucha panny Tomkinson, która cichutko zdawała mu relację dotyczącą objawów siostry. Ale kiedy byliśmy już na ulicy, zaczął mówić:
- Mój drogi, młody przyjacielu…

Skrzywiłem się. W czasie tego ranka mogłem zaobserwować, że kiedy zamierzał udzielić mi jakiejś gorzkiej rady, zaczynał przemowę od słów: „Mój drogi, młody przyjacielu”. Tak właśnie postąpił w przypadku zakupu konia.

- Mój drogi, młody przyjacielu. Jest jedna lub dwie wskazówki, których muszę panu udzielić względem pańskiego zachowania. Wielki Sir Edward Home (7) zwykł mówić: „Lekarz powinien mieć dobre maniery lub złe”. W tym drugim przypadku, musi posiadać talent i umiejętności wystarczające do tego, by sprawić, że będzie poszukiwany przez pacjentów, niezależnie od swojego sposobu bycia. Ale niegrzeczność przysporzy złej sławy jego kwalifikacjom. Abernethy (8) jest tu przykładem. Ja sam, ma się rozumieć, kwestionuję złe maniery. Dlatego uczyłem się grzeczności, która łączy spokój i takt z troskliwym szacunkiem i zainteresowaniem. Nie jestem pewien, czy osiągnąłem (niewielu to się udało) mój ideał, ale polecam panu dążenie do takich manier, szczególnie odpowiadających naszej profesji. Identyfikuj się ze swoimi pacjentami, mój drogi panie. Jestem pewien, że ma pan w swoim sercu tyle współczucia, by czuć ból, kiedy pan słyszy relacje o cierpieniach, i je uśmierzać, gdy dostrzegą wyraz tego uczucia w pana zachowaniu. To są, w istocie, proszę pana, maniery, które tworzą człowieka w naszym zawodzie. Nie stawiam samego siebie jako przykładu, jestem daleki od tego, ale… To pan Huston, nasz pastor, jeden z jego służących jest niedysponowany i będę miał przyjemność mu pana przedstawić. Wrócimy do tej konwersacji w innym czasie.

Nie byłem świadomy, że prowadziliśmy konwersację, do której, jak przypuszczam, potrzebne są dwie osoby. Czemu pan Huston wczorajszego wieczoru nie wysłał zapytania o moje zdrowie, zgodnie z lokalnym zwyczajem? Czułem się tym trochę urażony.

---------------------------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Wszystkie zdjęcia pochodzą z miniserialu: "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. jemmy – krótki łom stalowy.
2. Galen, właściwie Claudius Galenus (ok. 130 - 200 n.e.) – rzymski lekarz greckiego pochodzenia, wybitny anatom, utalentowany badacz i pisarz, jeden z najznakomitszych starożytnych lekarzy, wywarł olbrzymi wpływ na rozwój nauk medycznych w średniowieczu i odrodzeniu.
Hipokrates z Kos (ur. ok. 460 p.n.e. na wyspie Kos, zm. ok. 370 p.n.e. w Larysie) - lekarz grecki, jeden z najwybitniejszych prekursorów współczesnej medycyny, obdarzony przydomkiem "ojca medycyny".
3. Sir Astley Cooper (1768-1841) był słynnym lekarzem w Guys Hospital w Londynie.
4. Sir Robert Peel był konserwatywnym premierem w latach 1834-35 oraz 1841-41.
5. Warto porównać podobne stwierdzenie z powieści Elizabeth Gaskell „Cranford”:
„Cranford jest we władaniu Amazonek; kobiety rządzą we wszystkich domach o nieco wyższym czynszu”.
6. Apollo - w mitologii greckiej syn Zeusa i Leto. Uważany za boga piękna, światła, życia, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patrona sztuki i poezji, przewodnika muz.
Asklepios - grecki bóg, opiekun sztuki lekarskiej. Jego rzymskim odpowiednikiem był Eskulap.
7. Sir Edward Home (1756-1832) – znany chirurg
8. John Abernethy (1764-1831) – znany chirurg, uważany za nadpobudliwego.

czwartek, 3 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 1

Rozdział 1

Ogień płonął wesoło. Moja żona udała się właśnie na górę, aby położyć dziecko do łóżka. Charles siedział naprzeciw mnie, przystojny i opalony. Przyjemnie było pomyśleć, że spędzimy kilka tygodni pod tym samym dachem, nie robiliśmy tego od czasu, kiedy byliśmy chłopcami. Czułem się zbyt leniwy, by rozmawiać, więc jadłem orzechy włoskie i patrzyłem na ogień. Ale Charles zaczął się niecierpliwić.

- Teraz kiedy twoja żona jest na górze, Will (1), musisz mi opowiedzieć o tym, o co chciałem cię zapytać, odkąd zobaczyłem ją tego ranka. Powiedz mi, jak się do niej zalecałeś i jak ją zdobyłeś. Chciałbym, żebyś podał mi przepis na to, jak znaleźć tak uroczą żonę. Twoje listy zawierały tylko minimum szczegółów, więc teraz opowiedz mi wszystko dokładnie.
- Jeśli opowiem ci wszystko, to będzie długa historia.
- Nie obawiaj się. Jeśli poczuję się zmęczony, zasnę i będę śnił, że znowu jestem samotnym kawalerem w Cejlonie i obudzę się, kiedy skończysz mówić, wiedząc, że jestem pod twoim dachem. No dalej, chłopie! „Był sobie raz młody, dzielny kawaler...” Taki jest początek.

- Dobrze więc. „Był sobie raz młody, dzielny kawaler, który zastanawiał się, gdzie osiąść, kiedy zakończył swoją edukację chirurga”. Nie, jednak muszę mówić w pierwszej osobie, nie mogę kontynuować tej historii jako dzielny młodzieniec:

Przestałem odwiedzać szpitale, kiedy wyjechałeś do Cejlonu i, jeśli pamiętasz, chciałem wyjechać za granicę tak jak ty. Zastanawiałem się, czy nie ofiarować swoich usług jako chirurg okrętowy. Ale stwierdziłem, że stracę swoją pozycję zawodową. Więc wahałem się, i w tym czasie otrzymałem list od kuzyna mojego ojca, pana Morgana, tego starszego gentlemana, który zwykł pisać długie listy z dobrymi radami dla mojej matki, i który przysłał mi pięciofuntowy banknot, kiedy zgodziłem się terminować u pana Howarda, zamiast udać się na morze.

Wydawało się, że stary gentleman od początku myślał o tym, że weźmie mnie jako swego wspólnika, jeśli okażę się dość dobry w swojej profesji. Więc kiedy otrzymał o mnie pomyślne wieści od swego starego przyjaciela, który był chirurgiem w Guys Hospital w Londynie, napisał list z następującą propozycją: miałem otrzymywać jedną trzecią zysku przez pięć lat, potem połowę, w końcu miałem przejąć po nim całość. To nie była zła oferta dla kogoś takiego jak ja, bez grosza przy duszy. Bo choć nie znałem go osobiście, pan Morgan miał świetną wiejską praktykę. Miałem o nim dobre zdanie jako o honorowym, życzliwym, energicznym i nieco wścibskim starym kawalerze. I było to trafne wrażenie, o czym przekonałem się pół godziny po tym, jak go zobaczyłem.

Wyobrażałem sobie, że będę mieszkał w jego domu, jako że był kawalerem i przyjacielem rodziny, ale jak sądzę, obawiał się, że spodziewam się takiego rozwiązania, gdyż kiedy podszedłem pod jego drzwi wraz z bagażowym, który dźwigał moją walizkę, on wyszedł do mnie na schody i podczas gdy trzymał moją rękę i potrząsał nią, powiedział do bagażowego:” Jerry, jeśli chwilę poczekasz, pan Harrison będzie gotów, by pójść z tobą do jego mieszkania, wiesz, do Jocelyn” – potem, zwracając się do mnie, wypowiedział kilka słów powitania. Byłem skłonny myśleć, że jest osobą niegościnną, ale później zrozumiałem go lepiej.

- Dom Jocelynów – powiedział – to najlepsze miejsce, jakie mogłem znaleźć w tym pośpiechu. Jest sporo pracy, dużo przypadków duru brzusznego, co sprawia, że oczekiwałem twojego przyjazdu w tym miesiącu – lekka odmiana tyfusu panuje w najstarszych częściach miasta. Myślę, że poradzisz sobie z tym ciągu tygodnia lub dwóch. Dałem swobodę mojej gospodyni, w wyborze rzeczy, które mogą sprawić, że twoja kwatera będzie przytulniejsza – wyściełany fotel, pudło na preparaty medyczne i coś tam do jedzenia. Jeśli pójdziesz za moją radą, mam plan, który moglibyśmy przedyskutować jutro rano. Ale teraz nie chciałbym cię zatrzymywać dłużej na schodach, więc możesz udać się już do swojego mieszkania, gdzie, jak przypuszczam, moja gospodyni czeka na ciebie z herbatą.

Uważałem, że niepokój starego gentlemana odnosi się do jego zdrowia, które stawiał ponad troskę o moje zdrowie, gdyż miał na sobie luźny płaszcz, ale nie miał na głowie kapelusza. Ale zdumiałem się, że nie zaprosił mnie do środka, lecz przyjął mnie na schodach. Zrozumiałem w końcu, że błędnie przypuszczałem, że obawiał się przeziębienia, on tylko nie chciał, żebym zobaczył go w negliżu. Z powodu jego pozornej niegościnności, nie odwiedzałem go długo w Duncombe, zanim nie doświadczyłem wygody posiadania domu, w którym, jak w zamku, nikt nam nie powinien przeszkadzać. Znalazłem wyjaśnienie zwyczaju pana Morgana, który przyjmował każdego w drzwiach. To był jedynie wynik nawyku, który sprawił, że i mnie tak przyjął. Wkrótce miałem swobodny dostęp do jego domu.
W moim mieszkaniu dostrzegłem oznaki uprzejmej uwagi i zapobiegliwości ze strony kogoś, tą osobą był bez wątpienia pan Morgan.

Byłem zbyt leniwy, by zająć się czymś więcej tego wieczoru, więc usiadłem przy małym oknie wykuszowym, które wystawało ponad sklep Jocelynów i patrzyłem na ulicę.
Duncombe określa się mianem miasta, ale powinienem nazwać je wsią. W istocie, patrząc z tego miejsca, to naprawdę malownicze miejsce. Domy nie są zwyczajne. Mogą być nieciekawe i liche w szczegółach, ale razem wyglądają dobrze. Nie mają płaskiej, monotonnej fasady, jak w wielu pretensjonalnych miastach. Gdzieniegdzie widać okno wykuszowe – każde jest nowe – potem szczyt, który wznosi się w kierunku nieba – od czasu do czasu piętro, co daje efekt gry światłocienia na ulicy. Mają tu dziwną modę swoistego barwienia mlekiem wapiennym niektórych domów, odcieniem przypominającym różową bibułę, lub bardziej - kamienie w Moguncji. To mógł być zły gust, ale w moich oczach nabierały one bogatego, barwnego ciepła.

W niektórych miejscach domy miały podwórze na froncie, z trawnikiem po obu stronach chodnika, i z szerokimi trzema lub dwoma drzewami – lipami czy kasztanowcami, które swoimi górnymi gałęziami rzucały cień na chodniki, tworząc, podczas letnich deszczów, okrągłe plamy cienia.
Gdy siedziałem przy wykuszowym oknie, myśląc o kontraście między tym miejscem a mieszkaniem w sercu Londynu, które opuściłem ledwie dwanaście godzin temu – tu w środku miasta wpadały przez otwarte okno jedynie zapachy pachnącej rezedy ze skrzynek stojących na parapecie – zamiast kurzu i dymu z ulicy. A jedyny dźwięk, który dało się słyszeć na tej głównej ulicy, to głosy matek wołających swoje bawiące się dzieci do łóżek. Bicie dzwonu z wieży starego parafialnego kościoła przypominało o tym, że nadeszła pora wieczornego spoczynku i gaszenia świateł.

Gdy tak siedziałem leniwie, drzwi otworzyły się i mała służąca, dygnąwszy, powiedziała:
- Proszę przyjąć wyrazy uszanowania od pani Munton. Bardzo chciałaby się dowiedzieć, jak pan się czuje po podróży.

No proszę! Czy to nie było serdeczne i miłe? Nawet najlepszy kumpel z Guys Hospital nie pomyślałby o takiej uprzejmości. Gdy tymczasem pani Munton, której nazwiska nigdy dotąd nie usłyszałem, bez wątpienia odczuwałaby niepokój, dopóki nie przyniesie jej ulgi wiadomość, że mam się dobrze.

- Proszę przekazać pani Munton wyrazy uszanowania. Czuję się nieźle, jestem wielce obowiązany.

Dobrze było powiedzieć tylko „nieźle” zamiast „bardzo dobrze”, bo to ostatnie mogło zniweczyć zainteresowanie pani Munton, które przejawiała względem mojej osoby. Dobra pani Munton! Serdeczna pani Munton! Być może, także – młoda – ładna – bogata - owdowiała pani Munton. Zacierałem dłonie z zadowoleniem i radośnie, i wracając na moje stanowisku obserwacyjne, zacząłem się zastanawiać, w którym domu mieszka pani Munton.

Znowu lekkie pukanie do drzwi i mała służąca powiedziała:
- Proszę przyjąć wyrazy uszanowania od panien Tomkinson. Chciałyby się dowiedzieć, jak się pan czuje po podróży.

Nie wiem z jakiego powodu, ale nazwisko panien Tomkinson nie było już otoczone takim nimbem, jak nazwisko pani Munton. Wciąż było jednak bardzo miło, że wysłały pozdrowienia i zapytanie. Tyle, że nie chciałem się czuć tak doskonale zdrowy. Byłem wystarczająco zawstydzony, nie mogąc odesłać wiadomości, że jestem wyczerpany. Gdybym tylko miał ból głowy! Oddychałem głęboko, moja pierś pracowała doskonale, nie przeziębiłem się, więc odpowiedziałem ponownie:
- Jestem bardzo zobowiązany pannom Tomkinson. Nie jestem zmęczony, czuję się znośnie. Przesyłam ukłony.

Mała Sally ledwie zeszła na dół, a już wracała rumiana i zdyszana:
- Pan i pani Bullock przesyłają wyrazy uszanowania. Mają nadzieję, że dobrze pan zniósł podróż.

Któż mógłby oczekiwać takiej uprzejmości od kogoś o tak mało obiecującym nazwisku (2) ? Pan i pani Bullock byli mniej interesujący, to fakt, niż ich poprzednicy, ale z wdzięcznością odpowiedziałem:
- Proszę przekazać ukłony ode mnie. Sądzę, że noc sprawi, że odzyskam wszystkie siły.

Tę samą wiadomość otrzymałem jeszcze od jednej czy dwóch życzliwych dusz. Naprawdę wolałbym nie być tak rumiany i zdrowy. Obawiałem się, że mogę rozczarować czułych mieszkańców miasta, kiedy zobaczą, jaki ze mnie krzepki młodzieniec.
Byłem niemal zawstydzony, przyznając się, że mam ochotę na kolację, gdy Sally zjawiła się z zapytaniem, czego potrzebuję. Befsztyki były bardzo kuszące, ale być może powinienem raczej zjeść kleik owsiany na wodzie i położyć się do łóżka. Befsztyki wytrzymają jeden dzień.

Nie musiałem czuć takiej radości, bo mieszkańcy miasta składają wizytę każdemu, kto tu przybywa. Wielu z tych samych ludzi przysłało zapytanie o ciebie, Charles – potężnego, opalonego chłopa, jakim jesteś – tylko Sally oszczędziła ci kłopotu wymyślania interesujących odpowiedzi.

--------------------------------------------------------
1. Will, później jest nazywany Frankiem.
2. "Bullock" po angielsku to wół.
-----------------------------------------------------
Fotografie pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007).

Tłumaczenie: Gosia

Wyznania pana Harrisona (Mr Harrison`s Confessions)


"Mr Harrison`s Confessions" to jedno z trzech opowiadań Elizabeth Gaskell, które posłużyło twórcom miniserialu "Cranford" do napisania scenariusza. Miłosne i zawodowe perypetie młodego doktora świetnie wpisały się w atmosferę tytułowego miasteczka, choć w rzeczywistości akcja tego opowiadania Gaskell toczy się w mieście Duncombe.

Ta nowela (czy też dłuższe opowiadanie) powstała w 1851 roku i może być uznana jako wstęp właśnie do powieści "Cranford". Jest tak samo jak następczyni, pełna dobrotliwego humoru.

Gaskell miała spore doświadczenie, opisując życie w prowincjonalnym miasteczku, gdyż sama przez wiele lat mieszkała w Knutsford, gdzie między innymi mogła obserwować życie i praktykę swego wuja, doktora Petera Hollanda.

Fabuła "Mr Harrison`s Confessions" jest prosta. Młody człowiek, kawaler, po ukończeniu studiów i praktyki w szpitalu w Londynie, przybywa do małego miasteczka i tam, wchodząc w nowe środowisko, powoduje szereg zawirowań w życiu mieszkańców, a raczej samotnych mieszkanek (panien i wdów), a także w swoim własnym, gdyż to swoista komedia pomyłek i nieporozumień. Staje się on nieświadomie ofiarą małomiasteczkowych plotek.

Ale nie będę pisać dalej, trzeba to przeczytać samemu. Postanowiłam przetłumaczyć tą pełną humoru opowieść, tym bardziej, że wiele z nas ma jeszcze w pamięci miniserial BBC "Cranford", który tak bardzo nam się spodobał, a tam wątek doktora Harrisona (grał go Simon Woods) był miłym dodatkiem do całej, jakże interesującej i pełnej wzruszeń, historii.

1. Na zdjęciu Simon Woods jako dr Harrison w miniserialu "Cranford" (BBC 2007)