Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

środa, 30 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 9

Rozdział 9

Kiedy szliśmy do domu, Jack powiedział:
- Boże, Frank! Miałem tyle zabawy z tą małą damą w niebieskim. Powiedziałem jej, że pisałeś do mnie co tydzień w sobotę i relacjonowałeś wydarzenia tygodnia. Połknęła to.

Zatrzymał się, aby się pośmiać, gdyż nie był w stanie jednocześnie śmiać się i maszerować.
- Powiedziałem jej, że jesteś głęboko zakochany (znowu śmiech) i że nie mogłem wydobyć z ciebie imienia tej damy, ale że ona ma jasnobrązowe włosy – jednym słowem, podałem dokładny opis jej samej. Mówiłem, że zależy mi na tym, by ją poznać i przebłagać ją, by była litościwa dla ciebie, ponieważ jesteś wyjątkowo nieśmiałym i bojaźliwym mężczyzną w stosunku do kobiet.

Śmiał się tak bardzo, że myślałem, że upadnie.
- Pytałem ją, czy mogłaby odgadnąć, kim jest ta kobieta na podstawie mojego opisu. Ręczę, że to zrobi – dopilnuję tego, ponieważ dodałem, że opisałeś pieprzyk na lewym policzku, w najbardziej poetycki sposób - że Wenus uszczypnęła ją z zazdrości dla jej urody. Och, trzymaj mnie, bo upadnę - śmiech i głód sprawiają, że jestem tak słaby. Więc zapytałem ją, czy domyśla się, kto może być twoją ukochaną i żeby ją uprosiła, by cię uratowała. Dodałem, że wiem, że w wyniku dawnej nieszczęśliwej miłości jedno z twoich płuc zachorowało, i że nie mogę odpowiadać za drugie, jeśli damy tu są okrutne. Wspomniała o respiratorze, ale powiedziałem jej, że on może być skuteczny dla chorego płuca, ale czy może pomóc na chorobę serca? Naprawdę byłem finezyjny. Odkryłem sekret wymowy. Wiem, co chcesz powiedzieć – przygotowałem się dobrze na to, że poślubisz małą damę w niebieskim.

Zacząłem i ja w końcu się śmiać, mimo że byłem rozgniewany. Jego zuchwalstwo było nie do powstrzymania.

Pani Rose wróciła do domu w lektyce (1) i zaraz położyła się do łóżka, a my dwaj siedzieliśmy przy befsztyku i winiaku z wodą aż do drugiej w nocy.
Powiedział mi, że opanowałem sztukę poruszania się cicho jak myszka, miauczenia i mruczenia w zależności od tego, czy moi pacjenci mają się dobrze, czy źle. Przedrzeźniał mnie i sprawiał, że śmiałem się z samego siebie.

Wyjechał wcześnie rano następnego ranka. Pan Morgan przyszedł o zwykłej porze. On i Marshland nigdy by się ze sobą nie zgodzili i byłoby mi niezręcznie widzieć dwóch moich przyjaciół, którzy się nie lubią i gardzą sobą wzajemnie.

Pan Morgan był wzburzony, ale, zachowując się zawsze z wielkim szacunkiem wobec kobiet, mitygował się przed panią Rose – wyraził żal, że nie mógł być obecny w dniu wczorajszym u panny Tomkinson i w związku z tym nie mógł ujrzeć jej w towarzystwie, którego z pewnością była ozdobą.

Ale kiedy zostaliśmy sami, powiedział
- Byłem dziś rano u pani Munton – miała dawne ataki. Czy mogę zapytać, co to była za historia, którą mi opowiedziała – o więzieniu? Ufam, proszę pana, że popełniła jakąś małą pomyłkę i że pan nigdy tam nie był. To jakaś wiadomość, która nie ma żadnych podstaw, - nie mógł się powstrzymać – że przebywał pan w Newgate (2) przez trzy miesiące!

Wybuchnąłem śmiechem, bo ta historia tak bardzo urosła. Pan Morgan wyglądał na poważnego. Powiedziałem mu prawdę. Wciąż był poważny.

- Nie mam wątpliwości, proszę pana, że postąpił pan właściwie, ale to niedobrze brzmi. Sądząc z pana obecnego rozbawienia, uważałem, że nie było żadnych podstaw dla tej całej wiadomości, ale niefortunnie jednak są jakieś podstawy.
- Spędziłem na posterunku policyjnym jedną noc. Mógłbym pójść tam znowu z tego samego powodu, proszę pana.
- Bardzo dobrze, proszę pana, całkiem jak Don Kichote, ale jednocześnie nie widzi pan siebie na statku więziennym?
- Nie, proszę pana.
- Ręczę za to, że wkrótce ta historia urośnie do właśnie takich rozmiarów. Jednakże nie przewidujmy najgorszego. Mens conscia recti (3). Pamięta pan? To wielka rzecz. To, czego żałuję, że potrzeba będzie trochę czasu, by przezwyciężyć małe uprzedzenie do pana, które ta wiadomość może spowodować. Jednak nie roztrząsajmy tego. Mens conscia recti! Nie myślmy o tym.

Było jasne, że on myślał o tym dużo.


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Lektyka - środek komunikacyjny: fotel lub łoże na czterech niskich nóżkach, noszony przez kilku tragarzy. W miastach na terenie całej Europy lektyka była popularna w XVII i XVIII w., używana aż do 1850. W połowie XX w. używana była jeszcze w Indiach, Chinach i Japonii.
2. Newgate - londyńskie więzienie.
3. Mens conscia recti (łac.) - Myśl świadoma prawdy. (Eneida 1.604)

poniedziałek, 28 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 8

Rozdział 8

Z powodu szacunku dla bólu pastora nastąpiła krótka przerwa w składaniu wizyt. Dało to czas pani Rose, by zmniejszyła rygor swojej żałoby.

Na Boże Narodzenie panna Tomkinson rozesłała zaproszenia na przyjęcie. Panna Caroline raz czy dwa razy przepraszała mnie za to, ponieważ takie wydarzenie nie miało wcześniej miejsca, ale, jak powiedziała, „ich codzienne zajęcia uniemożliwiały organizowanie podobnych małych zjazdów, z wyjątkiem wakacji”.

I jak można było się spodziewać, kiedy tylko rozpoczęły się święta, nadeszła króciutka uprzejma wiadomość:
„Panny Tomkinson proszą panią Rose i pana Harrisona na herbatę wieczorem, w poniedziałek, 23 bieżącego miesiąca. Początek o godzinie 17”.

Na tę wieść pani Rose zareagowała jak koń bojowy na dźwięk trąbki. Nie była w usposobieniu do sarkania, ale sądziłem, że uważała, że część Duncombe, która zwykła wydawać przyjęcia, zrezygnowała już z zapraszania jej, właśnie w tym momencie, gdy ona zdecydowała się ustąpić. Teraz więc przyjęła zaproszenie, zgodnie z życzeniami zmarłego pana Rose.

Znajdowałem wszędzie tyle skrawków białego krosna wstążkowego, że dywan wyglądał nieporządnie. W dodatku, pewnego dnia, niefortunnie, przyniesiono mi przez pomyłkę małe pudełeczko. Nie spojrzałem na adres, gdyż nie wątpiłem, że jest to jakiś środek do znieczulenia, którego nadejścia z Londynu właśnie oczekiwałem, więc rozdarłem papier i ujrzałem kartkę papieru ze słowami napisanymi dużymi literami: „Nigdy więcej siwych włosów”. Złożyłem ją w pośpiechu, zakleiłem ponownie i dałem przesyłkę pani Rose. Nie mogłem się jednak powstrzymać od zapytania jej wkrótce potem, czy może mi polecić jakiś środek, który by sprawił, że moje włosy nie będą siwieć. Dodałem, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Myślę, że odgadła, że na papierze był mój stempel, gdyż dowiedziałem się, że płakała i że mówiła, że nie ma nikt współczucia dla niej po śmierci pana Rose i że liczy dni do tej chwili, gdy będzie mogła się z nim połączyć w lepszym świecie. Sądzę, że liczyła także dni do przyjęcia u panny Tomkinson, gdyż tak wiele o nim mówiła.

Zabrano okrycia z krzeseł panny Tomkinson, zasłon i sof, a na środku stołu umieszczono wielki słój pełen sztucznych kwiatów, który, jak panna Tomkinson mi powiedziała, sama przygotowała, ponieważ uwielbiała piękno i artyzm w życiu.
Panna Tomkinson stała przy drzwiach, wyprostowana jak grenadier, przyjmując przyjaciół i serdecznie ściskając ich ręce, gdy wchodzili. I mówiła, że naprawdę się cieszy na ich widok.
I faktycznie tak było.

Wypiliśmy herbatę i panna Caroline przyniosła małą talię kart do rozmowy – plik tekturowych kartoników z intelektualnymi i sentymentalnymi pytaniami po jednej stronie i intelektualnymi i sentymentalnymi odpowiedziami po drugiej. Ponieważ odpowiedzi pasowały do każdego pytania oraz do wszystkich, możesz sobie przedstawić, że to było nieciekawe i nudne.

Właśnie zostałem zapytany przez pannę Caroline: „Czy możesz powiedzieć co myśli o tobie w tej chwili najdroższa ci osoba” i odpowiedziałem: „Nie można oczekiwać, że ujawnię takie sekrety w towarzystwie”, kiedy służąca zaanonsowała pewnego gentlemana, mojego przyjaciela, który chciał ze mną rozmawiać.
- Och, wprowadź go, Martha, wprowadź go! – zawołała panna Tomkinson serdecznie.
- Każdy przyjaciel naszego przyjaciela jest mile widziany” – dodała aluzyjnie panna Caroline.

Zerwałem się jednak, myśląc, że to ktoś w interesach, ale byłem uwięziony przez dwa skrzyżowane, połączone stoły, które broniły mi przejścia z obu stron, tak, że nie mogłem uwolnić się tak szybko, jak chciałem, by temu zapobiec.

Martha wprowadziła Jacka Marshlanda, który znajdował się obecnie w drodze do domu na święta. W serdeczny sposób podszedł do mnie, kłaniając się pannie Tomkinson i wyjaśniając, że znalazł się w pobliżu i miał zamiar spędzić noc u mnie i że moja służąca skierowała go tam, gdzie właśnie byłem.

Jego głos, zawsze donośny, w małym pokoju, w którym wszyscy zebrani rozmawiali cicho, brzmiał jak głos mitycznego Stentora (1). Nie nasilił się w tonie, był głośny od początku. Od razu wydawało się, jakby dni mojej młodości powróciły, gdy mogłem usłyszeć ten męski głos. Czułem się dumny z mojego przyjaciela, gdy dziękował pannie Tomkinson za jej uprzejmość, gdy poprosiła, by został z nami.

Powoli zbliżył się do mnie i zapewne uważał, że ściszył głos, ponieważ wydawało się, że mówił do mnie coś poufnie, podczas gdy w rzeczywistości cały pokój mógł usłyszeć jego słowa:
- Frank, mój przyjacielu, kiedy zjemy obiad u tej dobrej starszej damy. Jestem piekielnie głodny.
- Obiad! Też coś! Piliśmy herbatę godzinę temu.

W czasie tej rozmowy weszła Martha z małą tacą, na której stała filiżanka kawy i leżały 3 wafle. Jego konsternacja i wyraz pogodzenia się z wyrokiem losu bawiły mnie tak bardzo, że pomyślałem, że powinien posmakować jeszcze życia, jakie wiodłem od miesięcy i porzuciłem plan zabrania go od razu do domu. Cieszyłem się, przewidując jak serdecznie będziemy się śmiali razem, pod koniec wieczoru. Zostałem ukarany za moją decyzję.

- Bawimy się dalej? – zapytała panna Tomkinson, która nigdy nie rezygnowała z zadawania pytań.
Zaczęliśmy więc grę w pytania i odpowiedzi z niewielką korzyścią dla towarzystwa.

- Nie takie rzeczy są stawką w tej grze, prawda, Frank? – zapytał Jack, który obserwował nas. - Nie stracisz 10 funtów za jednym razem, jak to było w Londynie. Nie dla pieniędzy, ale z miłości, jak sądzę?


Panna Caroline uśmiechnęła się głupawo i spojrzała w dół. Jack nie myślał o niej. Miał na myśli dni, które spędzaliśmy w tawernie Mermaid. Nagle zapytał:
- Gdzie byłeś w tym samym czasie rok temu, Frank?
- Nie pamiętam – odpowiedziałem.
- Więc powiem ci. To był 23 – w tym dniu zostałeś zatrzymany za to, że uderzyłeś człowieka na ulicy Long Acre i musiałem wpłacić kaucję za ciebie, żebyś mógł wyjść na święta Bożego Narodzenia. Jesteś dziś wieczór w dużo przyjemniejszej sytuacji.

Nie chciał, by tą wzmiankę ktokolwiek usłyszał, ale nie był ani trochę urażony, kiedy panna Tomkinson z wyrazem twarzy na której widoczne było złowieszcze zaskoczenie, zapytała:
- Pan Harrison zatrzymany, proszę pana?
- O, tak, proszę pani. I widzi pani, że to była tak zwyczajna sprawa dla niego, że wygląda tak, jakby nie pamiętał dat różnych swoich zatrzymań.

Śmiał się serdecznie i powinienem uczynić to samo, ale widziałem, jakie to zrobiło wrażenie. Sprawa, w rzeczywistości, była dość prosta i łatwo było ją wytłumaczyć:
Byłem wówczas rozgniewany, bo zobaczyłem wielkiego potężnego faceta, który bezmyślnie złamał laskę kalece, i uderzyłem tego człowieka mocniej niż zamierzałem, a przewrócony odszedł, wołając policję, a ja musiałem pozostać, zanim urzędnik sądowy mnie nie zwolnił.

Jednak gardziłem wyjaśnieniem tego tutaj. Nie do nich należało, co robiłem rok temu, a Jack mógł o tym nie mówić. Jednakże ten niesforny człowiek był zdecydowany iść dalej, i powiedział mi później, że chciał wprowadzić nieco życia w to kółko starszych dam i, idąc za tą myślą, przypominał sobie każde zabawne wydarzenie, w jakim uczestniczyliśmy, w związku z tym opowiadał i śmiał się do rozpuku.

Próbowałem pomówić z panną Caroline, z panią Munton - z kimkolwiek, ale Jack był bohaterem wieczoru i każdy słuchał jego opowieści.

- Odkąd tu przybył nigdy nie wysłał żadnego zabawnego listu, prawda? Dobry chłopak! Zaczął nowe życie. Był najbardziej sprytnym człowiekiem, jakiego znałem. A jakie anonimowe listy wysyłał! Czy pamiętasz panią Walbrook, Frank? To było takie okropne! (wciąż się śmiał) Nie, nie opowiem o tym, nie bój się. Taki karygodny żart! (śmiał się znowu).
- Proszę, opowiedz! – wykrzyknąłem, gdyż sprawił, że to wydawało się gorsze niż rzeczywiście było.
- Och, nie, nie. Wypracowałeś tu lepszy wizerunek. Nie mogę zniszczyć twoich obiecujących starań. Pogrzebiemy przeszłość w niepamięci.

Próbowałem opowiedzieć moim sąsiadkom historię, do której on robił aluzję, ale wesoły sposób bycia Jacka pociągał je i nie dbały o to, by usłyszeć proste wyjaśnienia faktów.

Potem była przerwa. Jack rozmawiał prawie spokojnie z panną Horsman. Nagle odezwał się do mnie poprzez pokój:
- Ile razy polowałeś? Żywopłoty zagęściły się bardzo późno w tym roku, ale musiałeś spędzić wiele przyjemnych dni.
- Nie polowałem wcale. – odpowiedziałem krótko.
- Wcale? Uff! Dlaczego pomyślałem, że to jedna z większych atrakcji Duncombe?

To była prowokacja! Mógł wtedy złożyć mi wyrazy współczucia i tym samym utrwalić kwestię w umysłach każdego z obecnych na przyjęciu.
Tace z kolacją zostały wniesione i nastąpiło przesuwanie miejsc. On i ja byliśmy znowu blisko siebie.
- Frank, czy będziesz mnie przekonywał, że nie oczyszczę tej tacy, zanim inni będą już gotowi na drugą porcję? Jestem głodny jak wilk.
- Zjesz kotlet wołowy i udziec barani, kiedy dotrzesz do domu. Tylko dobrze zachowuj się tutaj.
- Dobrze więc, ze względu na ciebie. Ale trzymaj mnie z dala od tych tac, albo nie odpowiadam za siebie. „Trzymaj mnie albo zawalczę” – jak mawiają Irlandczycy. Podejdę i powiem to tej małej starszej pani w niebieskim i usiądę tyłem do tych duchów jedzenia.

Usiadł przy pannie Caroline, której mógłby nie spodobać się ten opis jej samej, i zaczął poważną, spokojną rozmowę.

Starałem się być tak uprzejmy, jak umiałem, aby pozbyć się tego wrażenia, jakie wywarł na towarzystwie, ale odkryłem, że każdy stawał się nieco sztywny, gdy podchodziłem i nie ośmielałem się zrobić żadnej uwagi.

W trakcie moich wysiłków usłyszałem jak panna Caroline prosi Jacka, by podał jej kieliszek wina. Zobaczyłem, jak on nalewa sobie to, co wydawało się winem porto. Ale nagle odłożył kieliszek na bok, wykrzykując:
- Ocet, na Jowisza!

Skrzywił strasznie twarz, a panna Tomkinson podeszła w dużym pośpiechu, by wyjaśnić sprawę. Okazało się, że to było wino z czarnej porzeczki, którym ona specjalnie się szczyciła. Wypiłem dwa kieliszki, aby jej się przypochlebić i mogę zaświadczyć, że było kwaskowe. Nie sądzę, że spostrzegła moje wysiłki, była tak bardzo pochłonięta słuchaniem usprawiedliwień tej nietaktownej uwagi. Powiedział jej, z najpoważniejszym wyrazem twarzy, że ma jedynie niejasne wspomnienie różnicy między winem i octem, zwłaszcza, że wystrzega się tego drugiego, ponieważ ocet podlega podwójnej fermentacji. I że wyobraził sobie, że panna Caroline poprosiła go, by wzniósł toast, a on nigdy nie powinien był tknąć karafki.


Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Stentor - bohater Iliady, słynny z potężnego głosu, stąd — głos stentorowy.

środa, 16 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 7

Rozdział 7


Zostałem zbudzony ze snu w środku nocy przez posłańca z probostwa. Mały Walter miał krup (1), a pan Morgan został wysłany na wieś. Ubrałem się pospiesznie i wyszedłem na cichą, małą ulicę. Światło świeciło na górze w probostwie, w pokoju dziecinnym. Służąca, która otworzyła drzwi, gdy tylko zastukałem, płakała ze smutkiem i z trudem mogła odpowiadać na moje pytania, kiedy szedłem na górę zobaczyć mojego małego ulubieńca.

Pokój dziecinny było to duże, szerokie pomieszczenie. W przeciwległym końcu pokoju paliło się światło świecy, które sprawiało, że pozostała część, gdzie znajdowały się drzwi, była pogrążona w cieniu. Przypuszczam więc, że niania nie wiedziała, że wszedłem do środka, gdyż mówiła ze złością:
- Panno Sophy – powiedziała – mówiłam panience wielokrotnie, że on nie powinien jechać tam z chrypką, a panienka nie powinna zabierać go ze sobą. Wiem, że to złamie serce tacie panienki, ale to nie ja do tego doprowadziłam.

Cokolwiek Sophy czuła, nic na to nie odpowiedziała. Klęczała przy wanience z ciepłą wodą, w której mały chłopiec z trudem łapał powietrze, z wyrazem przestrachu na twarzy, który często widziałem u małych dzieci, które zmogła nagła i gwałtowna choroba. Wydawało się, jakby rozpoznawały coś nieskończonego i niewidzialnego, na czyj rozkaz przychodził ból i męka, przed czym żadna miłość nie mogła ich ochronić.

To bardzo rozdzierający serce widok, gdyż widać go na twarzy tych, którzy są zbyt młodzi, by mogli przyjąć pociechę ze słów wiary lub obietnicę religii.
Walter swoimi rączkami otoczył szyję Sophy, jakby ona, dotąd jego anioł z raju, mogła uratować go przed ponurym cieniem Śmierci.
Tak! Śmierci!


Ukląkłem przy nim po drugiej stronie i badałem go. Prawdziwej sile jego ciała zadawała gwałt choroba, która jest zawsze jedną z najbardziej przerażających dla dzieci w jego wieku.
- Nie bój się, Watty – powiedziała Sophy, kojącym głosem – to pan Harrison, kochanie, który pozwolił ci jechać na swoim koniu.

Mogłem wyczuć drżenie w jej głosie, któremu próbowała nadać ton spokojny i miękki, aby ukoić strach małego chłopca. Wyciągnęliśmy go z wanny, a ja poszedłem po pijawki (2).

Tymczasem nadszedł pan Morgan. Kochał dzieci pastora, jakby był ich wujkiem, ale teraz stanął nieruchomy i osłupiały na widok Waltera – tak ostatnio promiennego i silnego, a teraz bliskiego strasznej zmiany – pędzącego ku cichej, tajemniczej krainie, gdzie będzie doglądany i pielęgnowany, tak samo jak na ziemi, ale musi pójść tam sam.
Mały chłopczyk! Kochany!

Położyliśmy pijawki na jego gardle. Na początku protestował, ale Sophy – niech Bóg ją błogosławi! – odsuwając na bok swoje cierpienie i żal, i myśląc tylko o nim, zaczęła śpiewać piosenki, które lubił.

Wciąż staliśmy nieruchomo. Ogrodnik pobiegł po pastora, ale on był dwanaście mil stąd i wątpiliśmy, czy zdąży na czas. Nie wiedziałem, czy inni mają nadzieję, ale oczy pana Morgana spotkały się z moimi i wiedziałem już, że on, tak samo jak ja, nie ma żadnej.


Tykanie zegara rozległo się wśród ciemności cichego domu. Walter spał, a czarne pijawki wisiały jeszcze na jego ślicznej, białej szyi.
Zastygła w bezruchu Sophy nuciła kołysanki, które dotąd śpiewała w innych, szczęśliwszych warunkach. Pamiętam tekst jednej z nich, gdyż uderzyła mnie w tym czasie, bo w dziwny sposób odpowiadała tej chwili.

„Śpij dziecinko, śpij,
Nad twoim snem czuwać będą aniołowie
Gdy na trawie owca paść się będzie
Ty już nigdy bólu nie doznasz
Śpij, dziecinko, śpij”.


W oczach pana Morgana pojawiły się łzy. Nie sądziłem, by którykolwiek z nas mógł coś mówić swoim zwykłym głosem, ale dzielna dziewczyna śpiewała czysto, choć słabym głosem. W końcu powstała i podniosła wzrok:
- Jest mu lepiej, czyż nie? Panie Morgan?
- Nie, moja droga. On jest … hmmm… – nie mógł mówić. Po chwili dopiero odezwał się znowu. – Moja droga. Wkrótce będzie mu lepiej. Pomyśl o swojej mamie, moja droga panienko Sophy. Ona będzie bardzo się cieszyła, że jedna z jej ukochanych osób jest już przy niej, bezpieczna.


Ona wciąż nie płakała. Ale pochyliła się do małej twarzyczki i pocałowała ją czule.
- Pójdę po Helen i Lizzie. Będzie im przykro, gdy nie zobaczą go ponownie.

Podniosła się i poszła po nie. Biedne dziewczęta weszły w swoich szlafrokach, z oczami rozszerzonymi nagłym wzruszeniem, blade z przerażenia, skradając się cicho, jakby jakiś dźwięk mógł mu przeszkadzać. Sophy uspokoiła je łagodną pieszczotą.
Wkrótce wszystko się skończyło.

Pan Morgan niemal płakał jak dziecko. Ale uważał, że koniecznie musi mnie za to przeprosić.
- Jestem wykończony wczorajszą pracą, proszę pana. Miałem jedną czy dwie złe noce, i one wytrąciły mnie z równowagi. Kiedy byłem w pana wieku, byłem silny, dzielny jak każdy i gardziłem wylewaniem łez.

Sophy podeszła do miejsca, gdzie staliśmy.
- Panie Morgan. Jest mi tak przykro z powodu taty. Jak ja mu to powiem?


Walczyła z własnym cierpieniem, ze względu na ojca. Pan Morgan zaproponował, że poczeka na niego i wydawało się, że była wdzięczna za tę propozycję.
Ja, nowy znajomy, prawie obcy, nie mogłem zostać dłużej.

Ulica była cicha, jak zawsze, nawet ciemność była taka sama, bo nie było jeszcze nawet czwartej. Ale tej nocy jedna dusza odeszła.

Ze wszystkich, których znałem i ze wszystkich, o których wiedziałem, pastor i jego córka walczyli o to najbardziej, by dać pociechę innym. Każda myśl o cierpieniu innych, każda modlitwa była w intencji innych ludzi, a nie ich samych. Widzieliśmy ich, jak idą przez wieś i słyszeliśmy o nich w domkach ubogich. Ale to było jakiś czas przedtem, zanim udało mi się znowu spotkać kogoś z nich. A potem poczułem, że jest coś nie do opisania w ich zachowaniu wobec mnie, że jestem jednym z ”właściwych ludzi, których Bóg uczynił drogimi”.
Ten jeden dzień w starej hali to sprawił. Byłem, być może, ostatnią osobą, która sprawiła biednemu, małemu chłopcu jakąś niezwykłą radość.

Biedny Walter! Gdybym mógł uczynić więcej, aby jego krótkie życie było szczęśliwe!

----------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Krup - inaczej dławiec, błonica. Choroba zakaźna, która występuje w pierwszych latach życia. Przenosi się głównie drogą kropelkową. Głównym czynnikiem chorobotwórczym jest wytwarzany przez niektóre szczepy bakterii maczugowca błonicy jad - toksyna błonicza.
2. Pijawki były niegdyś powszechnie stosowane do upuszczania krwi, jako "lekarstwo" na wiele chorób, co z reguły przynosiło pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Obecnie powszechnie wraca się do tej metody jako hirudoterapia - element medycyny alternatywnej, chociaż nie wykazano jej skuteczności w leczeniu żadnych schorzeń poza niektórymi przypadkami terapii stosowanej po przeszczepach kończyn. Jest to metoda obarczona ryzykiem, ze względu na możliwość przenoszenia chorób i pasożytów.
3. 1 list św. Piotra 2:9
Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem.

wtorek, 15 września 2009

Wyznania pana Harrisona, rozdz. 6

Rozdział 6

Panna Bullock stała na brzegu, patrząc smętnie, jak sądziłem, na wodę. Czyjś śmiech dochodził z łódki, która zatrzymała się wśród dużych, ładnych łodyg lilii wodnych „z powodu wiatru”, jak wyjaśniali, (tak naprawdę nikt nie wiedział, jak się wiosłuje, a łódź była nieporęczna, bo płaskodenna).
Panna Bullock nie widziała, że podszedłem do niej.
Kiedy powiedziałem, w jakim celu tu jestem, podniosła swoje wielkie, ciężkie, smutne oczy i spojrzała na mnie przez chwilę. Uderzyło mnie to, że spodziewała się znaleźć na mojej twarzy jakiegoś wrażenia, którego tam nie było, co przyniosło jej ulgę. Była bardzo blada, wyglądała na nieszczęśliwą, ale bardzo spokojną. Nie miała miłego sposobu bycia, ale w każdym razie nie była ani napastliwa, ani śmiała.

Zawołałem grupę na łódce, a oni dość powoli popłynęli w naszym kierunku przez szerokie, zielone liście lilii wodnych. Kiedy byli już blisko, zobaczyliśmy, że nie było dla nas miejsca, a panna Bullock powiedziała, że jeśli chciałbym wejść do łodzi, ona woli raczej zostać na łące i pospacerować. Jestem pewien, sądząc ze spojrzenia na jej oblicze, że mówiła prawdę. Ale panna Horsman zawołała zjadliwym, ostrym głosem, uśmiechając się w nieprzyjemny i znaczący sposób:
- Och, mama będzie niezadowolona, jeśli pani nie pójdzie, panno Bullock, po tych wszystkich jej wysiłkach zaaranżowania tego miłego zdarzenia.

Po usłyszeniu tych słów biedna dziewczyna zawahała się, i w końcu, w niezdecydowany sposób, jakby nie była pewna, czy czyni właściwie, zajęła miejsce Sophy w łodzi. Helen i Lizzie wysiadły wraz z siostrą, tak więc było tam dość miejsca dla panny Tomkinson, panny Horsman i małych Bullocków, a trzy córki pastora odeszły, spacerując po łące i bawiąc się z Walterem, który był bardzo podekscytowany.

Tarcza słońca zaczęła się zniżać, a słabnące światło było piękne nad wodą. Żeby dodać tej scenie uroku, Sophy i jej siostry, stojące na zielonej trawie przed halą, zaśpiewały niemiecki kanon, którego nigdy dotąd nie słyszałem: „O wie wohl ist mir am Abend” (1) .

W końcu przybiliśmy do brzegu, aby wysiąść na trawę. Herbata i palący się ogień oczekiwały nas w hali. Ofiarowałem swoje ramię pannie Horsman, ponieważ trochę kulała, ale znowu powiedziała w ten szczególnie nieprzyjemny sposób:
- Czy nie byłoby lepiej, gdyby pan zabrał pannę Bullock, panie Harrison. To byłoby bardziej satysfakcjonujące.

Jednakże pomogłem pannie Horsman wejść na schody, a potem powtórzyła swoją radę, więc pamiętając o tym, że panna Bullock jest przecież córką tych, którzy urządzili to przyjęcie, poszedłem do niej. Chociaż przyjęła moje ramię, mogłem zauważyć, że było jej przykro, że to zrobiłem.


Hala była oświetlona wspaniałym światłem pochodzącym z dużego, starego paleniska. Słońce zachodziło, a szerokie okna przepuszczały jego niknący blask przez swoje małe, ołowiane ramy okienne, ozdobione herbami. Żona gospodarza przygotowała ogromny stół, na którym były wyłożone różne, dobre wiktuały, a ogromny czarny czajnik gwizdał na ogniu i trzaskał, wysyłając przyjemne ciepło.

Pan Morgan (który, jak odkryłem, zrobił mały obchód w sąsiedztwie, wśród swoich pacjentów) pojawił się tam także, uśmiechając się i zacierając ręce, jak zwykle. Pan Bullock, stojąc w drzwiach do ogrodu, podtrzymywał rozmowę z gospodarzem na temat różnych rodzajów nawozu. Uderzyło mnie to, że jeśli pan Bullock znał wszystkie nazwy i teorię, gospodarz za to miał praktyczną wiedzę i doświadczenie. Wiem, któremu z nich mógłbym zaufać. Myślę, że pan Bullock lubił wspominać o Liebegu (2), jak słyszałem, bo brzmiało to dobrze i to nazwisko było znane.

Pani Bullock nie była w szczególnie łagodnym nastroju. Po pierwsze, chciałem usiąść obok córki pastora, a panna Caroline zdecydowanie pragnęła znaleźć się przy moim drugim boku, obawiając się, jak miałem wrażenie, swoich ataków omdleń. Ale pani Bullock zawołała mnie na miejsce blisko swojej córki.

Przecież, pomyślałem, wyświadczyłem dość grzeczności jej córce, która była raczej zirytowana moimi atencjami, a nie nimi ucieszona, więc teraz udawałem, że jestem zajęty poszukiwaniami rękawiczek panny Caroline, które gdzieś się zapodziały, i schyliłem się pod stołem. Ale bystre i surowe oczy pani Bullock wypatrywały mojego pojawienia się na miejscu i przywołała mnie znowu:
- Trzymam to miejsce po mojej prawej stronie dla pana, panie Harrison. Jemina, usiądź wreszcie!

Podniosłem się. Próbowałem zająć się nalewaniem kawy, aby ukryć moje rozgoryczenie, ale kiedy zapomniałem nalać wody (aby ogrzać filiżankę – wyjaśniała pani Bullock) i dodać cukru, dama powiedziała, że obędzie się bez moich usług i zwróciła się do mojego sąsiada po drugiej stronie.
- Rozmowa z młodą damą bez wątpienia jest powołaniem pana Harrisona, a nie asystowanie starszej.
Przypuszczam, że to zachowanie sprawiało, że słowa wydawały się bardziej napastliwe.

Panna Horsman siedziała naprzeciwko mnie, uśmiechając się. Panna Bullock nie odzywała się, ale wydawała się bardziej przygnębiona niż dotąd. W końcu panna Horsman i pani Bullock zaczęły toczyć wojnę na aluzje, które były zupełnie dla mnie niezrozumiałe i byłem bardzo zdenerwowany moją sytuacją. Tymczasem na odległym końcu stołu pan Morgan i pan Bullock do łez rozśmieszali młodych. Swój udział w tej zabawie miał pan Morgan, który nalegał na to, by parzyć herbatę na końcu, a Sophy i Helen były zajęte wymyślaniem wszystkich możliwych przeszkód.

Pomyślałem, że honor jest dobrą rzeczą, ale wesołość lepszą. Byłem tutaj, w miejscu wyróżnionym, nie słysząc nic poza strzępami rozmów i zagadkami.

W końcu nadszedł czas powrotu do domu. Kiedy zapadł wieczór, miejsca w powozach wydawały się najlepszym i najbardziej pożądanym schronieniem. Teraz Sophy ofiarowała się pójść do breku, tyle że była zaniepokojona, tak samo jak ja, czy Walter będzie bezpieczny od wpływu białej mgły napływającej z doliny, ale mały, silny, czuły chłopiec nie chciał być rozdzielony z Sophy. Przygotowała ciepłe miejsce dla niego w kącie breku i okryła go własnym szalem, a ja miałem nadzieję, że nic mu nie będzie.

Panna Tomkinson, pan Bullock i jakaś młoda dama szli pieszo, a ja byłem uwiązany do okien powozu, bo panna Caroline prosiła mnie, by jej nie zostawiać, gdyż panicznie bała się rozbójników. A pani Bullock błagała mnie, bym patrzył czy woźnica nie wywróci ich na złej drodze, bo z pewnością wypił za dużo.

Stałem się tak poirytowany, zanim dojechaliśmy do domu, że pomyślałem, że to najbardziej nieprzyjemny dzień rozrywki, jaki kiedykolwiek spędziłem. Z trudem znosiłem niekończący się ciąg pytań pani Rose. Powiedziała mi, jednakże, że, sądząc z mojej opowieści, dzień był tak uroczy, że powinna złagodzić rygor swojego odosobnienia i zacząć bywać w towarzystwie, którego dałem tak kuszący opis. Naprawdę myślała, że jej drogi pan Rose mógłby sobie tego życzyć, a jego wola po jego śmierci powinna być prawem, tak jak to było w całym jej życiu. Zgodnie zatem z jego życzeniami, mogła nawet dokonać gwałtu na swoich własnym uczuciach.

Była bardzo dobra i miła, nie tylko troszczyła się o wszystko co, jak sądziła, mogło prowadzić do mojej wygody, ale także podejmowała się dostarczania bulionu i pożywnego jedzenia, które często ordynowałem (nazywając to fizycznym pokrzepieniem) moim najbiedniejszym pacjentom. I naprawdę nie widziałem pożytku z jej zamknięcia się z powodu zwykłego podporządkowania się etykiecie, skoro chciała wejść w małe, spokojne towarzystwo Duncombe.

Zgodnie z tym, zachęcałem ją do składania wizyt i nawet, kiedy dotyczyło to tego co - jak sądziłem - miało na względzie życzenia zmarłego pana Rose, odpowiadałem za tego szlachetnego gentlemana i zapewniałem wdowę, że jestem przekonany, że on głęboko by żałował, że daje jej powód do tak nieumiarkowanego żalu i byłby jej wdzięczny, a nie temu przeciwny, widząc próby odwrócenia jej myśli przez złożenie kilku spokojnych wizyt.
Rozweseliła się i powiedziała:
- Kiedy naprawdę tak myślałam, że powinnam poświęcić swoje własne skłonności i przyjąć następne miłe zaproszenie, które nadejdzie.

--------------------------------------------------
Tłumaczenie: Gosia
Zdjęcia pochodzą z miniserialu "Cranford" (BBC 2007)

Przypisy:
1. Niemiecki tradycyjny kanon.
Oh, how good I feel in the evening,
In the evening,
When the bell rings for resting
Rings for resting
Bim! bam! bim! bam! bim! bam.

Kanon to najstarsza technika polifoniczna, oparta na ścisłej imitacji, w której melodię jednego głosu powtarzają kolejno z jednakowym opóźnieniem pozostałe głosy. Kanon to również nazwa utworu opartego na tej technice. Polskim przykładem jest „Panie Janie”.

2. Justus von Liebig (1803-1873) – niemiecki chemik. Wynalazł kostkę bulionową. Jest uważany za współtwórcę agrochemii (chemii rolnej). Nazywany jest "ojcem" nawozu, gdyż udowodnił teorię o mineralnym odżywaniu się roślin, co stało się podstawą do wytworzenia nowoczesnej chemii rolnej.