Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

środa, 16 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 7

Rozdział 7


Zostałem zbudzony ze snu w środku nocy przez posłańca z probostwa. Mały Walter miał krup (1), a pan Morgan został wysłany na wieś. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na cichą, małą ulicę. Światło świeciło na górze w probostwie, w pokoju dziecinnym. Służąca, która otworzyła drzwi, gdy tylko zastukałem, płakała ze smutkiem i z trudem mogła odpowiadać na moje pytania, kiedy szedłem na górę zobaczyć mojego małego ulubieńca.

Pokój dziecinny było to duże, szerokie pomieszczenie. W przeciwległym końcu pokoju paliło się światło świecy, które sprawiało, że pozostała część, gdzie znajdowały się drzwi, była pogrążona w cieniu. Przypuszczam więc, że niania nie wiedziała, że wszedłem do środka, gdyż mówiła ze złością:
- Panno Sophy – powiedziała – mówiłam panience wielokrotnie, że on nie powinien jechać tam z chrypką, a panienka nie powinna zabierać go ze sobą. Wiem, że to złamie serce tacie panienki, ale to nie ja do tego doprowadziłam.

Cokolwiek Sophy czuła, nic na to nie odpowiedziała. Klęczała przy wanience z ciepłą wodą, w której mały chłopiec z trudem łapał powietrze, z wyrazem przestrachu na twarzy, który często widziałem u małych dzieci, które zmogła nagła i gwałtowna choroba. Wydawało się, jakby rozpoznawały coś nieskończonego i niewidzialnego, na czyj rozkaz przychodził ból i męka, przed czym żadna miłość nie mogła ich ochronić.

To bardzo rozdzierający serce widok, gdyż widać go na twarzy tych, którzy są zbyt młodzi, by mogli przyjąć pociechę ze słów wiary lub obietnicę religii.
Walter swoimi rączkami otoczył szyję Sophy, jakby ona, dotąd jego anioł z raju, mogła uratować go przed ponurym cieniem Śmierci.
Tak! Śmierci!


Ukląkłem przy nim po drugiej stronie i badałem go. Prawdziwej sile jego ciała zadawała gwałt choroba, która jest zawsze jedną z najbardziej przerażających dla dzieci w jego wieku.
- Nie bój się, Watty – powiedziała Sophy, kojącym głosem – to pan Harrison, kochanie, który pozwolił ci jechać na swoim koniu.

Mogłem wyczuć drżenie w jej głosie, któremu próbowała nadać ton spokojny i miękki, aby ukoić strach małego chłopca. Wyciągnęliśmy go z wanny, a ja poszedłem po pijawki (2).

Tymczasem nadszedł pan Morgan. Kochał dzieci pastora, jakby był ich wujkiem, ale teraz stanął nieruchomy i osłupiały na widok Waltera – tak ostatnio promiennego i silnego, a teraz bliskiego strasznej zmiany – pędzącego ku cichej, tajemniczej krainie, gdzie będzie doglądany i pielęgnowany, tak samo jak na ziemi, ale musi pójść tam sam.
Mały chłopczyk! Kochany!

Położyliśmy pijawki na jego gardle. Na początku protestował, ale Sophy – niech Bóg ją błogosławi! – odsuwając na bok swoje cierpienie i żal, i myśląc tylko o nim, zaczęła śpiewać piosenki, które lubił.

Wciąż staliśmy nieruchomo. Ogrodnik pobiegł po pastora, ale on był dwanaście mil stąd i wątpiliśmy, czy zdąży na czas. Nie wiedziałem, czy inni mają nadzieję, ale oczy pana Morgana spotkały się z moimi i wiedziałem już, że on, tak samo jak ja, nie ma żadnej.


Tykanie zegara rozległo się wśród ciemności cichego domu. Walter spał, a czarne pijawki wisiały jeszcze na jego ślicznej, białej szyi.
Zastygła w bezruchu Sophy nuciła kołysanki, które dotąd śpiewała w innych, szczęśliwszych warunkach. Pamiętam tekst jednej z nich, gdyż uderzyła mnie w tym czasie, bo w dziwny sposób odpowiadała tej chwili.

„Śpij dziecinko, śpij,
Nad twoim snem czuwać będą aniołowie
Gdy na trawie owca paść się będzie
Ty już nigdy bólu nie doznasz
Śpij, dziecinko, śpij”.


W oczach pana Morgana pojawiły się łzy. Nie sądziłem, by którykolwiek z nas mógł coś mówić swoim zwykłym głosem, ale dzielna dziewczyna śpiewała czysto, choć słabym głosem. W końcu powstała i podniosła wzrok:
- Jest mu lepiej, czyż nie? Panie Morgan?
- Nie, moja droga. On jest … hmmm… – nie mógł mówić. Po chwili dopiero odezwał się znowu. – Moja droga. Wkrótce będzie mu lepiej. Pomyśl o swojej mamie, moja droga panienko Sophy. Ona będzie bardzo się cieszyła, że jedna z jej ukochanych osób jest już przy niej, bezpieczna.


Ona wciąż nie płakała. Ale pochyliła się do małej twarzyczki i pocałowała ją czule.
- Pójdę po Helen i Lizzie. Będzie im przykro, gdy nie zobaczą go ponownie.

Podniosła się i poszła po nie. Biedne dziewczęta weszły w swoich szlafrokach, z oczami rozszerzonymi nagłym wzruszeniem, blade z przerażenia, skradając się cicho, jakby jakiś dźwięk mógł mu przeszkadzać. Sophy uspokoiła je łagodną pieszczotą.
Wkrótce wszystko się skończyło.

Pan Morgan niemal płakał jak dziecko. Ale uważał, że koniecznie musi mnie za to przeprosić.
- Jestem wykończony wczorajszą pracą, proszę pana. Miałem jedną czy dwie złe noce, i one wytrąciły mnie z równowagi. Kiedy byłem w pana wieku, byłem silny, dzielny jak każdy i gardziłem wylewaniem łez.

Sophy podeszła do miejsca, gdzie staliśmy.
- Panie Morgan. Jest mi tak przykro z powodu taty. Jak ja mu to powiem?


Walczyła z własnym cierpieniem, ze względu na ojca. Pan Morgan zaproponował, że poczeka na niego i wydawało się, że była wdzięczna za tę propozycję.
Ja, nowy znajomy, prawie obcy, nie mogłem zostać dłużej.

Ulica była cicha, jak zawsze, nawet ciemność była taka sama, bo nie było jeszcze nawet czwartej. Ale tej nocy jedna dusza odeszła.

Ze wszystkich, których znałem i ze wszystkich, o których wiedziałem, pastor i jego córka walczyli o to najbardziej, by dać pociechę innym. Każda myśl o cierpieniu innych, każda modlitwa była w intencji innych ludzi, a nie ich samych. Widzieliśmy ich, jak idą przez wieś i słyszeliśmy o nich w domkach ubogich. Ale to było jakiś czas przedtem, zanim udało mi się znowu spotkać kogoś z nich. A potem poczułem, że jest coś nie do opisania w ich zachowaniu wobec mnie, że jestem jednym z ”właściwych ludzi, których Bóg uczynił drogimi”.
Ten jeden dzień w starej hali to sprawił. Byłem, być może, ostatnią osobą, która sprawiła biednemu, małemu chłopcu jakąś niezwykłą radość.

Biedny Walter! Gdybym mógł uczynić więcej, aby jego krótkie życie było szczęśliwe!

----------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Krup - inaczej dławiec, błonica. Choroba zakaźna, która występuje w pierwszych latach życia. Przenosi się głównie drogą kropelkową. Głównym czynnikiem chorobotwórczym jest wytwarzany przez niektóre szczepy bakterii maczugowca błonicy jad - toksyna błonicza.
2. Pijawki były niegdyś powszechnie stosowane do upuszczania krwi, jako "lekarstwo" na wiele chorób, co z reguły przynosiło pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Obecnie powszechnie wraca się do tej metody jako hirudoterapia - element medycyny alternatywnej, chociaż nie wykazano jej skuteczności w leczeniu żadnych schorzeń poza niektórymi przypadkami terapii stosowanej po przeszczepach kończyn. Jest to metoda obarczona ryzykiem, ze względu na możliwość przenoszenia chorób i pasożytów.
3. 1 list św. Piotra 2:9
Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem.

wtorek, 15 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 6

Rozdział 6

Panna Bullock stała na brzegu, patrząc smętnie, jak sądziłem, na wodę. Czyjś śmiech dochodził z łódki, która zatrzymała się wśród dużych, ładnych łodyg lilii wodnych „z powodu wiatru”, jak wyjaśniali, (tak naprawdę nikt nie wiedział, jak się wiosłuje, a łódź była nieporęczna, bo płaskodenna).
Panna Bullock nie widziała, że podszedłem do niej.
Kiedy powiedziałem, w jakim celu tu jestem, podniosła swoje wielkie, ciężkie, smutne oczy i spojrzała na mnie przez chwilę. Uderzyło mnie to, że spodziewała się znaleźć na mojej twarzy jakiegoś wrażenia, którego tam nie było, co przyniosło jej ulgę. Była bardzo blada, wyglądała na nieszczęśliwą, ale bardzo spokojną. Nie miała miłego sposobu bycia, ale w każdym razie nie była ani napastliwa, ani śmiała.

Zawołałem grupę na łódce, a oni dość powoli popłynęli w naszym kierunku przez szerokie, zielone liście lilii wodnych. Kiedy byli już blisko, zobaczyliśmy, że nie było dla nas miejsca, a panna Bullock powiedziała, że jeśli chciałbym wejść do łodzi, ona woli raczej zostać na łące i pospacerować. Jestem pewien, sądząc ze spojrzenia na jej oblicze, że mówiła prawdę. Ale panna Horsman zawołała zjadliwym, ostrym głosem, uśmiechając się w nieprzyjemny i znaczący sposób:
- Och, mama będzie niezadowolona, jeśli pani nie pójdzie, panno Bullock, po tych wszystkich jej wysiłkach zaaranżowania tego miłego zdarzenia.

Po usłyszeniu tych słów biedna dziewczyna zawahała się, i w końcu, w niezdecydowany sposób, jakby nie była pewna, czy czyni właściwie, zajęła miejsce Sophy w łodzi. Helen i Lizzie wysiadły wraz z siostrą, tak więc było tam dość miejsca dla panny Tomkinson, panny Horsman i małych Bullocków, a trzy córki pastora odeszły, spacerując po łące i bawiąc się z Walterem, który był bardzo podekscytowany.

Tarcza słońca zaczęła się zniżać, a słabnące światło było piękne nad wodą. Żeby dodać tej scenie uroku, Sophy i jej siostry, stojące na zielonej trawie przed halą, zaśpiewały niemiecki kanon, którego nigdy dotąd nie słyszałem: „O wie wohl ist mir am Abend” (1) .

W końcu przybiliśmy do brzegu, aby wysiąść na trawę. Herbata i palący się ogień oczekiwały nas w hali. Ofiarowałem swoje ramię pannie Horsman, ponieważ trochę kulała, ale znowu powiedziała w ten szczególnie nieprzyjemny sposób:
- Czy nie byłoby lepiej, gdyby pan zabrał pannę Bullock, panie Harrison. To byłoby bardziej satysfakcjonujące.

Jednakże pomogłem pannie Horsman wejść na schody, a potem powtórzyła swoją radę, więc pamiętając o tym, że panna Bullock jest przecież córką tych, którzy urządzili to przyjęcie, poszedłem do niej. Chociaż przyjęła moje ramię, mogłem zauważyć, że było jej przykro, że to zrobiłem.


Hala była oświetlona wspaniałym światłem pochodzącym z dużego, starego paleniska. Słońce zachodziło, a szerokie okna przepuszczały jego niknący blask przez swoje małe, ołowiane ramy okienne, ozdobione herbami. Żona gospodarza przygotowała ogromny stół, na którym były wyłożone różne, dobre wiktuały, a ogromny czarny czajnik gwizdał na ogniu i trzaskał, wysyłając przyjemne ciepło.

Pan Morgan (który, jak odkryłem, zrobił mały obchód w sąsiedztwie, wśród swoich pacjentów) pojawił się tam także, uśmiechając się i zacierając ręce, jak zwykle. Pan Bullock, stojąc w drzwiach do ogrodu, podtrzymywał rozmowę z gospodarzem na temat różnych rodzajów nawozu. Uderzyło mnie to, że jeśli pan Bullock znał wszystkie nazwy i teorię, gospodarz za to miał praktyczną wiedzę i doświadczenie. Wiem, któremu z nich mógłbym zaufać. Myślę, że pan Bullock lubił wspominać o Liebegu (2), jak słyszałem, bo brzmiało to dobrze i to nazwisko było znane.

Pani Bullock nie była w szczególnie łagodnym nastroju. Po pierwsze, chciałem usiąść obok córki pastora, a panna Caroline zdecydowanie pragnęła znaleźć się przy moim drugim boku, obawiając się, jak miałem wrażenie, swoich ataków omdleń. Ale pani Bullock zawołała mnie na miejsce blisko swojej córki.

Przecież, pomyślałem, wyświadczyłem dość grzeczności jej córce, która była raczej zirytowana moimi atencjami, a nie nimi ucieszona, więc teraz udawałem, że jestem zajęty poszukiwaniami rękawiczek panny Caroline, które gdzieś się zapodziały, i schyliłem się pod stołem. Ale bystre i surowe oczy pani Bullock wypatrywały mojego pojawienia się na miejscu i przywołała mnie znowu:
- Trzymam to miejsce po mojej prawej stronie dla pana, panie Harrison. Jemina, usiądź wreszcie!

Podniosłem się. Próbowałem zająć się nalewaniem kawy, aby ukryć moje rozgoryczenie, ale kiedy zapomniałem nalać wody (aby ogrzać filiżankę – wyjaśniała pani Bullock) i dodać cukru, dama powiedziała, że obędzie się bez moich usług i zwróciła się do mojego sąsiada po drugiej stronie.
- Rozmowa z młodą damą bez wątpienia jest powołaniem pana Harrisona, a nie asystowanie starszej.
Przypuszczam, że to zachowanie sprawiało, że słowa wydawały się bardziej napastliwe.

Panna Horsman siedziała naprzeciwko mnie, uśmiechając się. Panna Bullock nie odzywała się, ale wydawała się bardziej przygnębiona niż dotąd. W końcu panna Horsman i pani Bullock zaczęły toczyć wojnę na aluzje, które były zupełnie dla mnie niezrozumiałe i byłem bardzo zdenerwowany moją sytuacją. Tymczasem na odległym końcu stołu pan Morgan i pan Bullock do łez rozśmieszali młodych. Swój udział w tej zabawie miał pan Morgan, który nalegał na to, by parzyć herbatę na końcu, a Sophy i Helen były zajęte wymyślaniem wszystkich możliwych przeszkód.

Pomyślałem, że honor jest dobrą rzeczą, ale wesołość lepszą. Byłem tutaj, w miejscu wyróżnionym, nie słysząc nic poza strzępami rozmów i zagadkami.

W końcu nadszedł czas powrotu do domu. Kiedy zapadł wieczór, miejsca w powozach wydawały się najlepszym i najbardziej pożądanym schronieniem. Teraz Sophy ofiarowała się pójść do breku, tyle że była zaniepokojona, tak samo jak ja, czy Walter będzie bezpieczny od wpływu białej mgły napływającej z doliny, ale mały, silny, czuły chłopiec nie chciał być rozdzielony z Sophy. Przygotowała ciepłe miejsce dla niego w kącie breku i okryła go własnym szalem, a ja miałem nadzieję, że nic mu nie będzie.

Panna Tomkinson, pan Bullock i jakaś młoda dama szli pieszo, a ja byłem uwiązany do okien powozu, bo panna Caroline prosiła mnie, by jej nie zostawiać, gdyż panicznie bała się rozbójników. A pani Bullock błagała mnie, bym patrzył czy woźnica nie wywróci ich na złej drodze, bo z pewnością wypił za dużo.

Stałem się tak poirytowany, zanim dojechaliśmy do domu, że pomyślałem, że to najbardziej nieprzyjemny dzień rozrywki, jaki kiedykolwiek spędziłem. Z trudem znosiłem niekończący się ciąg pytań pani Rose. Powiedziała mi, jednakże, że, sądząc z mojej opowieści, dzień był tak uroczy, że powinna złagodzić rygor swojego odosobnienia i zacząć bywać w towarzystwie, którego dałem tak kuszący opis. Naprawdę myślała, że jej drogi pan Rose mógłby sobie tego życzyć, a jego wola po jego śmierci powinna być prawem, tak jak to było w całym jej życiu. Zgodnie zatem z jego życzeniami, mogła nawet dokonać gwałtu na swoich własnym uczuciach.

Była bardzo dobra i miła, nie tylko troszczyła się o wszystko co, jak sądziła, mogło prowadzić do mojej wygody, ale także podejmowała się dostarczania bulionu i pożywnego jedzenia, które często ordynowałem (nazywając to fizycznym pokrzepieniem) moim najbiedniejszym pacjentom. I naprawdę nie widziałem pożytku z jej zamknięcia się z powodu zwykłego podporządkowania się etykiecie, skoro chciała wejść w małe, spokojne towarzystwo Duncombe.

Zgodnie z tym, zachęcałem ją do składania wizyt i nawet, kiedy dotyczyło to tego co - jak sądziłem - miało na względzie życzenia zmarłego pana Rose, odpowiadałem za tego szlachetnego gentlemana i zapewniałem wdowę, że jestem przekonany, że on głęboko by żałował, że daje jej powód do tak nieumiarkowanego żalu i byłby jej wdzięczny, a nie temu przeciwny, widząc próby odwrócenia jej myśli przez złożenie kilku spokojnych wizyt.
Rozweseliła się i powiedziała:
- Kiedy naprawdę tak myślałam, że powinnam poświęcić swoje własne skłonności i przyjąć następne miłe zaproszenie, które nadejdzie.

--------------------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Niemiecki tradycyjny kanon.
Oh, how good I feel in the evening,
In the evening,
When the bell rings for resting
Rings for resting
Bim! bam! bim! bam! bim! bam.

Kanon to najstarsza technika polifoniczna, oparta na ścisłej imitacji, w której melodię jednego głosu powtarzają kolejno z jednakowym opóźnieniem pozostałe głosy. Kanon to również nazwa utworu opartego na tej technice. Polskim przykładem jest „Panie Janie”.

2. Justus von Liebig (1803-1873) – niemiecki chemik. Wynalazł kostkę bulionową. Jest uważany za współtwórcę agrochemii (chemii rolnej). Nazywany jest "ojcem" nawozu, gdyż udowodnił teorię o mineralnym odżywaniu się roślin, co stało się podstawą do wytworzenia nowoczesnej chemii rolnej.

niedziela, 13 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 5

Rozdział 5

Było jedno zaproszenie, które wydawało się obiecywać dużo przyjemności. Pan Bullock (który jest prawnikiem w Duncombe) ożenił się drugi raz z damą z dużego prowincjonalnego miasta. Ona zapragnęła wytyczać modę – rzecz to łatwa do zrobienia, ponieważ każdy pragnął za nią podążać. W związku z tym zamiast wydać proszoną herbatkę na moją cześć, zaproponowała piknik w jakiejś starej hali w sąsiedztwie, i to naprawdę brzmiało dość kusząco. Wydawało się, że wszyscy pacjenci mówili o tej kwestii – zarówno ci, którzy byli zaproszeni, jak i ci, których nie zaproszono.
Budynek otaczała woda, na niej pływała łódka. W sali była galeria, z której dźwięk rozbrzmiewał wspaniale. Rodzina, do której należało to miejsce, przebywała za granicą, a kiedy przyjeżdżała do domu, zajmowała nowy i obszerniejszy budynek. W starej hali mieszkał tylko gospodarz i jego żona, i to oni zostali obarczeni przygotowaniami.

Mieszkańcy miasta byli zachwyceni, kiedy słońce zaświeciło jasno w październikowy ranek, w dniu naszego pikniku. Sklepikarze i wieśniacy się ucieszyli, kiedy ujrzeli towarzystwo zbierające się przed drzwiami pana Bullocka. Było około 20 osób – „cicha garstka” – powiedziała jego żona, ale uważałem, że jest nas wystarczająco dużo.

Była panna Tomkinson i dwie z jej młodych dam – jedna z nich należała do „ziemiańskiej rodziny” - pani Bullock powiedziała mi to szeptem - potem pojawili się pan i pani Bullock, panna Bullock i potomstwo jego obecnej żony. Panna Bullock była jedynie pasierbicą. Pani Munton przyjęła zaproszenie, żeby dołączyć do towarzystwa, co było dość nieoczekiwane dla gości, jak przypuszczam, sądząc z tego, co usłyszałem mimochodem, ale przyjęli ją serdecznie. Panna Horsman (niezamężna dama, która wróciła do domu w ostatnim tygodniu) była jeszcze jednym nieoczekiwanym gościem. I w końcu był pastor i jego dzieci. Co z panem Morganem i mną uczyniło liczbę uczestników kompletną.

Bardzo się ucieszyłem, że mogę zobaczyć kogoś jeszcze z rodziny pastora. On sam wpadał okazjonalnie na wieczorne przyjęcia, to prawda, i rozmawiał uprzejmie z nami, ale nie miał zwyczaju dostawać długo. A jego córka, jak mówił, była zbyt młoda, by składać wizyty. Od śmierci matki opiekowała się małymi siostrami i bratem, co zabierało jej dużo czasu, więc wieczory z zadowoleniem poświęcała na własną naukę.
Ale dziś było inaczej, bo Sophy oraz Helen, Lizzie i nawet mały Walter byli tutaj, i stali u drzwi pani Bullock, gdyż nikt z nas nie był na tyle cierpliwy, by siedzieć w salonie z panią Munton i starszyzną, spokojnie czekając na dwie dwukółki i brek, które miały przybyć o drugiej, a teraz był prawie kwadrans po tej godzinie. „Skandal! Słońce niedługo się schowa”.

Pełni zrozumienia sklepikarze, stojący przy swoich drzwiach, z rękami w kieszeniach, zwrócili głowy, w stronę, z której miały nadejść powozy (jak je nazywał pan Bullock). Rozległo się dudnienie po brukowanej ulicy i sklepikarze odwrócili się do nas, uśmiechnęli się i skłonili głowy, gratulując nam pikniku. Wszystkie matki i wszystkie ich małe dzieci zaraz zaczęły się gromadzić wokół drzwi, aby zobaczyć, jak wyruszamy.

Mój koń już czekał, na razie towarzyszyłem innym do ich pojazdów. Wszystko było przygotowane. Pani Munton oddano jedno z siedzeń w dwukółce. Było trochę zwlekania, ponieważ wielu młodych ludzi chciało jechać na breku – nie wiem czemu. Panna Horsman zgłosiła się jednak na ochotnika. Ponieważ była uważana za bliską przyjaciółkę pani Munton, było to, jak dotąd, satysfakcjonujące. Ale kto miał być tą trzecią – najszczuplejszą wśród starszych pań, które lubiły zamykać okna? Widziałem, że Sophy rozmawiała z Helen, a potem zgłosiła się jako trzecia. Dwie starsze panie wyglądały na zadowolone (jak każdy z obecności Sophy), tak więc powóz został zagospodarowany.

Właśnie miał wyruszyć, gdy służący z probostwa podbiegł z notatką dla swego pana. Kiedy pastor ją przeczytał, podszedł do stopni pojazdu i przypuszczalnie powiedział Sophy to, co później usłyszałem, gdy mówił do pani Bullock, że duchowny z sąsiedniej parafii zachorował i nie może poprowadzić uroczystości pogrzebowych jednego ze swych wiernych, który miał być pochowany tego popołudnia. Pastor musiał się tam udać i uprzedził, że nie wróci do domu na noc. Wydawało się, jak spostrzegłem, że to była ulga dla niektórych, których jego obecność na pikniku nieco krępowała. Pan Morgan nadszedł w tym momencie, gdyż pracował cały ranek, by być na czas i dołączyć do towarzystwa. Ogólnie biorąc pogodziliśmy się z nieobecnością pastora. Jego własna rodzina żałowała go najbardziej, jak stwierdziłem, i bardzo ich za to polubiłem. Przypuszczałem, że będzie mi przykro z powodu jego wyjazdu, bo go szanowałem, podziwiałem i czułem się zawsze bardzo dobrze w jego towarzystwie.


Panna Tomkinson, pani Bullock i moda dama zajęły kolejny powóz. Sądzę, że ta ostatnia mogłaby się raczej znaleźć w breku, z młodym i weselszym towarzystwem, ale pewnie było to uważane za poniżej jej godności. Reszta uczestników miała jechać parami na koniach i było tam najwięcej zabawy i śmiechu, i było najgłośniej. Pan Morgan i ja byliśmy konno, ale w końcu prowadziłem swego konia, a mały Walter jechał na jego grzbiecie. Jego grube, masywne nogi zwisały sztywno po obu stronach mojego krępego konika.

Chłopczyk był moim ulubieńcem, buzia mu się nie zamykała, jego siostra była bohaterką wszystkich jego opowieści. Dowiedziałem się, że zawdzięczał jej udział w tej wycieczce, bo ubłagała ojca, by pozwolił mu na nią jechać. Niania była temu przeciwna.
- Złoszczę się na starą nianię! – zawołał pewnej chwili, ale potem dodał. – Nie, nie złoszczę się, ona jest dobra. Sophy powiedziała Walterowi, że nie można złościć się na nianię.
Nie widziałem dotąd dziecka tak dzielnego. Koń przestraszył się kłody drewna. Walter zaczerwienił się, złapał się grzywy, ale usiadł prosto jak mały mężczyzna i nic nie mówił, dopóki koń się kręcił. Kiedy to się skończyło, spojrzał na mnie i uśmiechnął się:
- Nie pozwoliłby pan, by stała mi się krzywda, prawda, panie Harrison?
Był najbardziej ujmującym chłopczykiem, jakiego widziałem.

Rozlegały się często w moim kierunku okrzyki z breku:
- Och, panie Harrison, proszę przynieść nam gałąź z jeżynami, może pan dosięgnąć jej pejczem.
- Och, panie Harrison, tam są wspaniałe orzechy, po drugiej stronie żywopłotu, mógłby pan po nie zawrócić?

Pannie Caroline Tomkinson raz czy dwa razy zrobiło się słabo z powodu ruchów breka i poprosiła mnie o mój flakonik z solami trzeźwiącymi, ponieważ zapomniała swoich. Byłem rozbawiony myślą, że miałbym nosić ze sobą takie przedmioty. Potem stwierdziła, że chciałaby się przejść, wysiadła i przeszła na moją stronę drogi. Ale uznałem, że mały Walter był przyjemniejszym towarzyszem, więc wkrótce wprowadziłem konia w kłus, a tego tempa z jej delikatną konstytucją nie mogła utrzymać.

Droga do starej hali ciągnęła się wzdłuż piaszczystego pasa wysokich żywopłotów, wiąz górski rósł tam prawie nad głową.
- Skandaliczna uprawa! – stwierdził pan Bullock i tak być mogło, ale wyglądało to bardzo ładnie i malowniczo.
Drzewa były przepyszne w swoich pomarańczowych i karmazynowych odcieniach, połyskujących w jesiennym słońcu. Pomyślałem, że te kolory byłyby zbyt jaskrawe, gdybym zobaczył je na obrazie, zwłaszcza, kiedy wspięliśmy się na wzgórze po przekroczeniu małego mostka nad strumykiem (ile było śmiechu i krzyku, kiedy brek przejeżdżał przez rozpryskującą się wodę!) i moim oczom ukazały się fioletowe pasma wzgórz. Mogliśmy z tego miejsca zobaczyć starą halę z otaczającym ją z tyłu lasem i niebieską taflą wody, nieruchomej w słońcu.

Śmiechy i rozmowy wzmagają apetyt, więc kiedy dotarliśmy na polankę przed halą, rozległy się ogólne prośby o posiłek, gdyż tu przygotowano miejsce do jego spożycia.

Zauważyłem, że panna Carry wzięła pannę Tomkinson na stronę i coś do niej szeptała, po chwili starsza siostra podeszła do mnie. Byłem nieco na uboczu, zajęty przygotowaniem siedzenia z siana, które przyniosłem z poddasza gospodarza dla mojego małego przyjaciela Waltera. Był nieco zachrypnięty, a ja bałem się, że usiądzie na nieco wilgotnej trawie.

- Panie Harrison, Caroline mówi mi, że czuje się słabo. Obawia się jednego ze swoich ataków. Twierdzi, że ma większą wiarę w pana medyczne zdolności niż pana Morgana. Nie byłabym szczera, gdybym nie powiedziała, że mam inne zdanie, ale, skoro tak jest, czy mogłabym pana prosić, by uważał pan na nią. Powiedziałam jej, że lepiej byłoby, gdyby nie wzięła udziału w zabawie, jeśli nie czuje się dobrze, ale, biedactwo, zapragnęła tej przyjemności. Zaofiarowałam się, że pojadę z nią do domu, ale ona twierdzi, że skoro będzie pewna, że jest w pana rękach, wolałaby raczej zostać.


Oczywiście skłoniłem głowę i obiecałem wszystkie należne usługi pannie Caroline. Pomyślałem, że dopóki nie będzie potrzebowała mojej pomocy, mógłbym w międzyczasie pomagać córce pastora, która wyglądała świeżo i ślicznie w swojej białej muślinowej sukni i wszędzie dookoła, w słońcu i w cieniu, pomagała każdemu, by mu było wygodnie, myśląc o wszystkich poza sobą.

Wkrótce podszedł do mnie pan Morgan
- Panna Caroline nie czuje się dobrze. Obiecałem jej siostrze twoje usługi.
- Ja także, proszę pana. Ale panna Sophy nie może dźwigać tego ciężkiego kosza.
Nie chciałem, by usłyszała to usprawiedliwienie, ale podchwyciła moje słowa i powiedziała:
- O tak, mogę! Przeniosę te rzeczy pojedynczo. Proszę iść do biednej panny Caroline, panie Harrison.

Poszedłem, ale bardzo niechętnie, muszę wyznać. Kiedy wkrótce usiadłem obok niej, poczuła się lepiej. To był, prawdopodobnie, tylko nerwowy strach, który znikł, gdy poczuła, że ma pomoc w zasięgu ręki, gdyż zjadła cały obiad. Pomyślałem, że nigdy nie zakończy wstydliwych próśb o „tylko jeszcze troszeczkę gołąbka lub kawałeczek kurczaczka”.

Obfity posiłek mógł, mam nadzieję, w istocie ją ożywić, i to się stało. Stwierdziła, że zdołałaby przejść się nieco dookoła ogrodu i spojrzeć na stare, zielono-niebieskie cisy, jeśli podam jej ramię. To była bardzo prorokujące. Zapragnąłem z całej siły być z dziećmi pastora. Poradziłem zdecydowanie pannie Caroline, by położyła się trochę i odpoczęła przed herbatą na sofie w kuchni gospodarza. Nie możesz sobie wyobrazić, jak przekonująco błagałem ją, by dbała o siebie. W końcu zgodziła się, dziękując mi za tak czułe zainteresowanie, nigdy nie zapomni mojej serdecznej pomocy.

Niewiele wiedziała, o czym wtedy myślałem. Jednak bezpiecznie powierzyłem ją żonie gospodarza, a sam bezzwłocznie wybiegłem na poszukiwanie białej sukni i wiotkiej sylwetki, ale w drzwiach hali natknąłem się na panią Bullock. Groźnie wyglądała.

Pomyślałem, że wydawała się trochę obrażona z powodu moich (niechcianych) atencji wobec panny Caroline w czasie obiadu, ale teraz, widząc mnie samego, uśmiechnęła się:
- Och, pan Harrison i to sam. Jak to? Młode damy pozwalają na takie zaniedbanie z pana strony? A propos, zostawiłam młodą damę, która bardzo ucieszyłaby się z pana pomocy. Jestem tego pewna. To moja córka Jemima (miała na myśli swoją pasierbicę). Pan Bullock jest tak wspaniałym, i czułym ojcem, że bardzo obawiałby się, gdyby wsiadła do łódki, chyba że miałaby przy sobie kogoś, kto umie pływać. Poszedł porozmawiać z gospodarzem o nowym kole do pługa (rolnictwo to jego hobby, chociaż pracuje jako prawnik). Ale biedna dziewczyna usycha na brzegu, pragnąc mojej zgody, by dołączyć do pozostałych. Nie chcę na to pozwolić, dopóki pan nie będzie jej uprzejmie towarzyszyć i nie obieca że, jeśli nie zdarzą się żadne wypadki, zachowa pan ją w zdrowiu.

Och, Sophy, dlaczego nikt nie niepokoił się o ciebie?


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

wtorek, 8 września 2009

Wyznania pana Harrisona rozdz. 4

Rozdział 4

Niebawem mieszkańcy Duncombe zaczęli urządzać przyjęcia na moją cześć. Pan Morgan mówił mi, że to ze względu na mnie, ale nie sądzę, że powinienem tak myśleć. Niemniej jednak on cieszył się z każdego najmniejszego zaproszenia, zacierał ręce i uśmiechał się do siebie, jakby to był komplement dla niego, gdyby faktycznie tak było.

Tymczasem ustalenia z panią Rose doprowadziły do finału. Ona miała sprowadzić meble i umieścić je w domu, a ja zobowiązałem się płacić czynsz. Miała być gospodynią, a w zamian nie musiała płacić za wyżywienie. Pan Morgan zaakceptował dom i rozkoszował się doradzaniem i załatwianiem wszystkich moich spraw. Byłem trochę leniwy, a trochę rozbawiony i, ogólnie biorąc, bierny.

Dom, który wybrał dla mnie, stał blisko jego własnego, na dole były dwa położone naprzeciw siebie pokoje, otwierane składanymi drzwiami, które jednak były zwykle zamknięte. Pokój na zapleczu stanowił mój gabinet lekarski („bibliotekę”, tak doradził mi go nazywać). Podarował mi czaszkę, bym położył ją na górze biblioteczki, w której medyczne książki zostały ustawione na najważniejszych półkach, podczas gdy tomiki panny Austen, Dickensa czy Thackeraya, zostały umieszczone, przez samego pana Morgana, umiejętnie, ale w sposób niedbały do góry nogami lub ich grzbiety były zwrócone do ściany. W pomieszczeniu frontowym mieściła się jadalnia, a pokój wyżej był umeblowany krzesłami i stołem z salonu pani Rose, chociaż zauważyłem, że wolała siedzieć na dole, w jadalni, blisko okna, gdzie między każdym ściegiem mogła podnieść wzrok i widzieć, co się dzieje na ulicy.

Czułem się trochę dziwnie jako pan tego domu, wypełnionego meblami innej osoby, zanim nie ujrzałem damy, do której one należały. Wkrótce przybyła. Pan Morgan spotkał ją w gospodzie, pod którą zatrzymał się dyliżans, i towarzyszył jej do mojego domu. Mogłem zobaczyć ich z okna salonu. Niski gentleman stąpał z wdziękiem, wymachiwał swoją laseczką i mówił bez przerwy. Ona - trochę wyższa od niego, była w czarnej, wdowiej żałobie, miała na sobie tyle woalki i zasłon, narzutek i pelerynek, że wyglądała jak czarna, okryta krepą, kopa siana.

Kiedy zostaliśmy sobie przedstawieni, podniosła swój gruby żałobny welon, rozejrzała się i westchnęła.
- Pańska powierzchowność i okoliczności, panie Harrison, przypominają mi dobitnie czasy, kiedy poślubiłam mojego drogiego męża, niech spoczywa w pokoju. On wówczas, tak jak pan, rozpoczynał praktykę lekarską. Przez dwadzieścia lat sympatyzowałam z nim, pomagałam mu, jak mogłam, nawet przygotowywałam tabletki, kiedy był nieobecny. Może i my przeżyjemy w podobnej harmonii tak długi czas. Może szacunek między nami będzie równie serdeczny, chociaż zamiast małżeńskiego – matczyny i synowski!

Jestem pewien, że przygotowała tę przemowę w dyliżansie, gdyż później powiedziała, że była jedynym pasażerem. Kiedy skończyła, czułem, że powinienem trzymać kieliszek wina w dłoni, by wznieść toast. Ale wątpiłem, czy zrobiłbym to ochoczo, ponieważ nie miałem nadziei przeżyć z nią dwadzieścia lat; brzmiało to dość ponuro. Skłoniłem jedynie głowę i zatrzymałem swoje myśli dla siebie.

Gdy pani Rose poszła na górę, by się przebrać, poprosiłem pana Morgana, żeby został na herbacie, na co się zgodził i zacierał ręce z zadowoleniem.
- Wspaniała kobieta, proszę pana. Wspaniała kobieta. A jakie maniery! Jak ona będzie przyjmować pacjentów, którzy będą chcieli zostawić jakąś wiadomość podczas pańskiej nieobecności. Co za potok słów!

Pan Morgan nie mógł zostać długo po herbacie, ponieważ spieszył się do dwóch pacjentów. Z chęcią bym wyszedł, i miałem już kapelusz na głowie, gdy powiedział, że to byłoby niestosowne, „niewłaściwe”, zostawić panią Rose samą pierwszego wieczoru po jej przybyciu.
- Trudne dla kobiety – wdowy są pierwsze miesiące samotności, wymaga wtedy względów, mój drogi panie. Zostawię panu przypadek panny Tomkinson, być może jutro złoży im pan wizytę. Panna Tomkinson jest dość wymagająca i ma zwyczaj mówić otwarcie, jeśli stwierdzi, że nie zajęto się nią we właściwy sposób.
Zauważyłem, że często zrzucał na mnie obowiązek wizyt u panny Tomkinson, podejrzewałem, że obawiał się tej damy.

Spędziłem dość długi wieczór z panią Rose. Tego dnia nie zrobiła nic, mówiąc delikatnie, po to, by zostać w salonie i nie pójść na górę, żeby się rozpakować. Zapewniałem, że nie musi czuć się skrępowana moją obecnością, jeśli chciałaby się tym zająć, ale ona (ku memu rozczarowaniu) zapewniła, że z przyjemnością będzie mi towarzyszyć. Weszła na chwilę na górę i moje serce ostrzegło mnie, kiedy zauważyłem, że schodzi na dół ze złożoną chusteczką do nosa. Jakże byłem przewidujący!!

Wkrótce usiadła, potem zaczęła zdawać mi relację z choroby swego zmarłego męża, jej objawów i jego śmierci. To był zwyczajny przypadek, ale ona wyraźnie wydawała się uważać, że był wyjątkowy. Miała odrobinę medycznej wiedzy i używała technicznych terminów, ale tak bardzo nie a propos, że z trudem powstrzymywałem się od uśmiechu. Nie mogłem jednak tego zrobić za nic w świecie. Była przecież pogrążona w takim głębokim i szczerym bólu.
W końcu powiedziała:
- Mam „dognosy” dolegliwości mojego drogiego męża na swoim biureczku. Panie Harrison, jeśli zechciałby pan opisać ten przypadek dla „Lancetu” (1). Myślę, że ucieszyłby się biedaczyna, gdyby wiedział, że jego szczątki będą uhonorowane, kiedy ten przypadek pojawi się w tych znakomitych kolumnach.

To było kłopotliwe, ponieważ przypadek ten był bardzo zwyczajny, jak już wspomniałem. Jednakże nawet w czasie tej krótkiej praktyki nie obyło się bez podobnych głosów, którym nie mogłem ulegać, a musiałem znosić interpretację słuchacza, który ani trochę nie wysilał swej wyobraźni.

Zanim wieczór dobiegł końca, byliśmy takimi przyjaciółmi, że przyniosła mi na dół ostatni portret pana Rose, żebym mu się przyjrzał. Powiedziała, że nie jest w stanie znieść spojrzenia na te ukochane rysy, ale jeśli mogę patrzeć na tę miniaturę, ona może odwrócić głowę. Zaproponowałem, żeby złożyła go w moje ręce, ale wydawała się urażona tą propozycją i stwierdziła, że nigdy nie mogłaby wypuścić ze swoich rąk takiego skarbu, więc odwróciła głowę daleko ponad swoje lewe ramię, podczas gdy ja oglądałem podobiznę w jej wyciągniętym prawym ręku.
Jej zmarły mąż musiał być dość przystojnym, miłym człowiekiem, a artysta obdarzył go tak szerokim uśmiechem i takimi iskierkami w oczach, że naprawdę trudno było nie uśmiechnąć do niego w odpowiedzi. Jednak powstrzymałem się.

Po pierwsze, pani Rose miała zastrzeżenia wobec przyjmowania jakichkolwiek przysyłanych nam zaproszeń, by towarzyszyła mi na miejskich herbatkach. Była tak dobra i prostoduszna, że byłem pewien, że nie ma innej przyczyny niż ta do której się przyznawała – że zbyt krótki czas upłynął od śmierci jej męża - ale być może było też coś innego - teraz mam pewne doświadczenie, jeśli chodzi o rozrywki, których ona tak uparcie sobie odmawiała. Mogłem podejrzewać, że cieszyła się z tej wymówki. Czasami i ja chciałem być wdową.

Przychodziłem do domu zmęczony całodzienną jazdą, i gdybym był pewien, że pan Morgan nie przyjdzie, założyłbym pantofle i luźne ubranie i zapaliłbym cygaro w ogrodzie. Wydawało się to okrutnym poświęceniem dla dobra towarzystwa, że muszę założyć ciasne buty i sztywny frak, by pójść na tradycyjną herbatkę. Ponieważ pan Morgan polecał mi tyle lektur dotyczących konieczności ćwiczenia dobrej woli wobec ludzi, wśród których zamieszkałem i wydawało mi się, że było mu przykro i niemal był urażony, kiedy pewnego razu zacząłem narzekać na nudę na tych przyjęciach, poczułem, że nie mogę być tak egoistyczny, by odmawiać więcej niż jeden raz na trzy. Zawsze gdy pan Morgan odkrył, że mam zaproszenie na wieczór, przedłużał często obchód, albo udawał się na wizyty do odległych pacjentów. Podejrzewałem go z początku o zamiar, który przyznaję, często rozważałem, wymigiwania się od uczestnictwa w tych przyjęciach, ale wkrótce odkryłem, że czynił poświęcenie ze swoich upodobań, bo uważał, że to będzie dla mnie z korzyścią.

---------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Lancet – medyczny dziennik, który zawierał diagnozy i relacje z medycznych eksperymentów.