Strona poświęcona Elizabeth Gaskell

niedziela, 6 września 2015

Opuszczony dwór

Przedstawiam moje tłumaczenie opowiadania Elizabeth Gaskell. opublikowanego w 1851 roku w lipcowym numerze "Fraser`s Magazine". Był to wychodzący w latach 1830-1882 w Londynie periodyk literacki, który początkowo trzymał politycznie stronę torysów, będących wyrazicielami interesów ziemiaństwa, dworu i Kościoła. "Zapomniany dwór" (oryg. The Deserted Mansion") to historia z gatunku opowieści grozy.

------------------------------------------------------------------------------------------

"Kilka lat temu na wystawie w Akademii Królewskiej pojawił się obraz, który w sposób szczególny pobudził moją wyobraźnię: przedstawiał położone w ponurym lesie stare zniszczone domostwo, które otaczał zapuszczony ogród. Sędziwe drzewa, fosa wypełniona pokrzywą i śmieciami, połamany parkan, zielona stojąca woda, dwuspadowy dach zwieńczony wieżyczką, pełen okien, ale już niszczejący; istna mieszanka chaotycznej architektury.

Przejmująca cisza, duch wyjątkowej pustki złowieszczo wiszącej nad otoczeniem napełnił mnie mimowolnym smutkiem; a wyobraźnia, w związku z tą sceną, podsuwała dziwne, niesamowite historie o zupełnie innych czasach. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że na płótnie przedstawiono rzeczywiste miejsce. Gdy pisałam o różnych dziełach do mojej przyjaciółki, która mieszkała na wsi, zatrzymałam się szczególnie na tym jednym obrazie, gdyż moje myśli wciąż do niego powracały. 
Kiedy potem otrzymałam list od przyjaciółki, zwróciła uwagę na to, że aczkolwiek moje fantazje były dziwne, opierały się na prawdzie. 
Otóż przeczytała mój list pani L... - osobie mającej ponad 80 lat, ale w doskonałej kondycji, która to dama opowiedziała jej o moim opuszczonym dworze i jego historii. Obraz został namalowany dla syna pani L. i historia była z nim związana. Moja przyjaciółka mi ją opowiedziała, przytaczając słowa starej damy: 
„Pięćdziesiąt lat temu dwór St Elan`s Wood uchodził już za stary, chociaż był zdrowy, solidny, pełen uroku i malowniczy. Szmaragdowa darń rozciągała się po obu stronach fosy, kwitnące kwiaty rosły na jej zacisznych zboczach; biała zasłona trzepotała w osobliwym, zakratowanym oknie, a delikatne pnącza przystrajały je z zewnątrz; tarasowe ścieżki, gęste żywopłoty z ostrokrzewu były porządnie przycięte; fontanny błyszczały w słońcu, a czerwone róże płożyły się i całowały przejrzystę wody.

Pięćdziesiąt lat temu radosny śmiech rozbrzmiewał na zielonej polance i energiczne stopy deptały darń, gdyż Pan St. Elan przywiózł do domu młodą żonę, a przyjaciele i krewni spieszyli, aby złożyć mu gratulacje i skorzystać z gościnności w tym szczególnym uroczystym czasie. 
Pani St. Elan była bardzo młodą żoną, o łagodnych oczach i nieśmiałym spojrzeniu; jej matka zmarła, gdy córka była w okresie niemowlęctwa, a ojciec (wysokiej rangi oficer) przebywał za granicą. Wychowaniem dziewczyny zajmowała się dama - nazwiemy ją Sabiną - towarzyszyła swej ukochanej uczennicy, teraz już Pani St. Elan, w jej nowym domu. Śmierć ojca lady St. Elan i narodziny jej córeczki to wydarzenia, które przyniosły jednocześnie radość i żałobę, a stan zdrowia młodej matki budził poważny niepokój. Wizyty znakomitych medyków, sprowadzanych z daleka, dowodziły obaw o jej życie, nawet gdy rekonwalescentka znowu zaczęła spacerować po ogrodach i wśród drzew. 
Niestety, obawiano się nie tyle o jej zdrowie fizyczne, co o umysłowe. W rodzinie matki Lady St. Elan od pokoleń istniała dziedziczna choroba psychiczna, która uśpiona przez dwie generacje, zdawała się znów budzić.  Objawy były ledwie dostrzegalne, subtelne, lecz wystarczające, by zaniepokoić czujnego męża. Z czasem jednak niepokój minął, lekarze przestali przyjeżdżać, a pacjentka odzyskała pozornie pełnię sił. Słodkie niemowlę rosło, obsypywane przez matkę czułymi określeniami - „najcudowniejsze dziecko na świecie”.
Podczas krótkotrwałej nieobecności męża, który wyjechał w pilnych interesach, Lady St. Elan poprosiła, by Sabina nocowała z nią w jednym pokoju - tłumaczyła to lękiem i samotnością. Sabina chętnie przystała na tę prośbę, a kilka dni upłynęło spokojnie.
Następnego ranka oczekiwano powrotu Pana St. Elana. Kiedy przyjaciółka udała się na spoczynek, Sabina odsłoniła zasłony, aby spojrzeć na wspaniały krajobraz, który roztaczał się hen daleko, wszystko było skąpane w srebrnym blasku; wkrótce zapadła w spokojny sen, ukołysana modlitwą. Nagle zbudził ją dziwny dźwięk w pokoju, towarzyszył mu zduszony, szyderczy śmiech. Sabina nie wiedziała, jak długo zapadła w tę otchłań niepamięci, ale kiedy odwróciła się, zobaczyła, skąd pochodzi ten dźwięk; można sobie wyobrazić jej przerażenie na widok Lady St. Elan, która stała przy drzwiach, ostrząc nóż na pantoflu, patrząc dziko dookoła i od czasu do czasu mamrocąc.

- Jeszcze nie dość ostry – jeszcze nie jest wystarczająco ostry" – powiedziała głośno, uważnie kontynuując swoje zajęcie. 
Sabina poczuła instynktownie, że to nie żarty, poznała w oczach i głosie szaleństwo. Zerwała się z łóżka, rzucając się w stronę drzwi. Były zamknięte. Lady St. Elan podniosła na nią wzrok i z drwiną rzekła:
- Myślałaś, że jestem taka głupia, prawda? Zamknęłam drzwi na dwa razy, a klucz wyrzuciłam za okno. Może go dostrzeżesz w świetle księżyca, które tak lubisz podziwiać - powiedziała, wskazując na otwarte skrzydło okna, położonego dość wysoko, gdyż ten pokój znajdował się na szczycie wieży, co zapewniało mu rozległy widok. Z tego zresztą powodu go wybrano, jak również ze względu na jego odosobnienie, położony był bowiem z dala od reszty domostwa.

Sabina, nie tracąc przytomności umysłu, chociaż groza sytuacji stanęła jej przed oczami, przypomniała sobie, że słyszała o niezwykłej mocy poskramiania szaleńców wzrokiem, Wiedziała też, że fizycznie nie ma z szaloną kobieta żadnych szans.
Sabina zachowując więc pozory spokoju, powiedziała pogodnym choć drżącym głosem, wypowiadając słowa wesoło i niedbale:
- Sądzę, że twój nóż wkrótce będzie wystarczająco ostry, Lady St. Elan, co chcesz nim zrobić?
- Co chcę nim zrobić? - przedrzeźniała ją szalona kobieta – A jak myślisz, Sabino? Żeby poderżnąć ci gardło!
- To dziwna fantazja - powiedziała Sabina, ledwo panując nad sobą, - Dziwny to pomysł, ale niech będzie. Usiądź, proszę, bo ten nóż jeszcze nie jest dość ostry do takiej roboty. O, tu masz krzesło. Teraz poświęć mi uwagę, podczas gdy będziesz zajmowała się ostrzeniem; usiądę naprzeciw Ciebie, ponieważ miałam niezwykły sen i chcę, żebyś o nim posłuchała. 
Pani St. Elan podejrzliwie spojrzała na Sabinę, jakby chciała powiedzieć: "Nie oszukasz mnie, nawet jeśli posłucham”. Jednak usiadła, a Sabina naprzeciwko niej.  
Zaczęła opowiadać jakieś banialuki, udając, że to wyśniła. Pani St. Elan zawsze była wrażliwa na romantyczną fikcję, było to w jej guście, i być może był to sposób na uratowanie życia Sabiny, która w czasie tej długiej i strasznej nocy nie ustawała ani na chwilę, kontynuując powtarzanie opowieści o cudach w stylu „Tysiąca i Jednej Nocy”. 
Szalona kobieta siedziała nieruchomo, z nożem w jednej ręce, a pantofelkiem w drugiej, a jej duże oczy uważnie patrzyły na opowiadającą. O, jak dłużyły się te godziny!  
W końcu o świcie do drzwi dobiegły stuki i nawoływania, ponieważ wzeszło poranne słońce. Sabina miała na tyle przytomności umysłu, by nie zwracać na to uwagi, ponieważ jej szalona towarzyszka ich nie zauważyła, i kontynuowała swoją śpiewną, monotonną opowieść. Wreszcie drzwi zostały wyłamane, a do środka wpadł sam St. Elan z kilkoma służącymi. Właśnie powrócił i został zaalarmowany złowieszczym szemraniem wewnątrz, przybył na ratunek.
Gdyby Sabina tylko poruszyła się lub krzyknęła czy dała znak - pomoc przecież była tuż obok - stać się mogło inaczej, nóż mógłby przebić jej serce. Ten nóż był jednym z osobliwszych - pod względem wykonania - przedmiotów przywiezionych z zagranicy, zwykle wisiał w garderobie Pana St. Elan, więc nierozwiązaną tajemnicą pozostało działanie z premedytacją szalonej kobiety. 
Włosy Sabiny, które były czarne jak skrzydła kruka, kiedy udawała się na spoczynek tej strasznej nocy, zmieniły się całkowicie, kiedy obudziła się rano. 
Pani St. Elan nigdy nie wróciła do siebie po tym nagłym ataku, ale zmarła – niestety! - jak mówiły plotki, z własnej ręki – dwa lata później. Jej córeczka - mała dziedziczka powierzona opiece przyjaciółki matki i guwernantki, stała się sierotą w młodym wieku i po ukończeniu 21 roku życia została właścicielką fortuny, posiadłości swoich przodków.

Wkrótce jednak w głowie Sabiny powstała myśl o tym, że ma obowiązek delikatnie przekazać Mary St. Elan wiedzę o jej prawdziwej sytuacji, o przeklętym fatum, które ciąży na jej rodzie. Co prawda, w jej indywidualnym przypadku może udałoby się tego uniknąć, ale z drugiej strony, było to nieuświadomione, grożące niebezpieczeństwo. Surowe zasady religijne wydawały się domagać ofiary albo samounicestwienia, żeby zapobiec możliwości utrwalenia się tej okropnej dziedzicznej choroby.
Sabina wierzyła, że jej szlachetna uczennica, znając fakty, nie dopuści, by choroba została przekazana dalej; z ciężkim sercem, ale z poczuciem obowiązku, Sabina powiedziała jej wszystko. 
Kiedy Mary St. Elan w spokoju odeszła do lepszego świata, przekazała w testamencie dwór i majątek ziemski Sabinie i jej potomkom. Według Sabiny ten hojny dar był jednak „ceną krwi”, ponieważ tej przeklętej wiedzy nie można było przekazać. Jej zdaniem rodowe lasy i dom mogły powrócić do potomków w linii St. Elan – przeklęte w istocie i skazane na zagładę. Ten ród jednak już wygasł.
Wiele osób śmiało się z odczuć Sabiny na ten temat, nie rozumieli jej, i nawet działający w dobrej wierze pobożny lud uważał, że jej wyobrażenia szły „zbyt daleko”. Jednak ona pozostawała nieugięta i nigdy nie pozwoliła sobie ani swoim dzieciom korzystać z tego bogactwa. 
Tak więc po opuszczony dwór nikt się nie zgłosił, chociaż wkrótce został przeznaczony na użyteczny i dobroczynny cel - wybrany zgodnie z wolą Mary St. Elan – a właściwie, Sabiny i jej potomstwa - na schronisko dla obłąkanych – rodzaj przytułku dla ubogich upadłych kobiet ze szlachty, które z koniecznymi ograniczeniami miały odnaleźć tam ucieczkę od burz życia, nękających je - biedne dusze! - od wewnątrz i z zewnątrz.

Ale co się stało z Sabiną? I dlaczego pani synowi zależało na tym obrazie? - zapytałam przyjaciółkę starej pani L., ponieważ na tym zakończyła się opowieść tej szacownej pani. - Jeśli nikt nie zgłosił się po tę posiadłość, dlaczego pozostaje w tym stanie? 
Pani uzasadniona ciekawość powinna być zaspokojona, moja droga – odpowiedziała uprzejmie dama. - Proszę spojrzeć na moje włosy, one nie stały się białe z powodu wieku. Udałam się do łóżka pewnej nocy, mając lśniące warkocze, czarne jak skrzydła kruka, i rano odnalazłam je takimi, jakimi są obecnie.

Tak, i pomimo to! Nie dziw się pani proszę, że syn Sabiny pragnął posiadać taki obraz. Moja pielgrzymka dobiega kresu – przedłuża się nadmiernie, poza wyznaczony dla człowiek czas – ale zgodnie z brzmieniem dawno wyrażonej woli, dwór i majątek St. Elan musi pozostać takim jak teraz, aż mnie nie będzie, a zgromadzone fundusze zostaną w całości oddane na wspaniały cel dobroczynny.  
Gdyby mój syn był mniej honorowy i skrupulatny, mógłby, oczywiście, upomnieć się o tę własność po mojej śmierci, ale ze względu na pamięć matki, z niezachwianym przywiązaniem do jej zasad, powstrzyma się, z bożym błogosławieństwem, przed uleganiem pokusie. Nie jest bogatym człowiekiem, ale może spoglądać na ten pamiątkowy obraz i przekazać go przyszłym pokoleniom wraz z legendą, która się z nim wiąże. Niech żadne z naszych dzieci nie zapragnie posiadać tej opuszczonej rezydencji, ani nie żałuje, że służy ona innym — w imię dobra i miłosierdzia".

Źródła:

1.  Elizabeth Gaskell, "The Deserted Mansion" – Fraser`s Magazine (Vol. 44, lipiec 1851)

2. Ilustracja: William Britten do wiersza "The Deserted House" W. Tennysona.

piątek, 21 sierpnia 2015

Gazeta Codzienna w 1860 roku wspomina o przekładzie "Ledi Ledlou"

Kilka miesięcy temu pisałam o wydanym w 1861 roku w Petersburgu tłumaczeniu powieści Elizabeth Gaskell "Ledi Ledlou" (oryg. "My Lady Ludlow"). O tym więcej tutaj. 

Tymczasem w jednym z numerów "Gazety Codziennej" wydawanej w Warszawie (w latach 1831-1861) znalazła się wzmianka o tym powstającym właśnie przekładzie.
Autor wzmianki, podobnie jak sam tłumacz i wydawca, uważali prawdopodobnie, że to powieść Karola Dickensa. Jest to nie tylko zapowiedź wydania, ale równocześnie mała recenzja. Petersburski korespondent musiał być jednym z pierwszych czytelników powstającego przekładu. Być może był nim sam wydawca? Oto tekst zamieszczony w numerze 90 z 3 kwietnia 1860 roku:


"Piszą nam z Petersburga: d. 21 Marca.
Tłumaczy się w Petersburgu z "Household Words" Dikensa, powieść pod tytułem: ledi Ledlou. Powiastka ta w niewielkich ramkach przedstawia bardzo żywy obrazek pewnej klassy społeczeństwa i pewnych przekonań z epoki przedpięćdziesięcioletniej. Obok wartości artystycznej ma ona i znaczenie utylitarne: gdyż jej typy i rysy nie wszędzie i nie zupełnie wygasły. Jak wszystkie prawie angielskie, powiastka z samych drobnych szczegółów codziennego domowego życia, układa taką skończoną całość, takie wyraziste charaktery, takie wydatne pojęcia, jakich w romansach szkoły francuzkiej (ubiegającej się, niby o śmiałe kreślenie wyskakujących indywidualności) napróżnobyśmy szukali. Treść tej powieści może mieć dla nas nawet współczesny interes. Główną w niej postacią jest stara hrabina: pobożna, cnotliwa, dobroczynna, słowem osoba nader sympatyczna. Ma ona wprawdzie parę swoich małych widzimisię, lecz któż jest bez ale; i czyje ale jest takie niewinne jak jej; z jednej strony naprzykład jest ona przekonana, że: zapach zasychających w jesieni liści truskawek, może czuć tylko człowiek pochodzący ze szlachetnej krwi; z drugiej zaś strony boi się  jak morowej zarazy ludzi z gminu umiejących czytać i pisać. Ponieważ co do tych kwestji u nas zdania są podzielone, nieźle więc będzie kiedy ta powieść zostanie przetłumaczona, i kiedy przyjaciele zacnej ledi zyskują kilka nowych silnych argumentów do ostatecznego pobicia swoich przeciwników, niewierzących w dziedziczny delikatny węch".*

Gazeta Codzienna, rok 1860, nr 90 z 22 III/8 IV 1860, s. 2.  

* Pisownia oryginalna.

Warto dodać, że z kolei w warszawskiej "Gazecie Polskiej" z 1862 roku (nr 131, 11 czerwca 1862)) w dziale: "Wiadomości księgarskie" jest wzmianka o tym, że pośród innych dzieł książkę "Ledi Ledlou" Dikkensa (sic!) można nabyć za 60 kopiejek w księgarniach Gebethnera i Wolffa w Warszawie, Zawadzkiego w Wilnie,  Idzikowskiego w Kijowie, Zaharewicza w Mohylewie, Walickiego w Mińsku, Gabryłowicza w Kownie i Goldfarba w Berdyczowie.

Aktualizacja:
Również na s. 7 "Katalogu dzieł nakładowych (lub w większej ilości nabytych) Księgarni, Składu Nut, Organów i Fortepianów Gebethnera i Wolffa w Warszawie", wydanym w 1870 roku jest wymieniona "Ledi Ledlou"  Gaskell, ponownie przypisana Dickensowi.



wtorek, 3 marca 2015

"Wyznania pana Harrisona" i "Lizzy Leigh" - kompletne tłumaczenia

Jak czytelnicy tego bloga pewnie wiedzą, kilka lat temu przetłumaczyłam na język polski dwa większe opowiadania Elizabeth Gaskell. Przypominam je dziś ponownie.

Pierwszym z nich były "Wyznania pana Harrisona" (Mr Harrison`s Confessions). Fabuła jest prosta: młody lekarz Frank Harrison przybywa z Londynu, spodziewając się małomiasteczkowego spokoju.
Tymczasem wprowadzenie młodego kawalera do towarzystwa niezamężnych dam i wdów powoduje nieprzewidziane konsekwencje. Ten zabawny utwór, będący także historią miłosną, przełożyłam i publikowałam na blogu od września do listopada 2009 roku. Warto przypomnieć, że dotąd nie ukazało się polskie wydanie tego opowiadania. Wątek zaczerpnięty z tego utworu był elementem scenariusza filmu BBC "Cranford", który niektórym z was jest pewnie znany. Dla przypomnienia analiza tego utworu (Uwaga! Zawiera spoilery!):

http://gaskellnorthsouth.blogspot.com/2009/11/wyznania-pana-harrisona-1851-analiza.html










A tu linki do rozdziałów kompletnego amatorskiego tłumaczenia "Wyznań pana Harrisona":

rozdz. 1
rozdz. 2
rozdz. 3
rozdz. 4
rozdz. 5
rozdz. 6
rozdz. 7
rozdz. 8
rozdz. 9
rozdz. 10
rozdz. 11
rozdz. 12
rozdz. 13
rozdz. 14
rozdz. 15
rozdz. 16
rozdz. 17
rozdz. 18
rozdz. 19
rozdz. 20
rozdz. 21
rozdz. 22
rozdz. 23
rozdz. 24
rozdz. 25
rozdz. 26
rozdz. 27
rozdz. 28
rozdz. 29
rozdz. 30
rozdz. 31

-------------------------------------------------------
Drugie przetłumaczone przeze mnie opowiadanie ma zupełnie innych charakter. To "Lizzie Leigh" - smutny, a nawet wzruszający utwór podejmujący ważne problemy społeczne, związane z sytuacją kobiet w XIX wieku. Piękny jest tu wizerunek matki, która nie poddaje się i nie traci nadziei na odnalezienie jedynej córki, której ojciec wcześnie się wyrzekł. Tu troszkę więcej o tym opowiadaniu:
http://gaskellnorthsouth.blogspot.com/2009/12/lizzie-leigh.html


Jak widać po datach, ten utwór tłumaczyłam na przełomie lat 2009-2010.















Oto linki do poszczególnych rozdziałów tego tłumaczenia:

rozdz. 1
cz. 1
cz. 2
cz. 3
rozdz. 2
cz. 1
cz. 2
cz. 3
cz. 4
rozdz. 3
cz. 1
cz. 2
rozdz. 4
cz. 1
cz. 2



Życzę wszystkim przyjemnej lektury! :)

wtorek, 24 lutego 2015

"Życie Charlotte Bronte"

    W czerwcu 1855 roku pastor Patrick Bronte zwrócił się do Elizabeth Gaskell, autorki "Mary Barton" oraz "Ruth" i osoby, która osobiście poznała jego córkę, z prośbą o napisanie rzetelnej biografii Charlotte w związku z licznymi niezgodnymi z prawdą informacjami, od jakich zaroiło się po jej śmierci. On i pastor Nicholls (mąż Charlotte) udostępnili pisarce domowe archiwum, w tym manuskrypty niewydanych utworów. Pani Gaskell miała także dostęp do listów panny Bronte pisanych do przyjaciółek, głównie Ellen Nussey (o czym nie wiedzieli), i to właśnie na nich w dużym stopniu oparła swoją książkę. 

    Pisarka odwiedziła także miejsca związane z bohaterką swojego dzieła, była między innymi w Brukseli i rozmawiała z Constantinem Hegerem - nauczycielem Charlotte, a jednocześnie jej wielką, niespełnioną miłością. Rozmawiała z osobami, które znały całą rodzinę - ze służbą, sąsiadami, znajomymi i przyjaciółmi. Sama  pani Gaskell była swego czasu gościem panny Bronte, miała wówczas niepowtarzalną okazję zobaczyć pisarkę w jej naturalnym środowisku. 

    Pierwsze wydanie tej książki zostało opublikowane w marcu 1857 roku, a więc dwa lata po śmierci autorki "Jane Eyre", przez wydawnictwo Smith, Elder&C. Była to pierwsza biografia sióstr Bronte, w dodatku autoryzowana przez ich ojca i to ona wpłynęła na powstanie legendy utalentowanych samotnych kobiet, które żyły w cieniu cmentarza i wrzosowisk. 

    Patrick Bronte ocenił książkę jako "w zasadzie prawdziwą", choć podkreślił, że autorka jest powieściopisarką, więc "musimy pozwolić jej na odrobinę fantazji". Gdy jednak w ślad za sukcesem biografii córki podniosły się głosy krytyczne wobec postawy jego samego jako ojca rodziny, stwierdził, że "wszystko w tej książce, co dotyczy mego postępowania względem rodziny jest albo fałszem albo przekłamaniem". Czytając "Życie Charlotte Bronte" widać wyraźnie, jak życie córek, a zwłaszcza Charlotte było podporządkowane ojcu, jego zdrowiu i zaspokajaniu jego potrzeb. Tymczasem to on przeżył wszystkie swoje dzieci. Niechętny był nawet małżeństwu swojej córki z pastorem Arthurem Nichollsem.

    W pierwszej części książki Elizabeth Gaskell w sposób niezwykle plastyczny opisuje położenie Keighley, Haworth oraz samej plebanii, w której dorastały tak niezwykłe osobowości. To fascynujący obraz, który wyłania się przed czytelnikiem. Czytając te fragmenty porównywałam opisywane przez panią Gaskell miejsca z tym, jak one wyglądają obecnie, posługując się mapami Google. Choć w polskim wydaniu tej biografii nie ma ani jednego zdjęcia, to warto sięgnąć po książkę Eryka Ostrowskiego "Charlotte Bronte i jej siostry śpiące", gdzie tych zdjęć, a zwłaszcza rysunków, jest bardzo dużo.

    Zagłębiając się w lekturę książki pani Gaskell, obserwujemy życie codzienne rodziny Bronte, widziane oczami Charlotte. Biografka opisuje szkolne lata w Cowan Bridge (ta placówka pojawia się w "Jane Eyre" pod postacią szkoły Lowood), a także u panien Wooller w Roe Head, próby podejmowania pracy jako nauczycielki (w tymże samym Roe Head) czy guwernantki, zawierane przyjaźnie, które skutkowały wzajemnymi wizytami. Autorka przytacza nawet zadania szkolne panny Bronte z czasów uczęszczania do pensji madame Heger w Brukseli, gdzie uczyła się m.in. francuskiego, wraz z uwagami nauczyciela na marginesie. Dzięki cytowanym listom poznajemy krąg jej znajomych, jej lektury i fascynacje literackie; widzimy, jak odbierała poznawanych ludzi; z kim korespondowała; gdzie wyjeżdżała; kogo odwiedzała; jak reagowała na wydarzenia. 

    Można poznać jej opinie na temat pisarzy tamtych czasów, w tym Williama Thackeraya, którego twórczość ceniła, George Sand, czy Jane Austen, o której, o dziwo, pisała (jako Currer Bell) w liście do George`a Henry`ego Lewesa (angielskiego filozofa i krytyka literackiego): 
"Nie znałem Dumy i uprzedzenia, dopóki nie zobaczyłem Pańskiej wzmianki o tej powieści, a wówczas sięgnąłem po nią. I cóż znalazłem? Precyzyjny, dagerotypowy portret pospolitej twarzy; starannie ogrodzony, dogłębnie wypielęgnowany ogród ze schludnymi rabatami i delikatnymi kwiatami; lecz żadnego wejrzenia w jasne, wyraziste oblicze, żadnej otwartej przestrzeni, żadnego świeżego powietrza, błękitnego wzgórza, pięknego potoku. Nie chciałbym żyć pośród jej dam i dżentelmenów, w ich eleganckich, lecz dusznych domach".

    To obraz powieści Jane Austen, który z pewnością kłóci się z naszymi czytelniczymi odczuciami. 
Opisane są także perypetie związane z powstającymi powieściami, przytaczana jest jej korespondencja z wydawcami. 

    Jednak wiele drażliwych kwestii jest w tej książce pominiętych. Mało dowiadujemy się na temat brata, Branwella. Jego postępowanie i charakter są wzmiankowane w postaci aluzji, które trzeba samemu odczytać. Ze względu na to, że biografia ukazała się tak szybko po śmierci pisarki, przyjaciółki Charlotte są określane jedynie inicjałami: "E" to Ellen Nussey, a "Mary" to Mary Taylor.

    „Kiedy miałam zaszczyt przyjąć propozycję napisania niniejszej biografii, pomyślałam, że szczególnie dużą trudność sprawi mi ukazanie tego, jak prawdziwie szlachetną, rzetelną i czułą kobietą była Charlotte Brontë, bez wplatania w jej życiorys zbyt dużej ilości faktów z życia jej najbliższych i najdroższych przyjaciół. Po długich rozmyślaniach na ten temat postanowiłam, iż jeżeli w ogóle mam pisać, to będę pisać rzetelnie; że nie będę niczego zatajać, jakkolwiek o niektórych rzeczach, ze względu na ich naturę, nie można mówić równie otwarcie jak o innych.”-  napisała Elizabeth Gaskell pod koniec swojej książki, niejako uprzedzając czytelnika, który mógłby poczuć się rozczarowany. I dodała:

    "Jedno z wydarzeń w jej życiu budzących najgłębsze zainteresowanie skupia się, naturalnie wokół jej małżeństwa i poprzedzających je okoliczności; lecz właśnie to wydarzenie bardziej niż wszelkie inne (..) wymaga z mojej strony delikatnego potraktowania".


    Niewiele jest tu więc także informacji na temat małżeństwa Charlotte i jej męża, pastora Nichollsa. Pani Gaskell nie było łatwo o tym pisać, bo to on dziedziczył po żonie i mógł prawdopodobnie zablokować wydanie tej książki. Ostatnie miesiące życia Charlotte zostały więc opisane zdawkowo.

    Interesujące są wzmianki dotyczące samej pani Gaskell, wizyt autorki "Jane Eyre" u niej w domu, opinie o jej książkach. Nic dziwnego, że twórczość obu pań w jakiś sposób się przenika, o czym już swego czasu pisałam - zapożyczane były nazwiska, nazwy miejscowości, a nawet pewne wątki (1).

    Gdy miała się ukazać książka Elizabeth Gaskell "Ruth", Charlotte postanowiła, o czym napisała w liście, przesunąć datę premiery swojej książki "Vilette":

    "Pan Smith proponuje zatem odroczenie wydania mojej powieści do 24 bm.; mówi, że da to Ruth pierwszeństwo w dziennikach oraz tygodnikach, a także zostawi dla niej wszystkie lutowe wydania casopism. Jeżeli uzna Pani takie opóźnienie za niewystarczające, proszę mówić, a zostanie ono przedłużone"  - te słowa jak najlepiej świadczą o Charlotcie jako przyjaciółce. Podobnie jak kolejny ustęp z tego listu: 

" Podejrzewam, że jakkolwiek byśmy nie ustaliły, nie będziemy w stanie całkowicie zapobiec porównaniom; niektórzy krytycy są z natury nienawistni; (..) nie uda im się nas poróżnić, nie uda im się splamić uczuć, jakimi się nawzajem darzymy, ani krztyną zazdrości; ręczę za to i dla przypieczętowania tego postanowienia wyciągam do Pani dłoń; wiem, że Pani poda mi swoją. Vilette rzeczywiście nie ma prawa wpychać się przed Ruth".  

    Faktycznie, obie powieści zostały opublikowane w tym samym, 1853 roku, jedna w wydawnictwie Chapman and Hall, druga w Smith, Elder & Co. 

    Nie przeczytałam tej ponad 600-stronnicowej biografii Charlotte Bronte jednym tchem, czytałam ją powoli, odpoczywałam i wracałam do niej ponownie. Jednak to bardzo ciekawa lektura i tym cenniejsza, że jej autorka była znakomitą pisarką. 

    Z książki Gaskell przebija jedno wrażenie - Charlotte przedkładała obowiązek nad przyjemnością, najważniejsza była dla niej rodzina i twórczość. Siostry Bronte z trudem zawierały znajomości, czuły się najlepiej w domu, cierpiały z dala od niego: "Cierpiały dotkliwie, stykając się na każdym kroku z tym, co obce i nieznane - daleko od ukochanego domu i rozpościerających się za nim drogich wrzosowisk". Z drugiej strony to samo otoczenie, bliskość cmentarza, niedobra pogoda, wiejący wiatr i wilgoć - było powodem ich chorób. To niezwykłe postaci, mimo że żyły przez przeważającą część życia w dalekim od centrum kraju Haworth, przerastały współczesnych sobie ludzi pod wieloma względami. 

    "Życie Charlotte Bronte" pióra Elizabeth Gaskell ukazało się w wydawnictwie MG. Niezwykle interesująca jest przedmowa do polskiego wydania tej książki, której autorem jest Eryk Ostrowski - poeta, eseista, który niedawno opublikował w tej samej oficynie wspomnianą już książkę "Charlotte Bronte i jej siostry śpiące".  

    Nabrałam teraz ochoty na przeczytanie biografii samej Elizabeth Gaskell, choć jej autorami, jak zdaję sobie z tego sprawę, nie są niestety pisarze, tylko krytycy. Ale może ktoś zechce przełożyć którąś z nich na język polski? A może ktoś zdecyduje się wydać w Polsce jej listy?


    P.S. Wszystkie cytaty za: Elizabeth Gaskell, Życie Charlotte Bronte". Tłumaczenie: Katarzyna Malecha. Warszawa: Wydawnictwo MG, 2014.

1.  Dwa przykłady: nazwa wioski Helstone z powieści "North and South" pochodzi prawdopodobnie od nazwiska bohaterki powieści Charlotte Bronte „Shirley”, Caroline Helstone. W powieści "Shirley" i w "North and South" pojawia się postać fabrykanta, który jest celem ataku robotników (w "Shirley" są to luddyści).

    Przypominam swój artykuł sprzed kilku lat o historii znajomości Elizabeth Gaskell i Charlotte Bronte:
http://gaskellnorthsouth.blogspot.com/2009/03/elizabeth-gaskell-i-charlotte-bronte.html