piątek, 20 lutego 2009

Mary Barton - scena pożaru fabryki

[fragment powieści]

Zachodnie skrzydło fabryki, ku któremu wiatr pędził szalejące płomienie, było przykryte jak gdyby kopułą i ozdobione wieżyczkami triumfującego ognia. Wysuwał on z każdego otworu okiennego piekielne języki, które z miłosną niemal pasją lizały czarne ściany.

Płomienie chwiały się lub ustępowały przed potężnym wichrem poto tylko, aby ukazać się wyżej i jeszcze wyżej, aby niszczyć i huczeć z większą jeszcze furią. Ta część dachu zapadła się z ogłuszającym trzaskem, tymczasem zaś tłum parł coraz natarczywiej na Dunham Street — czymże bowiem były wspaniałe i straszliwe płomienie, czymże były walące się krokwie i chwiejące się ściany w porównaniu z życiem ludzkim?

Tam gdzie pustoszące płomienie odepchnięte zostały przez potęż-niejsze jeszcze podmuchy wiatru, lecz gdzie mimo to kłęby czarnego dymu buchały z każdego otworu, tam przy jednym z okien lub raczej drzwi na czwartym piętrze, gdzie umocowany był żuraw do podnoszenia towarów, tam chwilami, gdy na moment rozwiewały się gęste kłęby dymu, dojrzeć było można postacie dwóch mężczyzn błagalnie wyciągających ręce. Z niewiadomych bliżej przyczyn robotnicy ci pozostali w fabryce po odejściu całej załogi, a ponieważ wiatr przeniósł ogień na drugą stronę budynku, nie zauważyli ani nie usłyszeli nic niepokojącego.

Zrozumieli niebezpieczeństwo dopiero w długi czas potem — jeżeli w ogóle można rzec, że cokolwiek trwało długo w tym paśmie okropności, które wydarzyły się w nie-spełna pół godziny — kiedy ogień zniszczył stare drewniane schody w odległym krańcu budynku. Nie jestem pewna, czy ci dwaj ludzie nie uświadomili sobie po raz pierwszy grozy położenia dopiero wówczas, gdy usłyszeli wrzawę zbierającego się na dole tłumu.

— Dlaczego nie ma pomp strażackich? — zwróciła się Margaret do swego sąsiada.
— Nadjadą pewnie niedługo; ale co sobie panna wyobrażasz, przecież to najwyżej dziesięć minut, jakeśmy zauważyli pożar. A przy tym wietrze i suszy stara buda pali się jak hubka.
— Czy nikt nie poszedł po drabinę? — wyjąkała z trudem Mary, patrząc na uwięzionych w płonącym budynku mężczyzn, którzy wyraźnie, choć niedosłyszalnie, błagali zebrany na dole tłum o ratunek.
— A jakże, syn Wilsona i jeszcze jakiś drugi pobiegli co sił w nogach. Pewno będzie z pięć minut temu. Ale mularze, kamie-niarze i w ogóle inni robotnicy po skończeniu pracy pozamykali składy.

A więc mężczyzna, którego postać majaczyła na tle wciąż wzmagającej się, posępnej, gorejącej łuny światła, ilekroć wichura rozpraszała zasłonę dymu, nazywał się Wilson. „Czy to George Wilson?" — pomyślała Mary słabnąc z przerażenia. Wiedziała, że Ge-orge pracuje u Carsonów. W pierwszej jednak chwili nie przypuszczała nawet, że jakiekolwiek życie ludzkie jest w niebezpieczeństwie. Skoro sobie to uświadomiła, a dodamy do tego jeszcze żar w powietrzu, ryk ognia, migotliwe światło i podniecenie pomrukującego tłumu, zaczęła niemal tracić zmysły.

— Och, Margaret, chodźmy do domu; nie wytrzymam tu dłużej.— Nie wydostaniemy się! Spójrz tylko, jak jesteśmy otoczone przez tłum. Biedna Mary, nie będziesz drugi raz tęskniła za pożarem. Słuchaj! Słuchaj!

Ponad głowami przycichłego tłumu, który cisnął się wokół narożnika fabryki i wypełniał Dunham Street, popłynął odgłos dudnienia toczącej się po bruku maszyny, ciężkiego, szybkiego stuku końskich kopyt.

— Bogu dzięki! — odezwał się sąsiad Margaret. — Przyjechała pompa.
Znowu zaległa cisza; szpunty w studni zamarzły i woda nie mogła się wydostać.

Potem tłum zafalował, ci z pierwszych rzędów zaczęli napierać na tych, którzy stali za nimi, aż dziewczętom zrobiło się słabo od naporu zaciskającego się wciąż wokół nich pierścienia ludzkich ciał. Potem znów chwila odprężenia i możność zaczerpnięcia oddechu.

— To przechodził właśnie młody Wilson i jeden strażak, nieśli drabinę — odezwał się sąsiad Margaret, wysoki mężczyzna góru-jący nad tłumem.
— Och, powiedzcie nam, co widzicie — błagała Mary.
— Przystawili drabinę do ściany szynku. Jeden z mężczyzn w fabryce upadł; głowę dam, że go dym zamroczył. Ale podłoga jeszcze się tam trzyma. Boże! — zawołał sąsiad Margaret przenosząc wzrok niżej — drabina jest za krótka! Teraz już po nich, biedakach! Ogień powoli, ale ciągle przenosi się na tę stronę hali i zanim zdobędą wodę albo przyniosą drugą drabinę, tamci jak amen w pacierzu wyzioną ducha. Boże, zmiłuj się nad nimi!

W ciszy, która zawisła nad tłumem, rozległ się kobiecy szloch. Ciżba znowu została odepchnięta do tyłu. Mary uczepiła się ramienia Margaret, zacisnęła na nim kurczowo dłonie, pragnęła zemdleć, stracić przytomność, uciec przed rozpaczliwym smutkiem, jaki odczuwała. Minęło kilka minut.
— Wnieśli drabinę do „Świątyni Apollina". Nie mogą przedostać się z nią z powrotem na podwórze, z którego ją zabrali.

Z piersi ludzi wyrwał się potężny okrzyk, który mógłby zbudzić umarłego. Wysoko nad głowami ukazał się podrygujący na wietrze koniec drabiny wysuniętej z okna na poddaszu w szczytowej ścianie szynku, niemal naprzeciw drzwi, w których widziano przedtem obu mężczyzn. Ci, którzy stali najbliżej fabryki, a co za tym idzie, najlepiej mogli widzieć okienko na poddaszu, powiedzieli, że kilku męż-czyzn trzymało koniec drabiny i uwiesiwszy się na niej ciężarem ciał przesuwało ją do otworu w hali fabrycznej na czwartym piętrze. Ramę okienną na poddaszu wyjęto, zanim tłum na dole zdał sobie sprawę z czynionych przygotowań.

Wreszcie — bo czas odmierzany biciem serc wlókł się nieznośnie, choć upłynęły zaledwie dwie minuty — drabina została umocowana na zawrotnej wysokości niby napowietrzny most ponad wąskim tunelem ulicy.

Znieruchomiałe, pełne niepokoju spojrzenia zawisły na owym moście; nawet oddechy zdawały się milknąć w pełnym napięcia oczekiwaniu. Postaci dwóch mężczyzn nie było teraz widać, lecz wiatr, który przez chwilę dął jeszcze silniej, przepędził nacierające płomienie na drugą stronę budynku.

Tuż nad głowami dziewczęta mogły dojrzeć teraz chwiejącą się na wietrze drabinę. Tłum ustąpił do tyłu. W oknie poddasza ukazały się hełmy strażaków, dzierżących mocno drabinę, po chwili zaś jakiś mężczyzna, trzymając nieruchomo głowę, przeszedł szybkim, pewnym krokiem z jednego jej końca na drugi.

Gdy przebywał niebezpieczny most, który uginał się pod nim przy każdym kroku, w tłumie umilkły nawet szepty; lecz gdy znalazł się już po drugiej stronie, względnie bezpieczny w budynku fabryki, z piersi ludzi wyrwał się krótki, radosny okrzyk, stłumiony jednakże niemal natychmiast na myśl o ryzyku przedsięwzięcia, a przede wszystkim obawą, aby w najmniejszym nawet stopniu nie wystawić na szwank nerwów śmiałka, który rzucił życie na tak niepewną szalę.

— O... o... znów go widać — cisnął się okrzyk na usta gapiów, kiedy ujrzeli, że mężczyzna zatrzymał się na chwilę w drzwiach, jak gdyby pragnął zaczerpnąć powietrza, zanim odważy się na powrotną drogę. Na plecach niósł bezwładne ciało.
— Jem Wilson i jego ojciec — szepnęła Margaret, lecz Mary wiedziała to już przedtem.

Tłum zamarł z przerażenia: Mężczyzna na drabinie nie mógł teraz ruchami ramion utrzymywać równowagi; wszystko zależało od wytrzymałości jego nerwów i pewności oka. Ludzie na ulicy widzieli, że dzięki nieruchomo uniesionej głowie wzrok Jema Wilsona utkwiony był w przestrzeń. Drabina uginała się pod zdwojonym ciężarem, lecz Jem nie wykonał głową ani jednego ruchu — nie śmiał spojrzeć w dół. Zdawało się, że upłynęła wieczność, zanim napowietrzny most został przebyty. Wreszcie Jem dotarł do okna; tam uwolniono go od niesionego ciężaru, po czym obaj znilknęli.

Wtedy tłum mógł pozwolić sobie na wyrażenie radości. I głośniejszy niż ryk ognia, głośniejszy niż szum potężnego wichru rozległ się gromki okrzyk podziwu dla śmiałego i tak szczęśliwie zakończonego przedsięwzięcia. Potem donośny głos spytał:
— Czy stary Wilson żyje?
— Tak! — zawołał jeden ze strażaków do umilkłego w dole tłumu. — Chlusnęliśmy mu w twarz zimną wodą i wraca szybko do siebie.

Widoczna w oknie głowa strażaka znikła i znowu słychać było skwapliwe pytania, okrzyki, gwar rozmów rozkołysanego, drepczącego w miejscu tłumu, podobny do pomruku morskich fal — lecz tylko przez moment. Po chwili znacznie krótszej niż ta, której potrzebowałam na możliwie najkrótszy opis owej pauzy w wydarzeniach, ten sam zuch pojawił się znów na drabinie, zamierzając najwyraźniej pośpieszyć na ratunek robotnikowi, który nadal znajdował się w płonącej fabryce.

Tak jak za pierwszym razem, Jem Wilson szedł krokiem szybkim i pewnym, a ludzie zebrani na dole, uspokojeni nieco jego dotychczasowym powodzeniem, rozmawiali między sobą, dzielili się głośno uwagami o postępach, jakie pożar uczynił w drugim końcu budynku, opowiadali sobie, jak to strażacy starają się w tamtej części podwórza zdobyć wodę.

Cały też czas ciasno zbita masa ludzka kołysała się chybotliwie. Nie był to już ten sam tłum sprzed kilku zaledwie minut, zastygły w milczącym oczekiwaniu. Nie wiem, czy z tej przyczyny, czy działało tutaj wspomnienie przebytego niebezpieczeństwa lub też fakt, że dzielny ratownik spojrzał w przepaść pod stopami w owym momencie wytchnienia, zanim rozpoczął drogę powrotną z drugą ofiarą (drobnym, niskim mężczyzną) przewieszoną przez plecy, dość, że Jem Wilson stawiał kroki mniej pewnie, jego ruchy były mniej skoordynowane. Zdawało się, że bada stopą każdy szczebel drabiny, że waha się, aż w końcu przystanął w pół drogi.

Tymczasem w tłumie znów zapadła cisza; w straszliwej owej chwili nikt nie odważył się dobyć głosu, czy choćby wypowiedzieć słowa otuchy. Wielu osłabło z grozy i zamknęło oczy, aby nie widzieć katastrofy, której się spodziewali. A katastrofa zdawała się być nieuchronna. Dzielny chłopak zachwiał się, najpierw ledwo dostrzegalnie, jak gdyby przenosząc tylko ciężar ciała z nogi na nogę; ale snadź tracił odwagę, a nawet przytomność umysłu. Było jednak godne podziwu, że zwierzęcy instynkt samozachowawczy nie stłumił w nim wszelkich szlachetnych uczuć i nie skłonił go do zrzucenia bezradnego, osłabłego ciała, które niósł na plecach. Ten sam, być może, instynkt podszepnął mu, że nagłe uwolnienie się od tak wielkiego ciężaru już samo przez się stanowiłoby wielkie niebezpieczeństwo.
— Ratunku! Ona zemdlała! — zawołała Margaret. Ale nikt nie zwrócił uwagi na jej okrzyk.

Spojrzenia wszystkich wzniesione były ku górze. W tym to bowiem momencie jeden ze strażaków zręcznym ruchem zarzucił na głowy obu mężczyzn linę zakończoną ruchomą pętlą, która na podobieństwo lassa zacisnęła się wokół ich ciał. Prawda, że niezbyt pewna była to pomoc, lecz choć tak niepewna, przywróciła zimną krew, dodała otuchy zamierającemu sercu, uspokoiła zawrót głowy. Jem ruszył znów przed siebie. Nie naglono go do pośpiechu pociąganiem czy szarpaniem liny.

Powoli i stopniowo wciągano sznur do środka, powoli i stopniowo Jem przebył owe cztery czy pięć kroków, które dzieliły go od ocalenia. Dotarł wreszcie do okna i w ten sposób wszyscy zostali uratowani. Ludzie na ulicy dosłownie tańczyli z radości, wiwatowali i wrzeszczeli, aż zdawało się, że za chwilę pękną im struny głosowe; a potem, z całą zmiennością zainteresowań charakterystyczną dla wszelkich licznych zbiegowisk, jęli się pchać i potrącać, wymyślać sobie i przeklinać, aby jak najśpieszniej wydostać się z Dunham Street i wrócić w bezpośrednią bliskość pożaru; potężny diapazon jego ryczących płomieni tworzył przerażający akompaniament dla krzyków, wrzasków i złorzeczeń prącego naprzód tłumu.

Gdy ciżba odpłynęła, Margaret została na Dunham Street, blada i uginająca się pod ciężarem ciała Mary, którą zdołała utrzymać w pozycji stojącej opasawszy mocno ramionami jej kibić, słusznie się bowiem obawiała, że niebaczny na nic tłum stratowałby omdlałą dziewczynę.

[Tłumaczenie: Katarzyna Tarnawska.
Warszawa: PIW, 1956]

Ilustracje:
1. J. Ralston ryt. A. Aglio - Market Street - 1822.
http://www.victorianweb.org
2. Houseless and Hungry. Sir Luke Fildes. 1869. The Graphic. Skan: Phillip V. Allingham
http://www.victorianweb.org

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...