Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

sobota, 14 lutego 2015

Gotyckie opowiadania Elizabeth Gaskell

Autorka znana z takich powieści, jak "Mary Barton", "Północ Południe", "Panie z Cranford" i "Żony i Córki", tworzyła także utwory zupełnie innego rodzaju. Wśród nich znalazły się opowieści gotyckie, których akcja osadzona jest w przeszłości, zwykle w XVIII wieku. Ich fabuła koncentruje się na wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu albo które krążyły w przekazywanych legendach. To mieszanka rzeczywistych wydarzeń z literacką fikcją.

Niektóre z tych utworów zostały zamieszczone w tomiku "Niesamowite historie", wydanym w 2014 roku przez wydawnictwo C&T. Znalazły się wśród nich "Szara Dama", o której już kiedyś pisałam  na tym blogu, a także "Klątwa rodu Griffithów", "Uboga klaryska" oraz "Opowieść dziedzica". 


W opowiadaniu "Opowieść dziedzica" (The Squire`s Story)  pisarka snuje historię związaną z domem w Knutsford, który stał tuż przy tym, w którym Gaskell sama dorastała. Fabuła opowiada o przystojnym i bogatym mężczyźnie, który przybywa do miasta w 1769 roku i wprowadza się do opuszczonego domostwa, którego "ściany pokryte były tynkiem o szarawym odcieniu", stąd nazwa Biały Dom. Tak głównego bohatera opisuje narrator: "Dżentelmen był wysoki, dobrze ubrany, przystojny, lecz w jego bystrych jasnoniebieskich oczach krył się złowieszczy zimny błysk, który mógłby nie przypaść do gustu uważnemu obserwatorowi". 
Nowy właściciel poddaje dom remontowi i wydaje sporą sumę pieniędzy na wystrój. Mężczyzna świetnie jeździ konno. Dzięki temu zostaje członkiem kółka myśliwskiego, nie musi przedstawiać nawet żadnych rekomendacji.  Sposobem bycia potrafi zjednać sobie sympatię społeczeństwa miasteczka. Miejscowy dziedzic nie odmawia mu gościny. Zapewniony przez  głównego łowczego Harry`ego co do uczciwości przybysza, nie oponuje nawet wtedy, gdy córka ucieka z mężczyzną i para bierze ślub w Gretna Green. Higgins wydaje się być dżentelmenem i ma pieniądze. Regularnie wyjeżdża do swych posiadłości na południu, by - jak twierdzi - wybrać czynsz dzierżawny. Po powrocie jednak zawsze zamyka się w niedostępnym miejscu i pije na umór. Co kryje się za tymi eskapadami? Prawda wychodzi na jaw, gdy pewnego dnia, pod wpływem alkoholu, a może czegoś jeszcze, opowiada znajomemu o pewnym strasznym wydarzeniu...
"Opowieść dziedzica" została napisana w 1853 roku dla bożonarodzeniowego numeru czasopisma Karola Dickensa "Household Words".

Drugim utworem jest "Klątwa rodu Griffithów" (Doom of the Griffiths), która jest związana z walijskimi legendami.  Opowiadanie pierwotnie ukazało się w numerze styczniowym pisma "Harper’s New Monthly Magazine" (wydawanego w Nowym Jorku w latach 1850 - 1899).  Fabuła koncentruje się wokół klątwy rzuconej na stary ród. To historia nieuchronnego przeznaczenia, które kieruje losami ojca i syna, doprowadzając do zbrodni. Kiedy Rhys ap Gryfydd zdradza swego najlepszego przyjaciela Owaina Glendwra (postać autentyczna - to książę walijski z królewskiego rodu Jorwerthów), ten rzuca klątwę na jego ród. Miało przeminąć osiem pokoleń, aż ostatni potomek rodu miał zgładzić swego ojca. Tak ród miał wygasnąć ostatecznie. Pamięć o klątwie była żywa i wydawało się, że los się odwócił, gdy Robert Griffith pojął za żonę łagodną córkę adwokata i wkrótce urodziła mu się córka, a kilka lat później syn. Matka jednak zmarła przy porodzie, a syn, przyszły dziedzic stał się jego jedyną pociechą. Ojciec otoczył syna czułą miłością. Opowiedział mu o legendzie, która miała się spełnić właśnie w tym pokoleniu. Początkowo jednak nic nie zwiastowało nieszczęścia, jednak przy boku ojca pojawiła się nowa żona...

Trzecim opowiadaniem jest "Uboga klaryska" (The Poor Clare), powstała dla grudniowych numerów "Household Words" w 1856 r.  Gotycka historia o niszczącej sile miłości, nienawiści i klątwy, pokazuje także napięcia społeczne ówczesnej Anglii. Wydawałoby się z początku, że to dość prosta opowieść, a jednak tak nie jest. Akcja tego trzyczęściowego utworu nie obejmuje jedynie hrabstwa Lancashire, ale w ostatniej części przenosi się do ogarniętej rewolucją Antwerpii, gdzie uczestniczymy w bitwie z Austriakami w czasach wielkiego głodu, który dotknął to miasto.

Historia dzieje się w XVIII wieku, a narratorem jest prawnik z Londynu, który pod koniec długiego życia, w 1747 roku opowiada o historii z młodości, gdy był początkującym kancelistą adwokackim.
Do starego dworu położonego w niecce Bolland w Lancashire przybywają państwo Starkey, którym towarzyszy kobieta w dojrzałym wieku - Irlandka Bridget Fitzgerald oraz jej córka, młoda piękna dziewczyna imieniem Maria. Obie wraz z panią domu przebywały w podróży po Europie. Dziedzic oddaje matce i córce mały osobny domek, żeby miały miejsce dla siebie. Młodej dziewczynie przykrzy się jednak spokojne życie, więc postanawia wyjechać do Europy i zatrudnić się jako pokojówka. Utrzymuje rzadki listowny kontakt z matką. Jednak po kilku latach słuch po niej ginie. W ostatnim liście pisała o poznanym dżentelmenie, za którego miała nadzieję wyjść za mąż. Matka rozpacza, bo nie wie, co się stało z córką. Pozostał jej tylko piesek, który był towarzyszem jej córki. Postanawia więc wyjechać do Europy w poszukiwaniu zaginionej. Wraca jednak z niczym, przekonana, że córka nie żyje. Staje się ponurym i wrogo odnoszącym się do innych odludkiem, wzbudza więc obawy wśród miejscowej ludności, która uważa ją za czarownicę. Pewnego dnia w czasie polowania jej ukochamy piesek, pamiątka po córce zostaje zastrzelony przez bogatego dżentelmena. Zrozpaczona kobieta powodowana nienawiścią rzuca klątwę na mężczyznę, żeby osoba, która go kocha, budziła odrazę w każdym, kto ją pozna...

Ale to dopiero początek opowieści. Jest też w niej zawarta trudna historia o miłości, która zdaje się niemal sielankowa na początku, by później przemienić się w coś zupelnie przeciwnego. To nie jest tylko historia klątwy, destruktywnych namiętności i skruchy, ale zawiera także elementy paranormalne. W tym utworze przebija również konflikt między protestantami a katolikami (nazywanymi tu papistami) - Bridget jest katoliczką w społeczeństwie angielskich protestantów.
To także kolejna z cyklu historia ilustrująca zdanie z Biblii: "grzechy ojców spadną na synów" - to zdanie jest wymieniane w "Ubogiej klarysce" kilkakrotnie.

Jak zaznaczają badacze, Gaskell używa gotyku dla celów moralnych. Jej czarownice i duchy są metaforą moralnych zbrodni, niszczących namiętności, cierpienia wiodącego nawet do okrucieństwa. Pisarka zgłębia temat zła, jego przyczyn, następstw, ale także skruchy i odkupienia. Opisuje to przez pryzmat racjonalistycznej filozofii moralnej unitarianizmu, nurtu religiijnego, do którego sama należała. Uważa więc, że zło nie jest nadprzyrodzone, ale ma podłoże moralne, wynika z ludzkich błędów,  cierpienia oraz uprzedzeń społecznych.

Źródła:
1. Elizabeth Gaskell, Niesamowite historie. Toruń: C&T, 2014.
2. Ilustracja: Sol Eytinge. Źródło: Victorian Web.
3. Ilustracja. The Waiting Time - Frederick Sandys. Źródło: Victorian Web.
4. Unitarianizm – jeden z głównych nurtów reformacji.

sobota, 7 lutego 2015

"Lois the Witch" - już wkrótce polskie wydanie

Wydawnictwo C&T, które opublikowało niedawno "Niesamowite historie", teraz wydaje kolejne dzieło Elizabeth Gaskell:  "Panna Lois od czarów", w tłumaczeniu Agnieszki Klonowskiej.

Oryginalny tytuł tego utworu brzmi "Lois the Witch". Pierwotnie ta trzyczęściowa nowela ukazała się w 1859 roku w angielskim tygodniku "All the Year Round", kierowanym przez Karola Dickensa (numery 564, 587 i 609). Później już w zbiorowym wydaniu książkowym zatytułowanym "Lois the Witch and other Tales" (wraz z "Grey Woman", "Doom of the Griffiths", "The Half-Brothers" i "The Crooked Branch"). 

Data polskiej premiery rynkowej to 27 lutego 2015.

Oto opis książki:
Życie w Barford, na brytyjskiej prowincji, nie było może dla Lois Barclay czymś ekscytującym. Mieszkała tam z rodzicami. I gdy ci zmarli, została sama na świecie. Nie licząc wuja, Ralpha Hicksona z Salem, w Nowej Anglii - czyli daleko, za oceanem. I tam miała teraz po długiej, morskiej podróży trafić Lois. „Biedne, biedne dziewczę! Obcy to dla niej kraj, obcy ludzie... będzie się czuła tu samotna i opuszczona... Dziwaczni są ci ludzie z Nowej Anglii... Nic, tylko się modlą, zawsze na kolanach”. A trzeba jeszcze wiedzieć, że było to w czasach, kiedy rzekome uroki rzucane przez czarownice traktowano poważnie. I to właśnie Salem stało się miejscem okrutnych wydarzeń, w których Lois miała odegrać ważną rolę...

czwartek, 5 lutego 2015

Odnalezione XIX-wieczne tłumaczenie "My Lady Ludlow" i "The Doom of the Griffiths"

    Odkryłam właśnie pierwsze polskie tłumaczenie powieści Elizabeth Gaskell. Opis katalogowy tej publikacji ukazał się stosunkowo niedawno w katalogu Biblioteki Narodowej.

    Mowa tu o wydaniu powieści "My Lady Ludlow", które zostało opublikowane po polsku w Petersburgu pt. "Ledi Ledlou. Wspomnienia Angielki" . Jak zaznaczono, jest to przekład z "Household Words" Karola Dickensa. 
    W I tomie "Bibliografii XIX wieku" Karola Estreichera to dzieło jest błędnie przypisywane właśnie Dickensowi. Książka, co warto podkreślić, została wydana w 1861 roku, a więc za życia Gaskell! Trzy lata po publikacji w czasopiśmie brytyjskim, dwa lata po angielskiej książkowej edycji, Okazuje się więc, że Polska nie była tak bardzo opóźniona w odkrywaniu tej angielskiej autorki. 

    "Ledi Ledlou" została wydana nakładem tłumacza (sam wydawca?) przez Jozafata Ohryzko (1827-1890) prawnika, wydawcę i działacza politycznego. Ohryzko przybył do Peterburga w 1845 roku, ukończył studia na wydziale prawa uniwersytetu petersburskiego, w 1849 roku pracował w zarządzie majątku rodziny magnackiej, później wrócił do służby państwowej w Ministerstwie Skarbu. Założył drukarnię, w której w 1859 roku wydawał czasopismo "Słowo". Za opublikowanie tam nieprawomyślnych materiałów został skazany na miesiąc twierdzy pietropawłowskiej. Po wyjściu z więzienia zebrany materiał wydał w dwóch tomach "Pism Zbiorowych". 

        W latach 1859-1962 Jozafat Ohryzko ogłosił kilka dzień historycznych i literackich.
W lutym 1863 roku został komisarzem powstańczym na Sankt Petersburg. Aresztowany w listopadzie 1864 roku, w 1865 roku został skazany na karę śmierci, zamienioną na dwudziestoletnią katorgę.  Zmarł na zesłaniu.


 

    Przy okazji przypadkowo odnalazłam opublikowany w "Tygodniku Mód" inny utwór Gaskell: "Rodzina Griffith: opowiadanie historyczne przez Lady Gaskell". Powieść była drukowana w 1870 roku w trzech numerach tego czasopisma: od 38 do 40 numeru. Autorką przekładu była Joanna Belejowska.

    Opowiadanie Gaskell "Doom of the Griffiths" pierwotnie ukazało się w numerze styczniowym "Harper’s New Monthly Magazine" (czasopisma wydawanego w Nowym Jorku w latach 1850 - 1899).  Fabuła koncentruje się wokół klątwy rzuconej na walijski ród. To nowa wersja mitu o Edypie, odtwarzająca jednocześnie starą walijską legendę. To historia zdrady i nieuchronnego przeznaczenia.
Jak stwierdzono poniżej tytułu: opowiadanie została "napisane wyłącznie" (exclusively) dla tego amerykańskiego czasopisma przez panią Gaskell - "autorkę "Mary Barton etc"..

 


Teraz kilka słów o polskiej tłumaczce i czasopiśmie, w którym ukazał się przekład tego dziełka.

Joanna Małgorzata Belejowska z Pomianowskich (1820-1904) to pisarka i tłumaczka literatury francuskiej i angielskiej, szczególnie dla młodzieży.  Jej tłumaczenia (zgodnie z tendencjami ówcześnie panującymi) są skrótami i adaptacjami. Tak jest i w tym przypadku. Co ciekawe, zakończenie jest rozbudowane, inaczej niż w wersji oryginalnej, gdzie ostateczne losy bohaterów zamknięto w jednym enigmatycznym zdaniu.
Belejowska była faktyczną redaktorką naczelną ilustrowanego czasopisma dla kobiet "Tygodnika Mód i Powieści" a prowadził je i firmował własnym nazwiskiem jego właściciel Jan Kanty Gregorowicz.


Tygodnik Mód był ilustrowanym magazynem kulturalnym i beletrystycznym dla kobiet, ukazującym się w Warszawie w latach 1862-1915 (w ostatnich latach jako "Tygodnik Mód i Powieści"), redagowanym i wydawanym przez dziennikarza i pisarza Jana Kantego Gregorowicza, a następnie przez warszawskiego drukarza i nakładcę Emiliana Skiwskiego i Wacława Podwińskiego. Było to w założeniu pismo masowe, prowadzono tam dział porad praktycznych, lecz miało ono także ambicje literackie i beletrystyczne.

A tu link do opublikowanej w e-Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego "Rodziny Griffiths" Elizabeth Gaskell w przekładzie Joanny Belejowskiej:
https://crispa.uw.edu.pl/object/files/273638/display/Default

Przypomnę na koniec, że "Klątwę rodu Griffiths" w nowym tłumaczeniu Ewy Horodyskiej wydano w ubiegłym roku w tomiku "Niesamowite historie" (Toruń C&T, 2014) wraz z kilkoma innymi utworami. O tym więcej:

http://gaskellnorthsouth.blogspot.com/2014/10/niesamowite-historie-gaskell-jako.html

Aktualizacja: Oto link do jedynego polskiego przekładu "My Lady Ludlow" który na moją prośbę zeskanowano i umieszczono na stronie POLONY: LEDI LEDLOU.


Przypisy:
1. Katalog Biblioteki Narodowej:
Ledi Ledlou: wspomnienia Angielki / tł. z Household Words" Dikkensa.
Petersburg: nakładem tłumacza, 1861 (Petersburg : J. Ohryzko). - [2], 221 s. ; 18 cm. 
Tyt. oryg.: My Lady Ludlow, 1859. Na książce pseud.  aut., nazwa: Elizabeth Gaskell.
2. Informacja o Jozafacie Ohryzko: wikipedia oraz Książka polska w Petersburgu (1773-1920), w: Acta Universitatis Lodziensis. Folia Librorum 6, 19-32 - 1995.
3. Rodzina Griffiths w: Tygodnik Mód / red. J.K. Gregorowicz.
4. Informacja o Joannie Belejowskiej: wikipedia.
5. Informacja o Tygodniku Mód i Nowości: eduteka.

sobota, 31 stycznia 2015

North and South 1975 vs. North and South 2004

Choć wielbiciele kultowego już miniserialu „North and South” z roku 2004 z niezapomnianymi rolami Richarda Armitage`a i Danieli Denby-Ashe wiedzieli o istnieniu wcześniejszej wersji filmu, ale nawet sami Brytyjczycy jej dobrze nie pamiętali. Wiadomo było jedynie, że główne role w tej telewizyjnej adaptacji zagrali: Patrick Stewart i Rosalie Shank, a film został nakręcony w 1975 roku. Niemałym więc zaskoczeniem było wydanie tej wersji filmu na DVD w połowie 2013 roku. Teraz każdy może sam wyrobić sobie zdanie o tej produkcji.

Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że to 4-odcinkowy serial powstały w latach 70., gdy królowała forma teatralna ekranizacji. Tak było m.in. z „Dumą i uprzedzeniem” z 1980 r. czy „Jane Eyre” z 1983 r. Zgodnie z tym akcja „North and South” (1975) przeważnie toczy się we wnętrzach, prawdopodobnie w dekoracjach teatralnych. Poza powrotem Margaret do Helstone, jedyne sceny, które robią wrażenie „zewnętrznych” to scena zamieszek oraz migawki z podwórza przędzalni Thorntona. Przy tym wnętrza są dość ciemne, a meble wyglądają na dość ciężkie.

Jest to jednak na pewno wierniejsza adaptacja powieści Elizabeth Gaskell. Świadczy o tym przede wszystkim kilka scen, których brak był nieco krytykowany w wersji z 2004 roku.

Pierwsze spotkanie
Pierwsza z nich to ta, w której Margaret Hale poznaje Johna Thorntona. W powieści Gaskell ma to miejsce w hotelu, w którym zatrzymała się rodzina Hale`ów. W adaptacji z 1975 r. - w pustym jeszcze domu, który wskazał im jako ewentualne przyszłe locum pośrednik. W wersji z 2004 r. Margaret udaje się do przędzalni i tam po raz pierwszy widzi Thorntona w gręplarni, w której on w dodatku tłucze - bez opamiętania prawie - swojego pracownika za to, że ten trzymał w rękach fajkę, co groziło zapaleniem się bawełny. Oczywiście wiemy dlaczego Sandy Welch tak postanowiła poznać ze sobą bohaterów: chciała ich z miejsca skonfliktować. Jednak wydaje się, że nie było to konieczne, zwłaszcza zważywszy na to, że w wersji z 1975 roku początkowa niechęć Margaret do Thorntona wydaje się bardzo wiarygodna. Ci dwoje pochodzą z zupełnie innych światów, ona wychowała się w Londynie w dobrej dzielnicy, on jest fabrykantem z przemysłowego miasta. Jest człowiekiem zupełnie niepodobnym do ludzi, których znała, gwałtowny i bezwzględny wobec robotników, kieruje się zasadą przetrwania w trudnych i zmieniających się ekonomicznie warunkach, czego ona z początku nie chce zrozumieć.

Moja Margaret
Drugie ważne wydarzenie to oczywiście zamieszki w przędzalni. Wielu widzom serialu z 2004 roku brakowało momentu wnoszenia Margaret przez Thorntona do salonu. Tutaj jest taka scena i naprawdę dotąd nie wiem, czemu Sandy Welch z niej zrezygnowała. Patrick Stewart z powodzeniem nie tylko niesie Rosalie Shanks, ale nawet wnosi ją po schodach i nie wydaje się tym zmęczony. ;)

Scena zamieszek
 Scena z robotnikami na podwórzu jest nieco niedopracowana, niektórzy z aktorów zachowują się jakby byli totalnymi amatorami, bo śmieją się właściwie zamiast grać rozwścieczonych ludzi, a Shanks gestykuluje i mówi do zgromadzonych ludzi w sposób zupełnie teatralny.

Kolejny element, na który warto zwrócić uwagę to moment, w którym Thornton mówi słynną kwestię o „foolish passion”, która jest „entirely over”. W powieści ma to miejsce na ulicy, gdy bohaterowie spotykają się po wyjściu od Higginsa, w wersji z 1975 roku rozmowa odbywa się w domu Higginsa, tymczasem w miniserialu z 2004 roku w domu Hale`ów. Przy czym ta z filmu z Patrickiem Stewartem i Rosalie Shanks wydaje mi się z tych trzech najlepsza. Interakcja między bohaterami (włącznie z Higginsem, który z Thorntona nieco pokpiwa) jest dość wiarygodna. Thornton ma nadzieję, że Margaret wyjaśni swoje zachowanie na stacji kolejowej, do końca wierzy, że istnieje jakieś wiarygodne wytłumaczenie. Ona jest zażenowana, tym bardziej, że nie może wyjawić mu prawdy. Thornton jest rozczarowany i wyrzuca z siebie słowa o tym, że jego miłość do niej się skończyła. Margaret zdaje sobie sprawę, że utraciła jego szacunek i wychodzi zasmucona.
W domu Higginsa
Wreszcie scena końcowa, jednocześnie uwielbiana w najnowszej wersji filmu i krytykowana - za to, że scenarzyści nie trzymali się realiów epoki. Ja także uważam, że to majstersztyk – jeśli chodzi o kompozycję, grę aktorów, pracę scenografów, kostiumologa, światło, makijaż (zjawiskowo ślicznie wygląda tu Daniela Denby-Ashe, a Richard Armitage bardzo przystojnie), piękną muzykę, ale przy tym zdaję sobie sprawę, że skoro skandalem było obejmowanie szyi Thorntona przez Margaret, gdy broniła go przed napaścią, to czymś naprawdę niewyobrażalnym było całowanie się w biały dzień na peronie kolejowym.
Scena finałowa

Dlatego przy całej miłości do symbolicznej (bohaterowie spotykają się w połowie drogi między Północą a Południem) sceny peronowej z 2004 roku, wydaje mi się, że bliższa duchowi książki, a niepozbawiona emocji jest wersja z 1975 roku.

Warto powiedzieć o innych różnicach, a zwłaszcza o głównych bohaterach.

Chociaż trudno jest porównywać Richarda Armitage`a do Patricka Stewarta, to jednak muszę przyznać, że ten ostatni nie jest pozbawiony zalet. Oczywiście w kwestii urody trudno mu rywalizować z Armitagem, ale trzeba przyznać, że w kilku scenach wypada naprawdę nieźle. Jest na pewno bardziej gwałtowny, mówi szybciej, zdecydowanie, wyrzuca z siebie słowa z energią, ale jednocześnie w scenach miłosnych potrafi być ujmujący i miękki, nie tracąc nic z męskości. Widać to już w momencie, gdy w czasie rozmowy z matką mówi: „Mother, I can't believe that she really cares for me” (Mamo, nie mogę uwierzyć, że jej na mnie naprawdę zależy). Mówi to jak mężczyzna, który się nie skarży, tylko stwierdza fakt. Jest to jego marzenie, w którego spełnienie nie jest w stanie uwierzyć.

John Thornton
 Jego „I love you, miss Hale” w scenie oświadczyn może budzić dreszcz. Wreszcie w czasie rozmowy z Margaret w domu Higginsa, gdy pyta ją, czy nie ma mu nic do wyjaśnienia, na jego twarzy widać żar oczekiwania i nadziei, a potem rozczarowanie i zaciętość. I wreszcie końcowa scena w bibliotece u ciotki Shaw, gdy powtarza wezwanie „Margaret”, a później podaje Margaret róże z Helstone, prosi ją o pocałunek i chce zabrać ze sobą. W tych momentach jest naprawdę świetny. Niestety, czasem aktorsko szarżuje, nazbyt teatralnie, zbyt gwałtownie wyrzuca z siebie słowa, a zmiany nastroju i nagłe wybuchy są u niego nieco za gwałtowne.
Margaret Hale

Z kolei Rosalie Shanks w porównaniu z Danielą Denby-Ashe jest bardziej posągowa. Coś na kształt Krzysi z „Pana Wołłodyjowskiego” przy nieco dziewczęcej i niższej Baśce – Danieli (która jednak w pewnych scenach też potrafi być posągowa). W pierwszym odcinku Margaret w wykonaniu Shanks wydaje się kobietą o zdecydowanych poglądach, stanowczą i nieco protekcjonalną wobec Thorntona, w scenie oświadczyn gwałtownie go odrzuca, zresztą nic w tym dziwnego, skoro on kilka chwil wcześniej ostro i nieprzyjemnie wyrażał się o uczestnikach zamieszek. W wersji z 2004 roku bohaterowie kontaktują się ze sobą później wielokrotnie, spotykają się na ulicy, Thornton przychodzi do pana Hale`a na lekcje, Margaret widzi się z nim na Wielkiej Wystawie Światowej w Londynie, jest też cały wątek z Leonardsem, policjantem i kłamstwem Margaret. Ma szanse zobaczyć Thorntona w w innym świetle, w dodatku to on ratuje ją ostatecznie przed śledztwem.
Margaret i Edith u ciotki Shaw
W filmie z 1975 roku tego wszystkiego nie ma (jest oczywiście spotkanie na peronie, gdy Thornton widzi ją z bratem, którego uznaje za jej ukochanego, jest rozmowa w domu Higginsa i moment pożegnania, który jednak wypada bardzo chłodno).

Wydaje się, jakby to upokorzenie wobec matki Thorntona, która oskarża Margaret o złe prowadzenie (z powodu spotkania z nieznajomym na peronie) oraz świadomość utraty jego szacunku i miłości jest bodźcem dla Margaret, która uświadamia sobie co straciła, a za chwilę zaczyna cenić także to, co musi zostawić w Milton.
Scena oświadczyn

W drugiej części serialu, a właściwie w ostatnim odcinku, Shanks często powtarza krótkie „Tak” cichym głosem, jest niepewna i zagubiona. Nie ma pomiędzy dwojgiem głównych bohaterów szansy na rozwój uczuć, tak jak to było w przypadku filmu z 2004 roku, (gdy spotykali się w różnych sytuacjach, a nawet Margaret mogła odczuwać zazdrość widząc pannę Latimer przy boku Thorntona), ale widz obserwując jej zachowanie, czuje, że nie tylko na odzyskaniu szacunku w oczach przyjaciela ojca jej zależy (tak tłumaczy to panu Bellowi), ale na czymś więcej. Thornton jako człowiek, który ma pasję życia i walki z przeciwnościami jest tak różny od jej londyńskich przyjaciół, że z niechęcią myśli o spędzeniu reszty życia w tym miejscu, wśród tych ludzi. Gdy Thornton pojawia się w Londynie jest gościem z zupełnie innego świata, który z czasem stał jej się bliski. Co ciekawe, podobnie jak w książce, w tej ostatniej scenie on nie przestaje być kupcem, prosząc ją o pocałunek w zamian za różę, ale tym razem (odmiennie niż w scenie oświadczyn czy jeszcze wcześniej) jego profesja jej nie oburza, sama tak naprawdę dokonuje „transakcji” - „interesu” który oczywiście jest tak naprawdę udzieleniem mu pomocy finansowej – z miłości.

Kilka słów o pozostałych bohaterach.

Pani Thornton
Matkę Thorntona w wersji z 2004 roku gra wspaniała Sinead Cusack, to jedna z moich ulubionych postaci w tej ekranizacji. W książce pani Thornton jawi się nieco niesympatycznie i zaborczo, ale Cusack mimo sztywnej postawy i ciemnych sukni przydaje jej takiego niesamowitego uroku, ze swoimi irlandzkimi ognikami w oczach, z lekkim uśmiechem w kącikach ust, że po prostu ją uwielbiam. Trudno więc mi było zaakceptować zupełnie inną Rosalie Crutchley w tej roli. Jest mniej sympatyczna, zwłaszcza w scenie, w której zarzuca Margaret złe prowadzenie. Jest tu chyba nawet ostrzejsza niż w książce. I o dziwo, nosi czepki, podobnie jak pani Hale. Nie wyobrażam sobie w czepku Sinead Cusack, zresztą i powieściowej pani Thornton jakoś w takim nakryciu głowy nie widzę. Jednak z czasem można przyzwyczaić się do nieco innej pani Thornton. A nawet polubić ją zwłaszcza za sceny z synem, który się czasem z matką przekomarza.

Kolejna ważna postać to Higgins. Niewielki i nieco śmieszny Norman Jones nie wytrzymuje porównania z pełnym męskiego uroku Brendanem Coylem – przywódcą robotników. Ratuje go jednak sposób mówienia, naśladujący żargon robotniczy i humor słowny, dzięki czemu można go polubić.
Higgins i Boucher, w tle Bessy
Irytująca jest za to Fanny – w wersji z 1975 zagrała ją Pamela Moiseiwitchs. Ta Fanny jest bardzo infantylna i naprawdę głupia, podczas gdy Jo Joyner (wersja z 2004) potrafiła z niej zrobić zabawną postać, którą na swój sposób da się polubić.

I pozostali: postać Henry Lennoxa jest dużo ciekawsza w nowej wersji (John Light), podczas gdy w filmie z 1975 roku jest on po prostu fircykiem - mydłkiem.

Z kolei pan Bell w starej wersji jest prawdziwym ojcem chrzestnym, a więc starszym panem, przyjacielem rodziny, a tymczasem w wykonaniu Briana Protheroe jest nieco frywolnym dojrzałym mężczyzną w spodniach w kratkę, któremu jeszcze w głowie jakieś ewentualne śluby z chrześnicą i którego bawi obserwowanie relacji Thorntona z Margaret.

Pan Bell
Wreszcie Boucher w produkcji z 2004 r. jest biednym zrozpaczonym robotnikiem, któremu można współczuć, bo widać, że naprawdę martwi się o rodzinę, tymczasem w filmie sprzed 30 lat jest to postać niesympatyczna, wydaje się kierować jedynie nienawiścią i trudno uwierzyć, że chodzi mu o głodującą rodzinę Dopiero spojrzenie w głąb jego domu każe zweryfikować to zdanie, choć pewnie nie do końca.
Margaret, Frederick i pan Hall

Warto jeszcze dodać, że oba filmy łączy Tim Piggot-Smith, który w miniserialu z 2004 roku zagrał pana Hale`a, a w filmie z 1975 roku - Fredericka, a więc syna pana Hale.

 Na koniec wspomnę o scenie, która mnie ubawiła – interwencja żołnierzy w chwili zamieszek. Zamiast brutalnych stróżów porządku z wersji z 2014 roku, który rozpędzają konno tłum, nie szczędząc robotnikom mocnych ciosów, w starej wersji na puste już podwórze przędzalni wchodzi spokojnie i sztywno kilku panów w mundurach. I oni mieli być groźni?

Wiele by można jeszcze mówić, porównując te dwa filmy. Trudno być tu obiektywnym. To wersja z 2004 roku spowodowała, że zainteresowałam się twórczością Elizabeth Gaskell, ale obejrzenie adaptacji z 1975 roku było bardzo odświeżającym zajęciem. Uwypukliło nie tylko zalety filmu Briana Percivala z fantastyczną muzyką Martina Phippsa, ale i ujawniło pewne wady scenariusza Sandy Welch. Przede wszystkim jednak pokazało możliwości, jakie drzemią w prozie Gaskell, niewykorzystane dotąd przez filmowców. Może powstanie kiedyś jeszcze inna ekranizacja tej powieści? Kilku XIX-wiecznych autorów doczekało się już licznych adaptacji filmowych. Więc kto wie?

Trailer "North and South" z 1975 roku: