Choć
wielbiciele kultowego już miniserialu „North and South” z roku
2004 z niezapomnianymi rolami Richarda Armitage`a i Danieli
Denby-Ashe wiedzieli o istnieniu wcześniejszej wersji filmu, ale
nawet sami Brytyjczycy jej dobrze nie pamiętali. Wiadomo było jedynie, że
główne role w tej telewizyjnej adaptacji zagrali: Patrick Stewart i
Rosalie Shank, a film został nakręcony w 1975 roku. Niemałym więc
zaskoczeniem było wydanie tej wersji filmu na DVD w połowie 2013
roku. Teraz każdy może sam wyrobić sobie zdanie o tej produkcji.
Przede
wszystkim trzeba pamiętać o tym, że to 4-odcinkowy serial powstały w latach
70., gdy królowała forma teatralna ekranizacji. Tak było m.in. z
„Dumą i uprzedzeniem” z 1980 r. czy „Jane Eyre” z 1983 r.
Zgodnie z tym akcja „North and South” (1975) przeważnie toczy
się we wnętrzach, prawdopodobnie w dekoracjach teatralnych. Poza powrotem Margaret do Helstone, jedyne sceny, które robią wrażenie „zewnętrznych” to scena
zamieszek oraz migawki z podwórza przędzalni Thorntona. Przy tym
wnętrza są dość ciemne, a meble wyglądają na dość ciężkie.
Jest
to jednak na pewno wierniejsza adaptacja powieści Elizabeth Gaskell.
Świadczy o tym przede wszystkim kilka scen, których brak był nieco
krytykowany w wersji z 2004 roku.
 |
| Pierwsze spotkanie |
Pierwsza
z nich to ta, w której Margaret Hale poznaje Johna Thorntona. W
powieści Gaskell ma to miejsce w hotelu, w którym zatrzymała się
rodzina Hale`ów. W adaptacji z 1975 r. - w pustym jeszcze domu,
który wskazał im jako ewentualne przyszłe locum pośrednik. W
wersji z 2004 r. Margaret udaje się do przędzalni i tam po raz
pierwszy widzi Thorntona w gręplarni, w której on w dodatku tłucze
- bez opamiętania prawie - swojego pracownika za to, że ten trzymał
w rękach fajkę, co groziło zapaleniem się bawełny. Oczywiście
wiemy dlaczego Sandy Welch tak postanowiła poznać ze sobą
bohaterów: chciała ich z miejsca skonfliktować. Jednak wydaje się,
że nie było to konieczne, zwłaszcza zważywszy na to, że w wersji
z 1975 roku początkowa niechęć Margaret do Thorntona wydaje się
bardzo wiarygodna. Ci dwoje pochodzą z zupełnie innych światów, ona wychowała się w Londynie w dobrej dzielnicy, on jest fabrykantem z przemysłowego miasta. Jest człowiekiem zupełnie niepodobnym do ludzi,
których znała, gwałtowny i bezwzględny wobec robotników, kieruje się zasadą przetrwania w trudnych i zmieniających się
ekonomicznie warunkach, czego ona z początku nie chce zrozumieć.
 |
| Moja Margaret |
Drugie
ważne wydarzenie to oczywiście zamieszki w przędzalni. Wielu widzom
serialu z 2004 roku brakowało momentu wnoszenia Margaret przez Thorntona do salonu.
Tutaj jest taka scena i naprawdę dotąd nie wiem, czemu Sandy Welch
z niej zrezygnowała. Patrick Stewart z powodzeniem nie tylko niesie
Rosalie Shanks, ale nawet wnosi ją po schodach i nie wydaje się tym
zmęczony. ;)
 |
| Scena zamieszek |
Scena z robotnikami na podwórzu jest nieco niedopracowana, niektórzy z aktorów zachowują się jakby byli
totalnymi amatorami, bo śmieją się właściwie zamiast grać
rozwścieczonych ludzi, a Shanks gestykuluje i mówi do zgromadzonych
ludzi w sposób zupełnie teatralny.
Kolejny
element, na który warto zwrócić uwagę to moment, w którym
Thornton mówi słynną kwestię o „foolish passion”, która jest
„entirely over”. W powieści ma to miejsce na ulicy, gdy
bohaterowie spotykają się po wyjściu od Higginsa, w wersji z 1975
roku rozmowa odbywa się w domu Higginsa, tymczasem w miniserialu z
2004 roku w domu Hale`ów. Przy czym ta z filmu z Patrickiem
Stewartem i Rosalie Shanks wydaje mi się z tych trzech najlepsza. Interakcja
między bohaterami (włącznie z Higginsem, który z Thorntona nieco
pokpiwa) jest dość wiarygodna. Thornton ma nadzieję, że Margaret wyjaśni swoje zachowanie na stacji kolejowej, do końca wierzy, że istnieje jakieś wiarygodne wytłumaczenie. Ona jest zażenowana, tym bardziej, że nie może wyjawić mu prawdy. Thornton jest rozczarowany i wyrzuca z siebie słowa o tym, że jego miłość do niej się skończyła. Margaret zdaje sobie sprawę, że utraciła jego szacunek i wychodzi zasmucona.
 |
| W domu Higginsa |
Wreszcie
scena końcowa, jednocześnie uwielbiana w najnowszej wersji filmu i
krytykowana - za to, że scenarzyści nie trzymali się realiów
epoki. Ja także uważam, że to majstersztyk – jeśli
chodzi o kompozycję, grę aktorów, pracę scenografów,
kostiumologa, światło, makijaż (zjawiskowo ślicznie wygląda tu
Daniela Denby-Ashe, a Richard Armitage bardzo przystojnie), piękną
muzykę, ale przy tym zdaję sobie sprawę, że skoro skandalem było
obejmowanie szyi Thorntona przez Margaret, gdy broniła go przed
napaścią, to czymś naprawdę niewyobrażalnym było całowanie się
w biały dzień na peronie kolejowym.
 |
| Scena finałowa |
Dlatego przy całej miłości
do symbolicznej (bohaterowie spotykają się w połowie drogi między
Północą a Południem) sceny peronowej z 2004 roku, wydaje mi się,
że bliższa duchowi książki, a niepozbawiona emocji jest wersja z
1975 roku.
Warto
powiedzieć o innych różnicach, a zwłaszcza o głównych
bohaterach.
Chociaż trudno jest porównywać Richarda Armitage`a do
Patricka Stewarta, to jednak muszę przyznać, że ten ostatni nie
jest pozbawiony zalet. Oczywiście w kwestii urody trudno mu
rywalizować z Armitagem, ale trzeba przyznać, że w kilku scenach
wypada naprawdę nieźle. Jest na pewno bardziej gwałtowny, mówi
szybciej, zdecydowanie, wyrzuca z siebie słowa z energią, ale
jednocześnie w scenach miłosnych potrafi być ujmujący i miękki, nie tracąc
nic z męskości. Widać to już w momencie, gdy w czasie rozmowy z
matką mówi: „Mother, I can't believe that she really cares for
me” (Mamo, nie mogę uwierzyć, że jej na mnie naprawdę zależy). Mówi to jak mężczyzna, który się nie skarży, tylko stwierdza fakt. Jest to jego marzenie, w którego spełnienie nie jest w stanie uwierzyć.
 |
| John Thornton |
Jego „I love you, miss Hale” w scenie oświadczyn może budzić
dreszcz. Wreszcie w czasie rozmowy z Margaret w domu Higginsa, gdy
pyta ją, czy nie ma mu nic do wyjaśnienia, na jego twarzy widać
żar oczekiwania i nadziei, a potem rozczarowanie i zaciętość. I
wreszcie końcowa scena w bibliotece u ciotki Shaw, gdy powtarza
wezwanie „Margaret”, a później podaje Margaret róże z
Helstone, prosi ją o pocałunek i chce zabrać ze sobą. W tych
momentach jest naprawdę świetny. Niestety, czasem aktorsko
szarżuje, nazbyt teatralnie, zbyt gwałtownie wyrzuca z siebie
słowa, a zmiany nastroju i nagłe wybuchy są u niego nieco za gwałtowne.
 |
| Margaret Hale |
Z
kolei Rosalie Shanks w porównaniu z Danielą Denby-Ashe jest
bardziej posągowa. Coś na kształt Krzysi z „Pana
Wołłodyjowskiego” przy nieco dziewczęcej i niższej Baśce –
Danieli (która jednak w pewnych scenach też potrafi być posągowa). W pierwszym odcinku Margaret w wykonaniu Shanks wydaje
się kobietą o zdecydowanych poglądach, stanowczą i nieco
protekcjonalną wobec Thorntona, w scenie oświadczyn gwałtownie go
odrzuca, zresztą nic w tym dziwnego, skoro on kilka chwil wcześniej
ostro i nieprzyjemnie wyrażał się o uczestnikach zamieszek. W
wersji z 2004 roku bohaterowie kontaktują się ze sobą później
wielokrotnie, spotykają się na ulicy, Thornton przychodzi do pana
Hale`a na lekcje, Margaret widzi się z nim na Wielkiej Wystawie
Światowej w Londynie, jest też cały wątek z Leonardsem,
policjantem i kłamstwem Margaret. Ma szanse zobaczyć Thorntona w w
innym świetle, w dodatku to on ratuje ją ostatecznie przed
śledztwem.
 |
| Margaret i Edith u ciotki Shaw |
W filmie z 1975 roku tego wszystkiego nie ma (jest oczywiście spotkanie na peronie, gdy Thornton widzi ją z bratem, którego uznaje za jej ukochanego, jest rozmowa w domu Higginsa i moment pożegnania, który jednak wypada bardzo chłodno).
Wydaje się,
jakby to upokorzenie wobec matki Thorntona, która oskarża Margaret o złe
prowadzenie (z powodu spotkania z nieznajomym na peronie) oraz
świadomość utraty jego szacunku i miłości jest bodźcem dla
Margaret, która uświadamia sobie co straciła, a za chwilę zaczyna
cenić także to, co musi zostawić w Milton.
 |
| Scena oświadczyn |
W drugiej części serialu, a właściwie w ostatnim odcinku, Shanks często powtarza krótkie „Tak” cichym głosem, jest
niepewna i zagubiona. Nie ma pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów szansy na rozwój uczuć, tak jak to było w przypadku filmu z 2004 roku, (gdy spotykali się w różnych sytuacjach, a nawet Margaret mogła odczuwać zazdrość widząc pannę Latimer przy boku Thorntona), ale widz obserwując jej zachowanie, czuje, że nie tylko na odzyskaniu
szacunku w oczach przyjaciela ojca jej zależy (tak tłumaczy to panu
Bellowi), ale na czymś więcej. Thornton jako człowiek, który ma
pasję życia i walki z przeciwnościami jest tak różny od jej
londyńskich przyjaciół, że z niechęcią myśli o spędzeniu
reszty życia w tym miejscu, wśród tych ludzi. Gdy Thornton pojawia
się w Londynie jest gościem z zupełnie innego świata, który z czasem stał
jej się bliski. Co ciekawe, podobnie jak w książce, w tej
ostatniej scenie on nie przestaje być kupcem, prosząc ją o
pocałunek w zamian za różę, ale tym razem (odmiennie niż w
scenie oświadczyn czy jeszcze wcześniej) jego profesja jej nie
oburza, sama tak naprawdę dokonuje „transakcji” - „interesu”
który oczywiście jest tak naprawdę udzieleniem mu pomocy
finansowej – z miłości.
Kilka
słów o pozostałych bohaterach.
 |
| Pani Thornton |
Matkę
Thorntona w wersji z 2004 roku gra wspaniała Sinead Cusack, to jedna
z moich ulubionych postaci w tej ekranizacji. W książce pani
Thornton jawi się nieco niesympatycznie i zaborczo, ale Cusack mimo
sztywnej postawy i ciemnych sukni przydaje jej takiego niesamowitego
uroku, ze swoimi irlandzkimi ognikami w oczach, z lekkim uśmiechem w
kącikach ust, że po prostu ją uwielbiam. Trudno więc mi było
zaakceptować zupełnie inną Rosalie Crutchley w tej roli. Jest
mniej sympatyczna, zwłaszcza w scenie, w której zarzuca Margaret
złe prowadzenie. Jest tu chyba nawet ostrzejsza niż w książce. I
o dziwo, nosi czepki, podobnie jak pani Hale. Nie wyobrażam sobie w
czepku Sinead Cusack, zresztą i powieściowej pani Thornton jakoś w
takim nakryciu głowy nie widzę. Jednak z czasem można przyzwyczaić się do nieco innej pani Thornton. A nawet polubić ją zwłaszcza za sceny z synem, który się czasem z matką przekomarza.
Kolejna ważna postać to Higgins. Niewielki i nieco śmieszny Norman Jones
nie wytrzymuje porównania z pełnym męskiego uroku Brendanem Coylem
– przywódcą robotników. Ratuje go jednak sposób mówienia,
naśladujący żargon robotniczy i humor słowny, dzięki czemu można
go polubić.
 |
| Higgins i Boucher, w tle Bessy |
Irytująca jest za to Fanny – w wersji z 1975 zagrała
ją Pamela Moiseiwitchs. Ta Fanny jest bardzo infantylna i naprawdę
głupia, podczas gdy Jo Joyner (wersja z 2004) potrafiła z niej
zrobić zabawną postać, którą na swój sposób da się polubić.
I
pozostali: postać Henry Lennoxa jest dużo ciekawsza w nowej wersji
(John Light), podczas gdy w filmie z 1975 roku jest on po prostu
fircykiem - mydłkiem.
Z kolei pan Bell w starej wersji jest
prawdziwym ojcem chrzestnym, a więc starszym panem, przyjacielem
rodziny, a tymczasem w wykonaniu Briana Protheroe jest nieco frywolnym dojrzałym mężczyzną w
spodniach w kratkę, któremu jeszcze w głowie jakieś ewentualne
śluby z chrześnicą i którego bawi obserwowanie relacji Thorntona
z Margaret.
 |
| Pan Bell |
Wreszcie Boucher w produkcji z 2004 r. jest biednym
zrozpaczonym robotnikiem, któremu można współczuć, bo widać, że
naprawdę martwi się o rodzinę, tymczasem w filmie sprzed 30 lat
jest to postać niesympatyczna, wydaje się kierować jedynie
nienawiścią i trudno uwierzyć, że chodzi mu o głodującą
rodzinę Dopiero spojrzenie w głąb jego domu każe zweryfikować
to zdanie, choć pewnie nie do końca.
 |
| Margaret, Frederick i pan Hall |
Warto
jeszcze dodać, że oba filmy łączy Tim Piggot-Smith, który w
miniserialu z 2004 roku zagrał pana Hale`a, a w filmie z 1975 roku
- Fredericka, a więc syna pana Hale.
Na koniec wspomnę o scenie,
która mnie ubawiła – interwencja żołnierzy w chwili zamieszek.
Zamiast brutalnych stróżów porządku z wersji z 2014 roku, który
rozpędzają konno tłum, nie szczędząc robotnikom mocnych ciosów,
w starej wersji na puste już podwórze przędzalni wchodzi spokojnie
i sztywno kilku panów w mundurach. I oni mieli być groźni?
Wiele
by można jeszcze mówić, porównując te dwa filmy. Trudno być tu
obiektywnym. To wersja z 2004 roku spowodowała, że zainteresowałam
się twórczością Elizabeth Gaskell, ale obejrzenie adaptacji z
1975 roku było bardzo odświeżającym zajęciem. Uwypukliło nie
tylko zalety filmu Briana Percivala z fantastyczną muzyką Martina
Phippsa, ale i ujawniło pewne wady scenariusza Sandy Welch. Przede
wszystkim jednak pokazało możliwości, jakie drzemią w prozie
Gaskell, niewykorzystane dotąd przez filmowców. Może powstanie
kiedyś jeszcze inna ekranizacja tej powieści? Kilku XIX-wiecznych
autorów doczekało się już licznych adaptacji filmowych. Więc kto
wie?
Trailer "North and South" z 1975 roku: